Anna Barlik

Saska Kępa

Architektura w Warszawie jest totalnie inspirującym bałaganem. Kolorowo, niespójnie, pełno billboardów.
Między innymi dlatego poszłam na studia podyplomowe na urbanistykę na Politechnice Warszawskiej.
Miałam wrażenie, że urbaniści nie mają nic wspólnego z artystami, bo patrzą tylko na plany
i brakuje im abstrakcyjnego myślenia, a architekci chcieliby, ale się ograniczają.


Anna Barlik. Artystka-rzeźbiarka. W swojej twórczości zajmuje się koncepcjami przestrzeni. Bada związki interakcjami ludzi i przestrzenią. Jej projekty są inspirowane lokalnością. Działa na pograniczu rzeźby, rysunku i kompozycji. Kobieta energia. Mama trzech chłopaków – Włada, Stasia i Stefana. Czasem ucieka zaszyć się w Pracowni w Aninie, ale jej mała ojczyzna to zdecydowanie Saska Kępa. Romawiamy o dorastaniu na hansenowskim osiedlu, przeprowadzce do Stanów, warszawskich projektach i fascynacji Skandynawią.

Rozmowwa: Gdzie się urodziłaś?

Ania Barlik: Kiedy się urodziłam, rodzice mieszkali z moimi dziadkami w domu wybudowanym niedługo po wojnie w Aninie. Przenieśli się tam z Ronda Wiatraczna. Życie z dziadkami okazało się jednak trudne i rodzice znaleźli mieszkanie komunalne na osiedlu hansenowskim – Pekinie. Mieszkaliśmy tam przez trzy lata.

R: Jak to wspominasz? Jak się mieszkało na hansenowskim osiedlu?

AB: To był koszmar. Lata 80. Nasza rodzina wyjęta jakby z filmu Pleasantville trochę nie pasowała do tego klimatu. Mieliśmy małe mieszkanko na ostatnim piętrze. Pamiętam czerwone krzesła, obrus w kratkę vichy, białą lampę na sprężynie nad stołem i miniaturowy balkon metr na metr. Mama mi ostatnio opowiadała, że wyścielała tam dla mnie i siostry koce, żebyśmy mogły się bawić lalkami i oddychać świeżym powietrzem. Dziś jak patrzę na ten balkon i myślę o moich ruchliwych chłopcach, to jestem trochę przerażona (śmiech). Jeśli chodzi o osiedle, pamiętam syf i strzykawki wszędzie dookoła. W mieszkaniu pod nami mieszkała para rasowych, ejtisowych ćpunów – całymi dniami gotowali na maku kompot. Kładli się na trawie, na wale przy Żymirskiego i patrząc w niebo, dawali sobie w żyłę. Jak sobie teraz wyobrażam moją mamę, która śmigała na czwarte piętro z dwójką dzieci, wózkiem i zakupami, to robi mi się trochę słabo.

R: Pamiętasz innych sąsiadów?

AB: Bardzo dobrze. Żyliśmy trochę jak w komunie. Wszyscy się znali. Obok mieszkała pani Basia, która miała dwie córki w naszym wieku. Często się z nimi bawiłyśmy. Inny sąsiad – Michał – założył później CD Projekt. Śmiejemy się, że tata miał wpływ na jego zajawkę, bo kiedy pracował w Atari, dawał Michałowi w prezencie różne komputerowe gadżety. Dopiero w dorosłym życiu dowiedziałam się o hansenowskiej koncepcji osiedla otwartego, ale pamiętam, że w rzeczywistości każda galeryjka kończyła się wielką kratą – niby każdy miał do niej klucz, ale nikt jej nie otwierał. Ścigałyśmy się z siostrą do tej kraty, wspinaliśmy na nią. Później wróciliśmy do Anina, bo kupiliśmy psa i życie z nim w mieście okazało się niemożliwe. Pradziadkowie już nie żyli, a my zamieszkaliśmy z moją ciocio-babcią Salomeą. To była bardzo ciekawa postać – niespełniona śpiewaczka operowa.

R: Opowiedz!

AB: Ciocia Salomea miała przepiękny mezzosopran. Studiowała w konserwatorium muzycznym i jeden z profesorów kazał jej trenować dużo więcej niż pozostałym śpiewakom. Któregoś dnia obudziła się i nie mogła mówić. Teraz wiemy, że kompletnie zdarła sobie struny głosowe. W latach 60. nie było możliwości operacji. A ciocia Salomea miała podpisany kontrakt na tournée po Europie i Azji. Jej dobra przyjaciółka przejęła ten kontrakt i została światowej sławy divą operową. Ciocia pracowała w domach kultury – prowadziła zajęcia z rytmiki. Pamiętam, że puszczała nam arie operowe na gramofonie. W zimie rozsypywała ryż na dywanie, żebyśmy miały piaskownice. 
Później wyprowadziliśmy się do Stanów. Kupiliśmy bilety lotnicze za równowartość naszego mieszkania w Pekinie.

R: Czemu tam pojechaliście?

AB: Tata dostał stypendium Fulbrighta. Robił doktorat z PR-u. W 1994 roku to był zupełnie nieznany temat. Rodzice skończyli dziennikarstwo. Mama najpierw zajmowała się domem, a później pracowała w Expressie Wieczornym i Rzeczpospolitej. Później przeskoczyła do pracy w NGOsach. Tata od zawsze wykładał na dziennikarstwie. Miał tylko jedną przerwę, kiedy spora grupa studentów przyniosła mu identyczne prace. W Stanach to było nie do pomyślenia. Chciał, żeby ich wszystkich wyrzucono, ale dziekan się nie zgodził. Odszedł. Długo namawiali go do powrotu.

R: Opowiedz jeszcze o Stanach.

AB: Mieliśmy dom w Greenbelt. Znałam podstawy angielskiego, więc rodzice wysłali mnie od razu do amerykańskiej szkoły. Przez pierwsze trzy tygodnie porozumiewałam się na migi, ale po trzech miesiącach już normalnie rozmawiałam. W Stanach czułam, że jestem we właściwym miejscu. Zaczęłam widzieć kontrast Stanów i Polski, gdy wróciliśmy. Poszłam do państwowej podstawówki. To był koszmar. Nie mogłam się przyzwyczaić do negatywnej energii i kąśliwych komentarzy nauczycielek. Ciągle zmieniałam szkoły.

R: Gdzie poszłaś do liceum?

AB: Na Iwicką. Fajna prywatna szkoła. Uczyli nas naprawdę ciekawi ludzie i można było mówić, co się myśli. Było to niespotykane w polskich szkołach. Chodziłam do matematycznej klasy. Lubiłam to miejsce, ale zawsze byłam trochę w kontrze do wszystkich. Miałam swoje zajawki.

R: Jak to się stało, że zaczęłaś się zajmować sztuką?

AB: Od dziecka wiedziałam, że jeśli nie zostanę baletnicą albo piosenkarką, pójdę na Akademię Sztuk Pięknych (śmiech). Poszłam do klasy o ścisłym profilu, bo wiedziałam, że jeśli nie dostanę się na malarstwo, będę zdawała na architekturę.
R: Udało Ci się dostać na Akademię?

AB: Złożyłam teczkę na wzorki, ale mi ją odrzucili. Byłam w szoku. Znalazłam studia z projektowania biżuterii na ASP w Łodzi. Pojechałam na egzamin i dostałam się tam na dzienne studia. Wzięłam cały swój dobytek i przeprowadziłam się do Łodzi. Okropnie depresyjne miasto. Wytrzymałam na dziennych studiach miesiąc i przeniosłam się na zaoczne. W tym czasie zaczęłam się interesować rzeźbą. Olśniło mnie, że to połączenie wszystkich rzeczy, które mnie interesują – malarstwa, architektury i wzornictwa. Chodziłam na rzeźbę na wolną akademię w Warszawie i później dostałam się tam na dzienne studia. Zaczęłam studiować dwa kierunki, więc nie miałam praktycznie żadnych weekendów, ale dawałam radę.

R: Mieszkałaś dwa dni w Łodzi i pięć dni w Warszawie?

AB: Tak, na Saskiej Kępie. Miałam wtedy chłopaka dj-a, który był menadżerem Le Madame i Mińskiej 25. Nie omijałam prawie żadnej imprezy. Miałam Peugeota combi i właściwie w nim mieszkałam (śmiech).

R: Wróćmy jeszcze na chwilę do czasów na ASP. Jak je wspominasz?

AB: Dobrze wspominam ten czas, ale byłam czarnym kotem, który chodził własnymi drogami. Przeszłam przez wszystkie pracownie na rzeźbie. Szukałam własnej drogi. Byłam chwilę u profesora Myjaka. Później u Kowalskiego. Chyba jako pierwsza osoba świadomie zrezygnowałam z jego pracowni. Bardzo go ceniłam, ale czułam się ograniczona. Nie odpowiadał mi taki zorganizowany, narzucony styl pracy. Nie chciałam robić wszystkiego pod dyktando. W ogóle na ASP przeważa tryb mistrz – uczeń, a ja uważam, że lepsze są stosunki partnerskie. Dobrą odskocznią okazało się stypendium, które dostałam w Berlinie na Universität der Künste. Pojechałam tam z kolegą, Marcinem Ebertem z wzornictwa. On też dostał się na to stypendium. Zamieszkaliśmy razem. To był przedziwny czas. Chodziłam na imprezy, robiłam odjechane instalacje, jeździłam na rowerze, jadłam shoarmę. Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze w Mitte. Wynajmowaliśmy mieszkanie od nieznajomego, który przez przypadek okazał się szwajcarskim księciem – Gabriela Von Loebella. Później okazał się też członkiem znanej grupy artystycznej Gelatin. Po szalonym czasie w Berlinie wróciłam do Warszawy i zaczęłam pracować już nad swoimi pracami, a później dyplomem.

R: O czym była Twoja praca dyplomowa?

AB: Robiłam dyplom u profesora Duchowskiego o mojej kamienicy – Paryska 37. Wyszłam od założenia, że przestrzeń, która jest semipubliczna jak klatka schodowa, niesie za sobą wiele. historii.
Zaczęłam wypytywać sąsiadów o historię budynku. Dowiedziałam się na przykład, że mieszkanie, w którym teraz jesteśmy, należało do ostatniego rotmistrza Wojska Polskiego, który był dyrektorem Muzeum Wojska Polskiego. W mieszkaniu pod nami było kiedyś kasyno. Spotykali się w nim panowie z Kępy. Albo że na ostatnim piętrze mieszka pan Władysław, kompozytor, który był kiedyś prezesem Związku Kompozytorów Polskich.

R: To dziś niezwykle rzadko spotykane – znać swoich sąsiadów.

AB: To w ogóle jest charakterystyczne dla Saskiej Kępy. Tu wszyscy się znają. Chodzimy na kawę do kawiarni Irenka w piżamach (śmiech). Co roku organizujemy dzień dziecka w Mszczonowie, u rodziców mojego męża, Wiktora, dla wszystkich dzieciaków w okolicy.



R: Opowiedz jeszcze o drugim warszawskim projekcie, o Ursynowie.

AB: Mam zajawkę na tematy lokalne. Robiłam ten projekt również u profesora Duchowskiego, guru od przestrzeni publicznej. Zainteresowała mnie ta dzielnica, mimo że jest to dla mnie totalnie odległa. To nigdy nie był mój klimat. Kępa jest małym francuskim miasteczkiem, które jakby przypadkiem wylądowało na brzegu Wisły. Ursynów nigdy mi się specjalnie nie podobał. Pokazałam wielowarstwowość, anonimowość, cienie rzucane przez szare bryły. Zrobiłam też projekt “Warszawa tonie” o pastelozie polskich bloków. Nie jesteśmy tak odważni jak Hiszpanie, którzy operują ostrym kolorem, ani tak rozsądni jak Skandynawowie, którzy używają ostrych lub stonowanych kolorów z konkretnych powodów.

R: Jak odbierasz warszawską architekturę?

AB: Architektura w Warszawie jest totalnie inspirującym bałaganem. Kolorowo, niespójnie, pełno billboardów. Nie ma żadnej rady, która zajmowałaby się estetyką. Jak robiłam dyplom – część na Skwerze Khala na przeciwko Wydziału Rzeźby, odwiedziłam pana, który zajmował się estetyką miasta w urzędzie w śródmieściu. Pamiętam jego beznadziejnie brzydki krawat, koszulę i niedobraną marynarkę. Wyglądał jak reklama antyestetyki. Tak nieestetycznie wygląda cała Polska. Między innymi dlatego poszłam na studia podyplomowe na urbanistykę na Politechnice Warszawskiej. Miałam wrażenie, że urbaniści nie mają nic wspólnego z artystami, bo patrzą tylko na plany i brakuje im abstrakcyjnego myślenia, a architekci chcieliby, ale się ograniczają. Dlatego tak mnie ciągnie do Skandynawii.

R: Jak się znalazłaś w Skandynawii?

AB: Pojechałam tam przez przypadek. Odezwał się do mnie kumpel, że brakuje mu jednej osoby na podróż jachtem wokół Islandii – to był 2007 rok. Miałam dwa dni na decyzję. Byłam jedyną osobą na pokładzie, która zapomniała aparatu fotograficznego. To była najlepsza rzecz, jaka mi się przytrafiła. Mam w głowie obrazy stamtąd. Wróciłam z rejsu i zaczęłam się interesować rezydencjami artystycznymi – wyjechałam na Islandię, a później do Finlandii. Pomiędzy tymi wyjazdami wróciłam na tydzień do Warszawy. Zmarła wtedy moja ciocia Salomea. W Finlandii przechodziłam żałobę. Przyjechał do mnie kumpel, Wiktor Koperski. Oglądaliśmy razem zorze polarne. Zakochaliśmy się w sobie. Został później moim mężem.



R: O Skandynawii robiłaś doktorat, prawda?

AB: Tak, zaczęłam studia doktorskie i wiedziałam, że chcę robić coś związanego z lokalnymi kontekstami. Chciałam to oprzeć o kilka miejsc, aplikowałam o rezydencje i wszystkie dostawałam w okolicy bieguna północnego. To był znak, że ciągnie mnie na północ. Byłam sama podczas nocy polarnej – pasowało mi to. Lubię być sama ze sobą – to dla mnie najbardziej twórczy moment. Odpowiadała mi skandynawska mentalność. Fascynowały mnie reakcje ludzi na ciepło i zimno. Ich kolory i smaki są zupełnie inne niż południowców. Nikt tak nie celebruje słońca jak północ.

R: Opowiedz o kolorach w Twoim projekcie.

AB: Projekt jest inspirowany kolorami architektury lokalnej. Wzięłam sobie barwnik tamtejszych domów. Na Grenlandii każdy typ domu ma inny kolor – fabryka ryb jest niebieska, budynek urzędowy – żółty, a dom mieszkalny czerwony. Dzięki temu wszędzie łatwo trafić.

R: Pogadajmy o Twojej Warszawie.

AB: Moja Warszawa bardzo się zmieniła, odkąd mam dzieci. Wcześniej odwiedzałam głównie Plan B, Le Madame, Mińską, Towarzyską i Eufemię. Później pojawiły się dzieci. Przedszkole okazało się strzałem w dziesiątkę – nie tylko dla chłopców, lez także dla nas. Wszyscy rodzice są dość kompatybilni. Grupa naszego starszego syna (5 lat) to grupa oryginalnych młodych ludzi i tacy są też rodzice – zintegrował nas dzień dziecka, który staramy się co roku urządzać u moich teściów w Mszczonowie. Przez pół roku nasz średni syn chodził do przedszkola na Gocławiu i okazało się, że miejsce to przede wszystkim ludzie, którzy je tworzą – byli tam rodzice z korporacji, zamknięci na kontakty rówieśników, zostawiający dzieci jak w przechowali – a samo przedszkole było super. Z dziećmi w mieście jest co robić – mamy roczny karnet do Centrum Nauki Kopernik, chodzimy latem na plażę na Kryniczną, a zimą na sanki w Jordanku na Nobla. Jak chłopcy byli mali (urodzili się praktycznie rok po roku), kupiliśmy im wóz z dyszlem i okazał się on zbawienny na dłuższe spacery. Teraz jeszcze jest Stefek (pół roku) i Wiktor ciągnie wóz, a ja wózek z młodym i tak jeździmy w miasto – a to do Śródmieścia pochodzić na bosaka, a to do Skaryszaka na piknik. Od kiedy są dzieci, czas jest też bardzo zorganizowany, więc z wyprzedzeniem wiem, kiedy będę w pracowni i jak dzielimy się opieką, gdy mamy więcej pracy.

R: Gdzie tworzysz?

Pracownię mam w Aninie, sporą i nawet doświetloną piwnicę w domu rodziców. Lubię to rozwiązanie – jest higieniczne – muszę przejechać kawałek z Kępy, żeby się odciąć. Mam osobne wejście, więc dopiero kiedy wiem, że skończyłam pracę, wtedy wpadam na górę do rodziców na kawę. Czasem nawet nie zauważają, że byłam. W pracowni panuje totalna cisza i to takie tylko moje miejsce. Dzieci wolą jeździć do fabryki trumien do taty niż do mojej pracowni – tam jest więcej akcji (śmiech).

R: Lubisz Warszawę?

AB: Kocham! Nie chciałabym mieszkać poza miastem. Dla takich odludków jak ja to może być niebezpieczne (śmiech). Jestem z Warszawą bardzo związana. Od urodzenia mam tu swoje miejsca. Przede wszystkim prawa strona rzeki – nigdy nie mieszkałam po tamtej stronie rzeki (!). No chyba, że był to Berlin albo Nowy Jork (śmiech). Jestem z Pragi. Dobrze się czuje na Kępie – lubię moich sąsiadów. To miasto jest placem budowy, cały czas się zmienia, ale rurki z kremem pana Przewłockiego, z którym robiliście rozmowę, jedli jeszcze moi pradziadkowie – one są tak samo dobre od lat. Kiedy moja mama zaczęła rodzić moją siostrę i szła na piechotę z Waszyngtona na Szaserów, poprosiła tatę, żeby wpadli jeszcze na te rurki (śmiech).

www: www.annabarlik.com
instagram: @annabarlik

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Zdjęcia: Maciek Niemojewski
Korekta: Kinga Słowik