Maria Przybyszewska

Ogródki działkowe na Rakowcu

Warszawa to miasto pełne świetnie rozwijających się inicjatyw.
Szczególnie latem dzieje się tyle rzeczy, że nie wiadomo na co się zdecydować.
Uwielbiam Warszawę przede wszystkim za ludzi, którzy tworzą to miasto.

Maria Przybyszewska – gotuje prostą, zdrową i zrównoważoną kuchnię. Propaguje świadome gotowanie i jedzenie. Warszawianka z Saskiej Kępy. Od niedawna mieszkanka i miłośniczka Mokotowa. W ostatni, ciepły dzień lata, spotykamy się w ogródkach działkowych na Rakowcu żeby rozmawiać o przyjaźni z Mamą, świecie gastronomii i najlepszych warszawskich miejscówkach na zdrowe zakupy.

Rozmowwa: Jesteś warszawianką z krwi i kości?
Maria Przybyszewska: Moi Pradziadkowie od strony Babci urodzili się w Warszawie. Pradziadek Józef był ogrodnikiem i pracował w ogrodzie botanicznym w Powsinie. Prababka Zofia była krawcową, a czasem też modelką w Domu Mody Bogusława Herse. Później przenieśli się do Skierniewic, kiedy Pradziadek dostał pracę w Instytucie Ogrodnictwa. Dopiero moi dziadkowie wrócili do Warszawy razem z małymi córkami, czyli moją Mamą i Ciocią. Ja urodziłam się w Warszawie, ale jednak jestem trochę ze Skierniewic.

R: To po Pradziadku zamiłowanie do roślin?
MP: Możliwe. Zamiłowanie do kwiatów jest u mnie rodzinne. Większość dzieciństwa spędziłam w Skierniewicach, gdzie mieliśmy letni dom z ogrodem pełnym kwiatów, którymi zajmowała się Babcia. Mama w wolnym czasie układa bukiety z kwiatów. Zarówno ona jak i ja Mamy sporo roślin w domu. Staramy się o nie dbać, ale różnie to nam wychodzi.

R: Z jaką dzielnicą jesteś związana od urodzenia?
MP: Jestem z Saskiej Kępy, z ulicy Niekłańskiej. Skończyłam tam podstawówkę i liceum. Myślałam, że jestem lokalną patriotką i nigdy nie wyprowadzę się z Saskiej, ale od dwóch lat mieszkam na Mokotowie i uwielbiam tę cześć Warszawy. Moim pierwszym mieszkaniem było poddasze wynajmowane przy ulicy Belgijskiej, w kamienicy zaprojektowanej przez Antoniego Dygata, przy parku Morskie Oko. Potem przeprowadziłam się na ulicę Dąbrowskiego, a teraz z Mikołajem, moim partnerem, wynajmujemy mieszkanie przy ulicy Naruszewicza. Ta okolica jest niesamowita.

R: Jakie masz pierwsze wspomnienia związane z Warszawą?
MP: Dziś o tym myślałam, gdy wybierałam miejsce naszej rozmowy! Pamiętam wyprawy na Stare Miasto i spacery nad Wisłą, ale tak naprawdę najważniejszym miejscem z dzieciństwa jest dla mnie osiedle domków fińskich Jazdów. Tu mieli dom przyjaciele mojej Mamy. Miałam niezłą paczkę kumpli, z którymi łaziliśmy od domku do domku, na obiady i bajki na VHS, omijając teren szpitala, który uważaliśmy za nawiedzony.Spędziłam tu sporo czasu. To było naprawdę beztroskie dzieciństwo – niby w centrum miasta, a jednak trochę na wsi, wśród dzikiej zieleni. Cieszę się, że Jazdów przetrwał i stanowi teraz bazę dla kulturalnych wydarzeń Warszawy.

R: Opowiedz o swojej Mamie. Wydaje mi się, że macie bardzo bliską relację.
MP: Mama jest producentką filmową. Zaczynała pracę u Agnieszki Holland przy filmie Kobieta samotna. To chyba wtedy została okrzyknięta Wroną, bo głośno krzyczała, a to ważna umiejętność na planie (śmiech). Rzeczywiście, jestem córką Mamy, ona mnie wychowała. Jesteśmy bardzo blisko, a moja przeprowadzka na Mokotów bardzo dobrze zrobiła naszej relacji. Myślę, że jesteśmy podobne. Lubimy poznawać i łączyć ludzi. Chyba obie lubimy też pomagać i mamy silne charaktery. Docierałyśmy się przez lata, ale z wiekiem sobie odpuściłyśmy. Znamy swoje czułe punkty.

R: Poproszę o historie z czasów buntu.
MP: Na szczęście ten bunt trwał dosyć krótko, ale z wiekiem muszę przyznać, że byłam nieznośnym dzieciakiem. W szkole podstawowej mocno próbowałam zamanifestować swoją wyższość, dokuczając młodszym koleżankom (śmiech).

R: Byłaś chłopczycą?
MP: Oczywiście, że tak. Byłam chłopczycą, hip-hopówą i trochę dresiarą. Chudą, zadziorną dziewczyną z krótkimi włosami, która długo nie zdawała sobie sprawy z tego, że „dziewczyństwo” jest po prostu super. W czasach podstawówki odkryłyśmy z koleżankami hip-hop, więc pod pretekstem, pójścia na urodziny do znajomej, wybrałyśmy się aż na Rozdroże, do legendarnego klubu Scena 2000, gdzie bawili się wszyscy raperzy. Wielkim szczęściem było spotkanie chociażby chłopaków z Molesty.


R: Wróćmy jeszcze na chwilę do czasów szkolnych.
MP: Moja podstawówka mieści się przy ulicy Angorskiej. Liceum również, ale zanim do niego trafiłam, wylądowałam w LO, w którym mi totalnie nie szło, na Grochowie przy ulicy Siennickiej. Nawet powtarzałam klasę. Przyczyniła się do tego matematyczka, która mnie nie znosiła. Groziło mi kolejne powtarzanie roku, więc zupełnie straciłam motywację do nauki. Nie wiem dokładnie jak to się stało, ale Mama spotkała pewnego dnia, panią księgową z mojej podstawówki i dowiedziała się, że w tym samym budynku, mieści się również liceum niepubliczne dla dorosłych i trudnej młodzieży. Myślę, że Mama i pani Mirka uratowały moją edukację. Inaczej do tej pory byłabym w pierwszej klasie. W nowej szkole nie tylko nadrobiłam klasę i skończyłam liceum zgodnie z moim rocznikiem, ale jeszcze wyciągnęłam się z matmy na czwórkę.

R: Dobrze wspominasz te czasy?
MP: Generalnie tak, chociaż uważam, że system edukacji w naszym kraju to duże nieporozumienie. Gdyby ktoś pochylił się nade mną i zadał sobie więcej trudu, może byłabym gdzie indziej, ale nie skupiam się na tym. Nie utrzymuję przyjaźni z podstawówki i liceum. Naprawdę cenny okres zaczął się dla mnie, gdy zaczęłam pracować na Chłodnej 25. Pracując za barem, poznałam wszystkich najfajniejszych ludzi, których znam do tej pory.

R: Chłodna 25 była od razu po maturze?
MP: Po maturze zrobiłam sobie przerwę. Pracowałam i wymyślałam co mogę robić dalej. Wybrałam fotografię w Akademii Fotografii, a następnie poszłam na fotografię do Warszawskiej Szkoły Filmowej. Gdy skończyłam szkołę wciąż nie wiedziałam co dalej, więc wymyśliłam, że pojadę pracować do Stanów. Wyrobiłam nawet wizę i wtedy zadzwoniła do mnie Lidia Popiel z propozycją pracy jako jej asystentka.

R: Jak się czułaś w roli asystentki?
MP: Świetnie. Bardzo dobrze wspominam te czasy. Uwielbiam Lidię. Jest świetną mentorką. Spędziłyśmy razem mnóstwo czasu jeżdżąc po Polsce i robiąc ciekawe rzeczy. Pracowałyśmy razem kilka lat, ale nadal nie byłam pewna co chcę właściwie robić. Pewnego dnia zadzwonił do mnie mój były chłopak i spytał czy nie chcę poprowadzić knajpy, w klubie U Artystów, który wraz z kolegami otworzył na Mazowieckiej.

R: Tak po prostu?
MP: Tak po prostu. Powiedział, że dobrze gotuje, więc może bym spróbowała. Niewiele myśląc, zgodziłam się i tak zaczęłam gotować U Artystów i robić po raz pierwszy w życiu dania dla więcej niż pięciu osób (śmiech). Mam jakąś niezwykłą umiejętność szybkiej adaptacji w ekstremalnych warunkach.
W moim domu zawsze się dużo gotowało. To było dla mnie naturalne. Kiedy Mama pracowała, dużo czasu spędzałam sama w domu, gotując dla siebie. Prowadzenie restauracji bez szkoły gastronomicznej, przygotowania, technik kulinarnych było co najmniej szalone. Sposobów krojenia uczyłam się z Internetu. I na własnej skórze (śmiech). Szkoliłam się w procesie. Po U Artystów zaczęłam pracować w 1500sto900.
Mówiąc o Mazowieckiej, przypomniało mi się kolejne ważne miejsce – Studio Filmowe im. Karola Irzykowskiego, w którym pracowała Mama. Również tutaj spędziłam sporo czasu jako dziecko. Miałam filmowe dzieciństwo. Mnóstwo czasu spędziłam na planach filmowych.


R: Wtedy zorientowałaś się, że właśnie to chcesz robić w życiu?
Myślę, że tak. Gotowanie dla ludzi to ogromna przyjemność i wielka odpowiedzialność.

R: Gdzie trafiłaś po 1500?
MP: Wróciłam na Chłodną25, a niedługo później otwierał się barStudio w Pałacu Kultury. Robiłam tam między innymi słynne śniadania na tarasie.
Później prowadziłam małe bistro przy ulicy Dzielnej. To mniej więcej w tym czasie wydarzyła się rzecz, która totalnie odmieniła moje życie.
Mój znajomy, pojechał na Suwalszczyznę, robić dokument Cook it Raw, którego jednym z bohaterów był Rene Redzepi, szef Nomy. Poprosiłam kumpla, żeby go ode mnie pozdrowił, a on zrobił dużo więcej. Nagrał filmik, na którym Rene zaprasza mnie do swojej restauracji. To właśnie moje filmowe życie pełne zaskakujących zwrotów akcji. (śmiech)

R: Nie poleciałaś do Kopenhagi następnego dnia?!
MP: No co ty! Zajęło mi to rok. O tym filmie przypomniała mi Mama. Spytała mnie: „Maria, ilu osobom Rene Redzepi nagrywa filmik, stojąc na polu na Suwalszczyźnie i zapraszając ich do swojej restauracji”? Wtedy postanowiłam napisać list, do którego załączyłam film. Pisałam go kilka razy z pomocą mojej przyjaciółki, Magdy. Za którymś razem Rene odpisał i skierował mnie do działu rekrutacji. W formularzu odpowiedziałam szczerze, że nie skończyłam żadnej szkoły i nigdy nie byłam w restauracji z gwiazdkami Michellin’a. Po trzech tygodniach dostałam wiadomość, że chcą mi zaoferować trzy i pół miesięczny staż. Zaczęło się organizowanie funduszy. Sprzedaliśmy złotą monetę po Pradziadku (śmiech). Lidka pomogła mi i dzięki niej pisałam bloga o pracy w Nomie dla magazynu USTA. Zresztą o moich przygodach do tej pory można poczytać na stronie magazynu. Mieszkanie pomógł mi znaleźć pan Jacek, który był częstym gościem bistro na Dzielnej.
Mam naprawdę duże szczęście w życiu. Myślę, że wcześniej rzadko potrafiłam z niego korzystać, bo miałam mnóstwo kompleksów i brakowało mi wiary we własne możliwości.

R: Staż w najlepszej restauracji świata to zmienił?
MP: Teraz zupełnie inaczej wykorzystałabym czas spędzony w Nomie. Wtedy miałam w sobie mnóstwo niepewności i zwyczajnie myślałam, że mi się to nie należy. Porównywałam się i uważałam, że wypadam naprawdę blado na tle innych. Gdy nadszedł moment, w którym uświadomiłam sobie, że pracuję w najlepszej restauracji świata, po prostu mnie to przytłoczyło. Starałam się wyciągnąć z tego doświadczenia jak najwięcej, ale z drugiej strony byłam potwornie zestresowana – wstawałam o 6.00, chodziłam spać o 23.00, ale nie spałam tylko cały czas byłam na tzw. „standby’u“. Oczy niby spały, ale głowa ciągle pracowała i myślała co trzeba jeszcze zrobić. To było dosyć wykańczające i intensywne, ale przeżyłam te trzy miesiące i to było naprawdę wyjątkowe doświadczenie. Teraz, gdy wreszcie odpuściłam sobie porównywanie się, wiem co robię i co chcę przekazać innym.

R: Co chcesz przekazać?
MP: Chciałabym, żeby wszyscy zrozumieli jak ważna jest świadomość w jedzeniu. Powinniśmy wiedzieć skąd pochodzą składniki, jaką drogę przebyły, kto je dla nas wyprodukował. Chciałabym żebyśmy wrócili do sezonowości i wspierania lokalnych rolników i producentów, ograniczając kupowanie w dużych sieciowych marketach.

R: Jak chciałabyś to realizować?
MP: Obecnie pracuję w Havanie i staram się korzystać z produktów od sprawdzonych dostawców. Jeżdżę po warzywa do gospodarstwa Majlertów i Pana Ziółko. Nabiał zamawiam u Jacka Szklarka ze SlowFoodu. Mozzarella przyjeżdża spod Częstochowy, jaja zerówki biorę od pana Mazurka, mąkę mam od Żabczyńskich. Pyszny olej rzepakowy z góry św. Wawrzyńca biorę od pani Żanety Rutkowskiej, a całą resztę warzyw i owoców przywozi mi firma Frutis prowadzona przez mojego znajomego. Marcin zna mnie na tyle dobrze, że moich dostaw nie pakuje w plastik. Jeżeli kupuję oliwę, to grecką z moich ulubionych delikatesów Meli Deli. Warto znać swoich dostawców i korzystać z jak największej ilości produktów dostępnych lokalnie i rozsądnie używać produktów importowanych.


R: Gdzie kupujesz jedzenie?
MP: Uwielbiam Halę Mirowską. Mam swoje ulubione punkty. Chyba powinnam zrobić mapkę, bo długo by wymieniać. Jeżdżę do gospodarstwa Majlertów. Staram się odwiedzać Targ w Fortecy Kręglickich, a przede wszystkim ulubioną rodzinę Ziółków i Tomka, który hoduje ekologiczne grzyby. Na targu też są najlepsze truskawki i czereśnie, ale nie pamiętam nazwiska producentów. Uwielbiam piekarnię Rano przy ulicy Stalowej, chociaż to zupełnie nie na mojej trasie.

R: Gdzie chodzisz żeby zjeść na mieście?
MP: Moje ulubione miejsca to MOD, Regina, Bibenda, Vege Kitchen, VietMama, Vegan Ramen Shop, Pacyfik i Uki Uki, z nowości Mr. Bun. Zdecydowanie przeważa u mnie kuchnia azjatycka i miejsca prowadzone przez ludzi, których znam i lubię. Ze słodyczy to zdecydowanie drożdżówki w Havanie (żeby nie było że nie jestem skromna, to nie ja je wypiekam) i słodkości z cukierni Kukułka.

R: Jakie masz inne, ulubione, warszawskie miejsca?
MP: Bardzo polubiłam Mokotów, który wciąż odkrywam. Polecam rakowieckie ogródki działkowe, na których się spotkałyśmy i spacer nimi aż do Parku Żołnierzy Radzieckich lub na Pole Mokotowskie. Uwielbiam Szare Domy na Fałata. Co roku mieszkańcy organizują tu wspaniałe święto, podczas którego można zwiedzić całą kolonię, posłuchać ciekawych wykładów, obkupić się na garażówce i skończyć wieczór, słuchając muzyki. Bardzo lubię willową część Saskiej Kępy od ulicy Francuskiej, (za którą nie przepadam), aż do dzikiej strony Wisły.

R: Co Cię denerwuje w Warszawie?
MP: Wkurza mnie przyzwolenie na miejską i podmiejską brzydotę. Jak wjeżdżasz do miasta od strony Ząbek albo Marek to dostajesz oczopląsu – wszechobecne bannery i reklamy kłują w oczy. Ostatnio załamałam się klubem Wesele przy ulicy Parkingowej. Trudno mi uwierzyć, że w centrum stolicy stoi remiza.

R: Co Ci się tu podoba?
MP: Warszawa to miasto pełne świetnie rozwijających się inicjatyw. Trudno wymienić wszystkie. Szczególnie latem dzieje się tyle rzeczy, że nie wiadomo na co się zdecydować. Uwielbiam Warszawę przede wszystkim za ludzi, którzy tworzą to miasto.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Zdjęcia: Maciek Niemojewski