Areta Szpura

Kawiarnia Relaks

Nie spieszyć się – to dla mnie prawdziwe wyzwanie. Nie muszę od rana zdobywać Mount Everestu.

 

Areta Szpura od zawsze pracowała. Statystowała w filmach, stylizowała, prowadziła bloga i social media znanych firm. Zawsze uśmiechnięta, tryskająca energią i kolorowo ubrana. Jako nastolatka założyła z koleżanką firmę odzieżową Local Heroes, która stała się jedną najbardziej rozpoznawanych za granicą polskich firm. Ubrania Local Heroes nosiły największe gwiazdy: Justin Bieber, Cara Delevingne i Rihanna. Spotykamy się na Mokotowie, w kawiarni Relaks, i rozmawiamy o dziecięcych marzeniach, zwalnianiu tempa i o tym, jaka jest Warszawa szalonych, twórczych i ambitnych dziewczyn, które są nieustannie w biegu.

Rozmowwa: Dlaczego spotykamy się w Relaksie?

Areta Szpura: Jestem nową, totalnie zajaraną i zakochaną mieszkanką Mokotowa. Kiedyś rzadko bywałam w Relaksie, ale odkąd przeprowadziłam się w te rejony, przychodzę tu prawie codziennie. Dla mnie to dzienna wersja Planu B – nie ma sensu przychodzić tu, żeby popracować czy poczytać książkę, bo zawsze spotka się mnóstwo znajomych. Bardzo to lubię i cenię, bo po kilku godzinach spędzonych na ciekawych rozmowach wychodzę z głową pełną pomysłów. Niesamowite, że Relaks tyle lat istnieje i ludzie przyjeżdżają tu z drugiego końca Warszawy, żeby napić się kawy.

R: Powiedziałaś, że mieszkasz na Mokotowie od niedawna. Gdzie dokładnie?

AS: Obok Kina Iluzjon. Po poprzednich mieszkaniach marzyłam, żeby mieć widok na park. Chciałam móc otworzyć okno i usłyszeć śpiew ptaków, a nie budzić się z bolącą od hałasu głową. Zobaczyłam widok z okna i wiedziałam, że to jest to.

R: Co Ci się podoba w Mokotowie?

AS: Wiem, że jeszcze nie poznałam Mokotowa. Mam przewodnik po architekturze, z którym zwiedzam. Mokotów to dla mnie małe miasteczko, oddalone pięć minut od centrum. Potrafię tu spędzać całe dnie, nie muszę się nigdzie ruszać i używać samochodu. Kiedyś to było nie do pomyślenia. W promieniu 30 metrów mam wszystko, czego potrzebuję.

R: Masz tu swoje ulubione miejsca?

AS: Bardzo lubię GringoBar. Słyszałam też, że przepyszne jedzenie jest w Ciao a Tutti. Konieczne muszę tam pójść i sprawdzić. 

 

R: Gdzie mieszkałaś wcześniej?

AS: Największą część mojego życia mieszkałam na Saskiej Kępie. Tam chodziłam do przedszkola, szkoły i gimnazjum. Dopiero do liceum przeniosłam się za Wisłę. Mieszkaliśmy z rodzicami przy ulicy Międzynarodowej. Kiedy miałam 5 lat, przenieśliśmy się na bliski Wawer, ale moje życie dalej toczyło się właściwie na Saskiej Kępie. To trochę absurdalne, ale prosiłam mamę, żeby woziła mnie samochodem na Meksykańską, żebym mogła się pobawić z koleżankami na trzepaku. Na Wawrze nic wtedy nie było, a ja chciałam wychodzić i bawić się pod blokiem jak dzieci (śmiech). Ale chyba nigdy nie udało mi się być normalną dziewczynką.

R: Jakim byłaś dzieckiem?

AS: Byłam sobą tylko w mniejszej wersji. Nigdy nie wpasowywałam się w żadne stereotypy i normy. Od zawsze byłam otoczona fajną atmosferą akceptacji, więc gdy miałam jakiś pomysł, po prostu go realizowałam. Nie byłam dziwolągiem, ale zawsze się trochę wyróżniałam. Dzięki rodzicom, którzy mieli nietypowe zawody i mnóstwo podróżowali, byłam bardzo otwarta. Nie rozumiałam podziału na ,,polskie” i ,,niepolskie”. Od zawsze rzeczywistość była dla mnie jednym wielkim wszechświatem. Podróżowanie, bycie w różnych miejscach w różnym czasie, to mnie ukształtowało. Mam zdjęcie z dzieciństwa, na którym bawię się z grupą afrykańskich dzieci. Wróciłam z tego wyjazdu z warkoczykami. Dzieci w Polsce przezywały mnie ,,białym Xzibitem” (śmiech). Nie rozumiały, o co chodzi z moją fryzurą. To było dla nich zbyt ,,inne”, a ja byłam zachwycona. W ogóle moją ikoną stylu jestem młodsza ja (śmiech). Nie wiem, skąd moja mama brała te ubrania, ale były niesamowite. Uwielbiam oglądać zdjęcia z dzieciństwa, kiedy odwiedzam rodziców.

R: Miałaś okres buntu?

AS: Byłam bardzo grzeczna. Jest kilka śmiesznych historii, o których rodzice nie pozwalają mi zapomnieć.

R: Na przykład?

AS: Jechaliśmy przez Stany i chciałam zatrzymywać się tylko w motelach, które mają basen, bo musiałam wieczorem popływać w moim dmuchanym kółku. Pamiętam też, że miałam moje ukochane złote chodaki. Kiedyś zapomniałam ich zabrać z hotelu i musieliśmy pokonać dwieście kilometrów, żeby po nie wrócić. Jeszcze inna historia wiąże się z moimi urodzinami w Kenii. Wymyśliłam sobie, że wszyscy goście przyjdą ubrani na galowo, chociaż był czterdziestostopniowy upał. Na dodatek jako prezent urodzinowy zażyczyłam sobie kokosa, więc mój wujek musiał wejść na palmę (śmiech).

R: A w późniejszych latach?

AS: Nie miałam potrzeby się buntować. Wiadomo, mam swoje błędy młodości i pamiętam kilka głupich rzeczy, które zrobiłam, ale od zawsze praca była dla mnie mega ważna. Lubiłam to, że mam starszych znajomych, którzy robią coś wartościowego, a nie siedzą w szkole i się uczą. Kiedy miałam szesnaście lat, pracowałam jako fotograf na imprezach. Wtedy nikt nie sprawdzał mojego dowodu (śmiech). Byłam codziennie w Jadłodajni i Kamieniołomach. Wyszalałam się. Teraz chodzę na imprezy z kawą albo wrzątkiem. Maks mojego imprezowania to drinki w BarStudio – Sex and the City, wersja warszawska. Chyba dorosłam.

 

R: Opowiedz o swoich rodzicach.

AS: Moi rodzice nie są z Warszawy. Dostali tu mieszkanie po cioci z Kaliforni. Zrobili wszystko, żeby dobrze nam się żyło. Bardzo doceniam, że mogłam jeździć na ferie zimowe do Nowego Jorku, Paryża czy Londynu. To nie była rzeczywistość moich koleżanek i kolegów ze szkoły. Kiedy miałam trzynaście lat, stwierdziłam, że chcę w końcu jak normalne dzieci pojechać na narty w zimę. Pojechałam na obóz zimowy i wróciłam po trzech dniach (śmiech). Moi rodzice zajmowali się różnymi rzeczami m.in. handlem. Mieli mnóstwo zawodów i szalonych przygód.

R: Jak wspominasz ten czas podróży? Co Ci dały wyjazdy?

AS: Dla mnie wyjazdy były zupełnie normalne. Żyłam w trochę innym świecie, w bajce. Oglądałam Disney Channel, a nie Misia Kolargola. Teraz bardzo to doceniam i jestem wdzięczna moim rodzicom. Wiem, że nie każdy miał takie kolorowe dzieciństwo. Myślę, że też dzięki podróżom rodzice dali mi tak na imię.

R: Właśnie, jakie jest znaczenie Twojego imienia?

AS: Areta po grecku znaczy ,,cnota”. Nie ma to zbytnio ze mną związku (śmiech). Miało być oryginalnie i inaczej. Wiem tylko, że moi rodzice usiedli z kalendarzem i szukali najdziwniejszego imienia. Zastanawiali się między Aretą a Mercedes. Na szczęście zorientowali się, że nie każde dziecko w przedszkolu będzie wiedziało, że marka aut pochodzi od imienia, a nie na odwrót. Jedyny minus – musiałam wymieniać nieskończoną ilość dokumentów, w których ktoś napisał przez pomyłkę Aneta lub Arleta (śmiech). Fajnie jest mieć oryginalne imię, bo ludzie zawsze Cię zapamiętują. To w pewnym sensie kreuje twój charakter. Nie mogłam być szarą myszką, która się wtopi w tłum.

R: Studiowałaś?

AS: Nie jestem wielką fanką studiów. Pracowałam, od kiedy miałam czternaście lat. Zawsze chciałam działać. Jarała mnie Skandynawia. Wymyśliłam, że pojadę do Sztokholmu i będę tam pracować. Zaczęłam studiować skandynawistykę, ale to nie były studia dla mnie. Rzuciłam je i to się idealnie zbiegło z założeniem Local Heroes. Zaczęłyśmy rozkręcać firmę. Później poszłam na licencjat do VIAMODA na kierunek ,,Zarządzanie modą”. To były mało wymagające studia. Często kończyło się tak, że to ja prowadziłam zajęcia, bo miałam większą wiedzę niż ci, którzy tam wykładali. Nic nie zastąpi praktyki. Chyba ominął mnie taki typowo studencki okres.

 

R: Co robiłaś przed Local Heroes?

AS: Od zawsze lubiłam robić dziwne rzeczy. Przed modą jarał mnie film. Chodziłam statystować. Zdjęcia trwały czasem trzy, a czasem dwanaście godzin. Dostawałam pięćdziesiąt złotych dniówki. To był dla mnie majątek! Pamiętam, że raz byłam zombie i trzy godziny robiono mi make-up. Chodziłam na różne castingi. Raz poszłam na casting do „5-10-15”. Wzięłam ze sobą młodszą siostrę. Ona się dostała, a ja nie! (śmiech). Byłam też mega zajarana blogami. To były w Polsce początki blogosfery. Niewinne, nieprzypominające dzisiejszego przemysłu blogowego. Nawiązałam kontakt z fajną społecznością. Jeździłam do Krakowa i spotykałam się z koleżankami, robiłyśmy sobie zdjęcia. Znalazłam towarzystwo, w którym dobrze się czułam. Wiedziałam już, że chcę pracować w modzie. Mój kolega znał dziewczynę, która pracowała w „Glamour”. Napisałam do niej. Spędziłam wakacje na stażu i tak się sprawdziłam, że zostałam cały rok. Zaczęłam asystować innym stylistom i pomagać mniejszym firmom prowadzić media społecznościowe, które dopiero raczkowały w Polsce. Jest wspaniała historia związana z Instagramem. Ktoś mi pokazał tę aplikację. Myślałam, że to zwykły program do przerabiania zdjęć. Pracowałam akurat przy tajnej sesji z Zombie Boyem. Następnego dnia zadzwoniła do mnie redaktor naczelna: ,,Jakim cudem zdjęcia z naszej sesji są wszędzie w internecie?!”. Tak się dowiedziałam, jak działa Instagram. Pracowałam też przez trzy miesiące na zmywaku w Mr. Pancake na Solcu. Do tej pory się przyjaźnimy.

R: Powiedziałabyś, że Warszawa to Twoje miejsce?

AS: Na razie na pewno tak. Mieszkałam w Los Angeles przez pół roku. Spełniłam moje marzenie z dzieciństwa, ale nigdy nie czułam się tam jak u siebie. Gdziekolwiek mieszkasz, zawsze tworzysz swoją bańkę. Najważniejsi są dla mnie ludzie, a tu mam najwięcej bliskich. Dopóki nie wezwie mnie praca, nie będę gonić i szukać nowego miejsca.

R: Czego nie lubisz w Warszawie?

AS: Nie lubię smutnych i niezadowolonych twarzy na ulicach. Chciałabym, żeby było tu więcej słońca. Może wtedy byśmy się więcej uśmiechali. Chciałabym też, żebyśmy nie nosili plastikowych siatek. To moja nowa obsesja.

R: A gdzie lubisz w Warszawie bywać poza Mokotowem?

AS: Ważne miejsce z mojego dzieciństwa to Pałac Kultury i Nauki. Chodziłam na wszystkie możliwe zajęcia pozalekcyjne. Zaliczyłam basen, akrobatykę, gimnastykę, malarstwo, taniec, akwarystykę, ratownictwo, wodne i projektowanie stron www. Chodziłam też do zespołu pieśni i tańca Gawęda. Miałam tam dużo znajomych. Chodziliśmy do świetlicy i do baru Jaś i Małgosia na spaghetti za 3zł. Inne miejsce, które pamiętam z dzieciństwa, to lodziarnia Akwarium przy ulicy Francuskiej. Spędzaliśmy tam z całą bandą każde rozpoczęcie i zakończenie roku. Z sieciówek lubię też Rue de Paris. Pamiętam, jak się otworzył Starbucks. Byłam psychofanką wszystkiego co amerykańskie, więc poszliśmy ze znajomymi na otwarcie i dumnie nosiłyśmy te kubki, nawet jak już dawno zabrakło w nich kawy (śmiech). Moje życie kręci się wokół jedzenia. Nie dorosłam jeszcze do tego, żeby sama sobie gotować, więc moje nowe ulubione miejsce do VegeMałpa. Mają kosmiczne, niesamowicie smaczne lunche. Lubię też Wegeguru i Nancy Lee. Często chodzę do Green Cafe Nero. Uwielbiam też parki. Moje dzieciństwo to park Skaryszewski, wodospad i cukiernia Misianka. Ostatnio moim ulubionym miejscem jest Bulwar Słoneczny nad Wisłą. Parkuję przy moście Skaryszewskim, schodzę na dół i czytam książkę.

 

R: Opowiedz o Local Heroes.

AS: Siedziałyśmy z Karoliną w jej 15-metrowej kawalerce przy ulicy Nowogrodzkiej. Miałyśmy pomysł, żeby założyć własną markę. Nie planowałyśmy dużego biznesu. Stworzyłyśmy małą kolekcję t-shirtów i dodatków z nadrukami. Byłyśmy dwuosobową firmą – stylistkami, fotografkami, projektantkami, producentkami. Większość naszego życia spędzałyśmy na poczcie i wysyłałyśmy ciuchy. Schodziłyśmy tylko do sklepu po bułki i pasztet i wracałyśmy do pracy. Po dwóch miesiącach postanowiłyśmy wysłać paczkę do Justina Biebera. Karolina znalazła jego dom w Google Street View – rozpoznała kształt basenu. Przesyłka dotarła, a Justin założył naszą bluzę. O Local Heroes usłyszał cały świat. Wszystko zaczęło rozwijać się w zawrotnym tempie. Nasze ubrania nosiły m.in. Cara Delevingne, Rita Ora, Ellie Goulding, Selena Gomez i Rihanna. Współpracowałyśmy z Disneyem i Reebokiem.

R: Dlaczego odeszłaś z Local Heroes? Trudno zostawić projekt, nad którym pracowałaś tyle lat?

AS: Trudno ale jednocześnie wiem, że to najlepsze co mogłam dla siebie zrobić. Wyjść ze strefy komfortu i wyruszyć w nieznane. Życie jest za krótkie żeby robić tylko jedną rzecz! Etap z Local Heroes będę wspominała z łezką w oku. Spełniłam swoje największe marzenia. Poznałam wspaniałych ludzi. Dowiedziałam się bardzo dużo – zwłaszcza w czym nie jestem dobra (śmiech). A firma została w najlepszych rękach możliwych i ma się jeszcze lepiej! Win – win.

R: Twój blog ,,Doing Real Stuff Sucks” i koszulka, którą założył Justin Bieber, podbiły świat. Co dla Ciebie teraz znaczy dojrzałość?

AS: Przestałam gonić. Przystopowałam. Osiągnęłam spokój wewnętrzny. Powoli dowiaduję się, co lubię, czego nie lubię i nie chcę. Pielęgnuję inne wartości niż tylko praca. Staram się cieszyć każdym dniem, bo zdaję sobie sprawę, że przez ciągłą gonitwę umknęło mi parę rzeczy. Jestem spełniona i dalej chcę się rozwijać. Byłam mistrzem planowania, robienia list. Teraz trochę wyluzowałam.  Nie spieszyć się – to dla mnie prawdziwe wyzwanie. Wiem, że mogę odpocząć, poczytać książkę, wypić kawę i świat się nie zawali. Nie muszę od rana zdobywać Mount Everestu.

 

 

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik