Draginja Nadaždin

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN

Warszawa odrodziła się jak feniks z popiołów. Tutaj przeszłość bije z murów i chodników.


Draginja Nadaždin — Polka, Serbka, Europejka i Warszawianka urodzona w Mostarze. Szefowa polskiego oddziału Amnesty International, w którym od lat walczy o prawa człowieka i wolność słowa. Piękna kobieta, która ma w sobie jednocześnie energię i spokój. Spotykamy się w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Rozmawiamy o dzieciństwie w Mostarze, trudnych początkach życia w Polsce i warszawskiej codzienności.

Zacznijmy od Twojego rodzinnego miasta — Mostaru. Jak wspominasz spędzone tam dzieciństwo?

Wspominając najwcześniejsze lata w Mostarze, przypominam sobie bliskość rodziców i nieustanna zabawa na podwórku, które stanowiły wówczas cały mój wszechświat. Mieszkaliśmy w niewysokim budynku, obok rosły drzewa, była też ławka i trzepak. Z okna mojego pokoju widać było boisko klubu piłki nożnej Velež, któremu bardzo kibicowałam. Oglądaliśmy ich mecze i treningi z okna. Później zakończono budowę nowego Stadionu pod Bijelim Bregiem, też niedaleko domu. Pamiętam, że poszliśmy go zobaczyć z moją siostrą oraz Niną i Damirem, którzy mieszkali w klatce obok. Ja i Damir mieliśmy trzy lata, a Nina i moja siostra były rok starsze. Ogrodzenie nie było jeszcze zakończone i jakoś nam się udało wejść na trybuny. Nie grano tam jeszcze meczy. Siedzieliśmy podekscytowani na tym ogromnym stadionie i nagle przyszedł mrok. Wydaje mi się, że się zapaliły a potem zgasły ogromne reflektory. Zrobiło się ciemno, nieswojo. Przestraszyliśmy się. Nie pamiętam kto pierwszy się przełamał, ale chyba Damir powiedział, że boli go ząb. Wtedy wszyscy z ulgą wyruszyliśmy w stronę domu. Oczywiście zgubiliśmy się w drodze powrotnej. Kiedy wróciliśmy na nasze podwórko, okazało się, że rodzice szukają nas od kilku godzin i zawiadomili już policję. Podczas wojny ten duży stadion stał się więzieniem — w 1993 roku chorwackie ugrupowania chodziły po mieszkaniach i  przepędzały tam mnóstwo ludzi – przeważnie Bośniaków, bo Serbów niewielu Serbów zostało w mieście. Przetrzymywali ich w na stadionie, zanim zostali przerzuceni do innego obozu lub wygonieni. Od wojny stadion należy do założonego w międzyczasie chorwackiego klubu piłkarskiego, a drużyna Veležu (założona w 1922 roku) nie może z niego korzystać, więc wciąż trenuje i gra na małym boisku na drugim krańcu miasta.  
Z dzieciństwa pamiętam przede wszystkim silne poczucie wspólnoty. Mieszkała z nami babcia, która znała wszystkich sąsiadów. Moja mama wiedziała, że nie zjem w domu, więc gotowała obiad i zanosiła go sąsiadce, u której się bawiłam (śmiech). Później się przeprowadziliśmy. Pamiętam, że jeszcze przez jakiś czas robiłam nostalgiczne wyprawy do starego sąsiedztwa. Brakowało mi tych rodzinnych, sąsiedzkich stosunków, póki podobne nie powstały w nowym bloku. Dostaliśmy mieszkanie w najwyższym wówczas, dziewiętnastopiętrowym budynku w Mostarze. Mieszkaliśmy na jedenastym piętrze, więc mogłam się pochwalić w przedszkolu, że mieszkam najwyżej ze wszystkich. Mostar jest nazywany w literaturze miastem światła. To miejsce, w którym budzi cię światło, odbijające się od archaicznej, kamiennej zabudowy z czasów tureckich. Spędzałam mnóstwo dni, patrząc w błękitne niebo, wypatrując jaskółek i samolotów.

To piękne. Powiedziałaś o poczuciu życia we wspólnocie, w społeczności — to doświadczenie, które zanika obecnie w miastach.

Mostar był niewielkim miastem. Przepięknym i prowincjonalnym. Duża część mieszkańców zamieszkała tu po drugiej wojnie światowej. Tak jak moi rodzice, którzy pochodzili z mniejszych miejscowości i przyjechali do Mostaru po studiach w Sarajewie. Wspólną cechą miast byłej Jugosławii, była migracja ze wsi. Ludzie nie czuli się anonimowo — relacje z sąsiadami odgrywały ważną rolę. Chociaż w tradycyjnych muzułmańskich domach w Mostarze, podwórka były otoczone murem ze względu na prywatność rodziny, wchodzenie i przesiadywanie u sąsiadów było zupełnie normalne. Oczywiście wspólnotowość miała też swoją opresyjną stronę – panowała kultura obgadywania. Ten kto chciał być poza społecznością musiał się liczyć z ostracyzmem.

Opowiedz o swoich rodzicach.

Mieszkaliśmy w wielopokoleniowej rodzinie. Moja mama będąc jedynaczką i półsierotą po drugiej wojnie światowej, zdecydowała, że zawsze będzie z nami mieszkała babcia. Tata czuł silną więź z Mostarem – zbudował w nim trwałe relacje i silne przyjaźnie. Decyzja żeby stąd wyjechać, podczas wojny w Mostarze w latach 90., była dla niego wyjątkowo trudna. Chciał tu mieszkać do końca życia. Rodzice zawsze się do nas dostosowywali, rezygnowali ze swoich potrzeb. Chcieli nam zapewnić bezpieczeństwo, stabilizację i realizację marzeń. Jedyna rzecz, z której absolutnie nie chcieli zrezygnować to spokojne wakacje. Oni woleli góry, a ja i moja siostra kochałyśmy morze (śmiech). Mieli dla nas dużo czasu. Kończyli pracę i poświęcali się domowi. Dbali o rytm dnia. Dlatego ciężko przeżywałam kiedy mama musiała wieczorem być na radzie pedagogicznej w szkole, gdzie pracowała, a tata czytał nam książkę na dobranoc. Żyli zupełnie inaczej niż ja i moi znajomi. Zabierali nas na wieczorne spacery po mieście, czasem na kolacje do restauracji. Na pewno wielką wartością było to, że miałyśmy okazję mieszkać z babcią, która nadawała dynamikę naszemu życiu rodzinnemu. Kiedy wyjeżdżała do swojej siostry na wieś, nagle w domu robiło się cicho, spokojnie i nudno (śmiech).

Babcia była energiczną kobietą?

Bardzo. Była zawsze na bieżąco ze wszystkimi wiadomościami z naszych siedemnastu pięter (śmiech). Na osiemnastym i dziewiętnastym piętrze mieściło się Radio Mostar, gdzie dziennikarzem był mój wujek, ale babcia zawsze była lepiej poinformowana.

Czym zajmowali się Twoi rodzice?

Mama była nauczycielką, a tata „leczył rośliny” czyli był agronomem. Pracował w instytucie, w którym robiono badania nad ich chorobami. Czasami go odwiedzałam żeby oglądać świat pod mikroskopem. Przez jakiś czas chciałam być chemiczką i robić eksperymenty. Pamiętam ciekawe spacery z tatą – zatrzymywaliśmy się przy roślinach i uczył mnie ich łacińskich nazw. Niewiele zapamiętałam (śmiech). Oboje rodziców w pewnym momencie fascynowało ogrodnictwo. Zaczęli uprawiać ziemię, którą mama odziedziczyła i większość letnich wakacji spędzali na pielęgnacji sadów.

Zostawialiście wieżowiec w chmurach i jeździliście na działkę…

Rodzice jeździli na działkę, siostra i ja raczej próbowałyśmy tego uniknąć (śmiech). Ale zarobiłam tam pierwsze pieniądze za zbieranie czereśni, a potem moreli i migdałów. W letnie miesiące oprócz wyjazdów nad Adriatyk, najchętniej zostawałam w Mostarze, bo tam byli wszyscy znajomi.

Ile miałaś lat jak musiałaś opuścić Mostar i pojechałaś do Belgradu?

Szesnaście i pół, prawie siedemnaście.

Co pamiętasz z tamtego czasu?

Pamiętam ostatnie momenty przed wyjazdem. Ulice Mostaru były puste. Na lotnisko zawiózł nas tata. Pamiętam szybką jazdę samochodem, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam w naszej starej Ladzie. Pamiętam widok z okna transportowego samolotu, którym lecieliśmy ze siostrą. Ciężko zniosłam tę podróż. Na lotnisku w Belgradzie, na mnie i moją siostrę, czekał stryj.

Pamiętasz o czym myślałaś podczas tej podróży?

Miałam potrzebę, żeby zapamiętać ten ostatni pocałunek taty. Wiedziałam, że to ważne rozstanie, że może być różnie. Pamiętam widok Mostaru, który wyglądał jakby ktoś rozrzucił na podłodze klocki do zabawy. Kiedy przyjechaliśmy do Belgradu, nie poczułam ulgi.

To był twój pierwszy raz w Belgradzie?

Nie, to nie był mój pierwszy raz, ale miałam w pamięci zupełnie inne obrazy Belgradu. Teraz było szaro, brudno i jakoś tak nieswojo. Pierwsze dni pamiętam jak przez sen. Zamieszkałyśmy daleko od centrum u jednego z stryjów. Wszyscy się nami opiekiwali. Natomiast stryj bardzo przypominał tatę. Jak siedział w fotelu, czytając gazetę, miałam wrażenie, że widzę tatę. To było bardzo bolesne. Tęskniłam za Mostarem. Miałam potrzebę patrzenia na to miasto, a okazało się, że wyjeżdżając w pośpiechu nie wzięłyśmy żadnych zdjęć. Pamiętam uczucie pustki i strasznej potrzeby żeby zobaczyć te ulice, to niebo. W Belgradzie było dużo naszych znajomych, ale mieszkaliśmy w różnych miejscach i z początku nie wiedzieliśmy o sobie. Wkrótce się okazało, że wystarczy wieczorem wyjść do centrum, na Plac Republiki, który stał się miejscem spotkań młodych uchodźców.
Po jakimś czasie przyjechała moja mama, a potem tata i babcia. Drugi stryj udostępnił nam poddasze, które znajdowało się na małej ulicy, pięć minut od centralnego placu. Mieszkaliśmy tam dwa lata z kuzynem z Mostaru, jego żoną i ich dziećmi, więc było niezwykle ciasno. To był straszny czas w Belgradzie. Nie mieliśmy centralnego ogrzewania, często wyłączali prąd. Pamiętam, że zimą uczyłyśmy się z siostrą ubrane w płaszcze, czapki i rękawiczki. Do dyspozycji naszej rodziny był tylko jeden pokój, co mi nie przeszkadzało dopóki siostra nie zaczęła studiować japonistyki i głośno powtarzać słówek (śmiech). Ciężko było pokochać to duże, miejscami brzydkie i niszczejące miasto. Ale w pewnym momencie pomyślałam „Nie wiem, dlaczego kocham Belgrad, ale wiem, że tak jest”.

Może dlatego, że to miasto dało Wam wtedy ochronę?

Może… Belgrad to zupełne przeciwieństwo Mostaru, który był kompaktowy i otoczony pagórkami, przez co nie mógł rozrastać się w nieskończoność. Pochodzenie stamtąd łączyło się z poczuciem wyjątkowości. Tęskniłam za szmaragdowym kolorem Naretwy. Natomiast Belgrad miał wszystkie cechy dużego miasta.

Jak długo zostałyście w Belgradzie?

Mieszkałam tam dwa lata i przeprowadziłam się do Warszawy. Rodzice po kilku miesiącach od mojego wyjazdu przenieśli się do innego mieszkania. Po latach odzyskali i sprzedali mieszkanie w Mostarze. Zostali w Belgradzie.

Czyli Twoi rodzicie nigdy nie wrócili do Mostaru?

Tata o tym marzył. Nie chciał zostawiać Mostaru, przyjeżdżał tam kiedy mógł, ale mama chyba nie czuła się już tam bezpiecznie. Mówiła, że chodzenie po ulicach ochrzczonych nazwiskami zbrodniarzy wojennych byłoby dla niej zbyt trudne. Chciała też zostać w Belgradzie ze względu na moją siostrę. Rodzice kupili małe mieszkanie na obrzeżach Belgradu.

Jak to się stało, że trafiłaś do Warszawy?

Chciałam uciec z Belgradu. Nie chciałam być obciążeniem dla rodziców. Wiem, że czuli się winni, że nie mogą mi zagwarantować bezpieczeństwa. Ale wtedy nikt niczego nie mógł zagwarantować swoim dzieciom. Tata znalazł jakąś pracę pod węgierską granicą.  Przyjeżdżał do domu raz na miesiąc. Mama sprzedawała swoje rzeczy, a potem rzeczy z pomocy humanitarnej, żebyśmy mieli jakiekolwiek pieniądze. Wiedziałam, że nie możemy w nieskończoność mieszkać na poddaszu. Szukaliśmy mieszkania do wynajęcia, ale ludzie słysząc przez telefon akcent mamy, nieraz odkładali słuchawkę, bo wiedzieli, że jest uchodźczynią.
Bardzo chciałam studiować. Polska ambasada przydzielała stypendia na studia w Polsce. Dostałam się do katedry Etnologii i Antropologii na Uniwersytecie Warszawskim. Nie znałam języka, ale moja najlepsza przyjaciółka powiedziała mi wtedy, że każdy w życiu ma przynajmniej jeden łut szczęścia i że muszę spróbować. Udało się. Mama i tata płakali. Mówili, że jeśli będzie mi ciężko, zawsze mogę wrócić.

Bez presji, ale jednocześnie udzielali Ci wsparcia.

Rodzice zawsze nas wypychali żebyśmy próbowały różnych rzeczy, ale nigdy nas nie obciążali.

Jak wspominasz czas studiów? Nie dość wyjechałaś do obcego kraju, to jeszcze weszłaś w zupełnie nowe, samodzielne życie. To musiało być duże wyzwanie.

Zdecydowanie było. Po otrzymaniu stypendium, przed samymi studiami dostałam od organizacji społecznej dodatkowe stypendium na miesięczny kurs języka polskiego przed rozpoczęciem roku akademickiego. Potem wróciłam na chwilę do Belgradu i przyleciałam dopiero na rozpoczęcie roku akademickiego. Na lotnisku czekała na mnie wykładowczyni i bardzo mi pomogła się odnaleźć zanim zamieszkałam w akademiku. Zaczęłam się uczyć codzienności. Zwykła wizyta w sklepie spożywczym była wyzwaniem. Wielokrotnie pytałam współlokatorki – Gośkę i Anię – jak coś poprawnie powiedzieć, a one cierpliwie odpowiadały. Ludzie ze studiów się mną interesowali, bardzo mi pomogli oswoić się z nową rzeczywistością. Po pierwszych zajęciach podchodziłam do wykładowcy razem z kolegą czy koleżanką, którzy w moim imieniu prosili o rekomendacje angielskojęzycznych lektur. Przesiadywałam godzinami w Bibliotece Narodowej. Szukałam też książek po serbsku. Pamiętam, że przypadkowo trafiłam na książkę historyka, kuzyna mamy, który opisał dzieje jej rodziny i sąsiadów podczas drugiej wojny światowej. W tej książce są jedyne zdjęcia mojego dziadka, prababci. Oryginały tych zdjęć mama straciła w wojnie w Mostarze. 
Brakowało mi kontaktów z rodziną, przyjaciółmi, poczucia ciągłości i zakorzenienia. Pisałam i otrzymywałam dużo listów od najbliższych, które wciąż przechowuję. Jednocześnie miałam do przepracowania niesamowitą ilość informacji. Pamiętam pierwsze zajęcia z logiki…

Nie martw się. Nikt tego nie rozumie.

Pamiętam, że się niesamowicie wysilałam, ale jak zajęcia się skończyły, w głowie zostało mi tylko: Arystoteles i ciastko (śmiech). I to było wszystko.

Jakie wrażenie zrobiła na Tobie Warszawa?

To pierwsze zderzenie z Warszawą, w sierpniu 1994 roku, było niesamowite. Miasto miało inne kolory niż się spodziewałam. Myślałam że wciąż panuje tu szarość komunistycznych lat.

Skąd miałaś ten obraz miałaś? Czytałaś o Polsce?

Miałam bardzo niewyraźny obraz Polski. Od małego znałam piosenkę Polska w moim sercu, opowiadającą o  strajkach w Gdańsku lat 80. Jej przesłanie zrozumiałam dopiero w później podstawówce albo w liceum. Mam też w głowie kilka obrazów z wiadomości telewizyjnych. z lat 80. Rodzice powiedzieli mi, że w Polsce ludzie się buntują. W tym czasie do mojego wujka, który był dziennikarzem i pracował w teatrze lalek (mieszkał na 13. piętrze w naszym bloku), przybyła ekipa znajomych z teatru z Polski. Nie spotkałam ich, ale zostawili duże kolorowe plakaty teatralne na ścianach pokoju moich kuzynek.

Natknęłam się na wątki, związane z Polską wówczas nie zdając sobie sprawy. Bardzo ważna była dla mnie bajka Bolek i Lolek. Widziałam Konopielkę i kilka filmów polskich reżyserów, m.in. Zanussiego czy Kieślowskiego, ale tak samo jak literatury Singera czy Zniewolonego umysłu Miłosza, nie traktowałam ich jako opowieść o konkretnym kraju. Wydarzenia po 1989 roku były niełatwe do zrozumienia  kto jest opozycją, z kim teraz walczy Lech Wałęsa i tak dalej.

Co Cię jeszcze zaskoczyło w Warszawie?

Pierwszy raz przyjechałam do Warszawy w sierpniu 1994 roku. Było gorące lato. Zaskoczyło mnie uporządkowanie miasta, jakby ktoś wyznaczał ulice od linijki. Przystanki autobusowe z rozkładem jazdy, który się sprawdza w rzeczywistości. W Belgradzie krajobraz był chaotyczny, a uliczki pełne zakrętów i zaułków a na autobus trzeba było czekać godzinami. Warszawa była pełna kolorów i światła. Kobiety były kolorowo ubrane i zadbane, wielu miało intensywnie pofarbowane włosy. W Belgradzie, kiedyś pełnym eleganckich ludzi, w latach 90. panowały marazm i hiperinflacja. Tata natomiast wspominał w jakim szoku był po pierwszych miesiącach wojny w Mostarze, gdy zobaczył swoje znajome z odrostami (śmiech).
Po kilku tygodniach w Warszawie, w autobusie 102, Pan, który jechał ze swoją żona i córką ustąpił mi miejsca. Zaczęliśmy rozmawiać po angielsku. Okazało się, że był w Belgradzie. Następnego dnia spotkaliśmy się znowu przypadkiem na Starówce. Zaprosili mnie do restauracji. Chcieli mi pokazać polską kuchnię. Dostałam pyszny litewski chłodnik z jajkiem. Pomyślałam sobie wtedy: „Będzie dobrze”!

A drugi przyjazd do Warszawy?

Drugi przyjazd już był inny. Pod koniec września. Gorsza pogoda, mniej światła. Bardzo mnie wspierali ludzie z mojego wydziału, szczególnie z naszego rocznika. Wiedziałam, że zawsze mogę ich poprosić o pomoc. Nigdy nie odczułam, że ktoś mnie traktuje jak gorszą. Uczyłam się o historii Warszawy, jak Starówka została odbudowana. Przypominała mi scenę teatralną, za której kulisami toczy się życie. Uderzyła mnie i zafascynowała przeszłość Warszawy. Odkrywałam ją powoli. Przekonała mnie o wytrwałości, o sile życia tego miasta.

Jakie trudności niesie za sobą praca w Amnesty International?

W pracy w Amnesty bywają trudne chwile. Trudna jest świadomość, że jest tak wiele do zrobienia. Nie każdy zbrodniarz został uchwycony, osądzony, nie każdą lekcję z przeszłości przerobiliśmy, nie każda ofiara odkryła swoją historię, a minęło tyle lat. Tym bardziej nie wiemy dużo o ludziach, którzy teraz, nawet niedaleko stąd, doświadczają niewyobrażalnych tragedii. Myślę, że wszystko co mogę zrobić to poświęcić kawałek swojego życia żeby to zmienić.

Dlaczego spotykamy się w muzeum Polin?

Polin to dla mnie magiczne miejsce, które symbolizuje przezwyciężenie wysiłku wymazania nie tylko narodu, ale też człowieka, z księgi świata. Jest próbą, przynajmniej ja to tak odbieram, uczenia się o pozytywnym opowiadaniu historii.

Jakie są twoje ulubione miejsca w Warszawie, gdzie lubisz spędzać czas?

Jedno z moich najbardziej wyrazistych wspomnień z Warszawy to zamrożona Wisła. Miałam wtedy wielką potrzebę zrobienia zdjęcia i pokazania rodzicom tak szeroką rzekę zupełnie skutą lodem. Lubię dzikie nieodkryte chaszcze wokół Wisły i uporządkowane bulwary nadwiślańskie. Lubię obszary Żoliborza i Starych Bielan – często tam bywam i spaceruję. Lubię też klimat starej Pragi. Czuję się tam jakbym się wybrała do innego miasta.

Jak byś opisała Warszawę komuś kto tu nigdy nie był?

Powiedziałabym, że musi przyjechać i zobaczyć Warszawę. To przestronne, chociaż czasem trudne estetycznie, miasto. Miejsce, które się odrodziło jak feniks z popiołów. Tutaj przeszłość bije z murów i chodników. Wciąż od nowa ogromne wrażenie robi na mnie mijanie zaznaczonych na chodnikach granic getta.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Zdjęcia: Maciek Niemojewski