Jarmiła Rybicka

Kuchnia Konfliktu

Najważniejsze dla mnie w Warszawie są nie fizyczne miejsca, a to, co dzieje się w jej ramach.


Jarmiła Rybicka – socjolożka, aktywistka społeczna i twórczyni Kuchni Konfliktu. Zatrudnia uchodźców i migrantów, wspierając ich w integracji ze społeczeństwem. Kuchnia Konfliktu jest miejscem spotkania kultur i dialogu. Na Wilczej 60 zjecie naprawdę wyjątkowe dania z regionów świata, objętych konfliktem. Z Jarmiłą spotykamy się w Kuchni Konfliktu w piątkowy poranek. Rozmawiamy o dorastaniu w Gdańsku, podróżach, trudnościach związanych z prowadzeniem przedsiębiorczości społecznej i miłości do aktywnej działalności w mieście. Zapraszamy na dużo pozytywnej energii.

Rozmowwa: Gdzie się urodziłaś?

Jarmiła Rybicka: Urodziłam się w Gdańsku, na Zaspie. Później mieszkałam na Przymorzu, we Wrzeszczu i na Morenie. Jestem mocno związana z Trójmiastem. Cały kontekst historyczny tego rejonu jest dla mnie ważny – wolne miasto Gdańsk, tradycja opozycji i Solidarności inspirowały mnie w okresie dorastania. Mieszkałam tam do dwunastego roku życia. O wyjeździe do Warszawy zdecydowali moi rodzice, więc nie jestem klasycznym słoikiem, który przyjechał tu na studia (śmiech).

R: Jakie masz wspomnienia z dzieciństwa?

JR: Łał. Nie byłam przygotowana na takie niekonwencjonalne pytania (śmiech). Mieszkaliśmy na blokowisku w budynku z wielkiej płyty, na dziesiątym piętrze. Trzy pokolenia w malutkim mieszkaniu – prababcia, dziadkowie, rodzice i ja z siostrą. Z okna widać było kolejkę. Jak tylko słyszałyśmy z siostrą, że się zbliża, podbiegałyśmy do okna, żeby ją zobaczyć. Mam jedną historię, która teraz wydaje mi się trochę przerażająca (śmiech). Składowaliśmy na balkonie butelki zwrotne. Brałam te butelki i wyrzucałam je przez balkon. Nie rozumiałam, że to coś złego i potencjalnie niebezpiecznego. Uwielbiałam dźwięk rozbijającego się szkła. Na szczęście jakaś sąsiadka zareagowała w porę. Mam też fajne wspomnienie zabawy „na korzeniach” we Wrzeszczu. Chyba już teraz nie istnieją, bo wybudowali tam kolejkę.

R: Na korzeniach?

JR: Bawiłyśmy się z siostrą w dom, na skraju lasu pośród wystających korzeni wielkich drzew. Z moją kuzynką Marianną bawiłyśmy się lalkami, które uciekały przed komunistami (śmiech). Nie do końca rozumiałam wtedy, kim są komuniści, ale chłonęłyśmy wszystkie historie od naszych rodziców. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się to najdziwniejszą zabawą na świecie (śmiech).

R: Czym zajmowali się Twoi rodzice?

JR: Moja mama jest producentką filmową i telewizyjną, a tata był fotografem, operatorem kamery, a teraz zajmuje się reżyserią programów publicystycznych. Rodzice są pasjonatami, samoukami. Oboje studiowali na łódzkiej filmówce, ale jej nie skończyli. Zresztą podobnie jak ja. Też odkładam swoją obronę (śmiech). Przyjechali do Warszawy za pracą. Przeprowadzka zbiegła się z okresem mojego dorastania. Najpierw zamieszkaliśmy na Służewiu (też na 10. piętrze w bloku). Zaczęłam tu chodzić do ostatniej klasy podstawówki. To było moje pierwsze zetknięcie się z inną rzeczywistością. Później przeprowadziliśmy się na Mokotów, na róg ulicy Różanej i Alei Niepodległości. Z tą dzielnicą jestem najbardziej związana.

R: Na czym polegało to zderzenie się z inną rzeczywistością? Pamiętasz, co Cię zaskoczyło?

JR: Z najbardziej stereotypowych zaskoczeń – wszystko wydawało mi się większe. Podziwiałam ten ogrom. Zachwycała mnie powiększona skala. Pamiętam, że zrobiły na mnie wrażenie centra handlowe – w Gdańsku było tylko jedno. Śmieszne, że jako dziecko w ogóle zwróciłam na to uwagę. Odkrywałam to miasto z tatą. Jeździliśmy po Warszawie i dawaliśmy charakterystycznym budynkom własne nazwy, żeby je zapamiętać. „Imbryk” na Służewiu nazwaliśmy na przykład Domkiem Pana Liptona. Pamiętam też poczucie zagubienia. W podstawówce zderzyłam się pierwszy raz z przemocą.

R: Możesz o tym opowiedzieć?

JR: Pękła moja dziecięca bańka. Pierwszy raz zauważyłam, że w mojej grupie rówieśniczej są dzieci, które doświadczają przemocy domowej, nie zawsze mają za co zjeść lub w co się ubrać. Z systemową przemocą zderzyłam się też w gimnazjum. Opresywny system edukacji wyrządza dużą krzywdę. Chodziłam do gimnazjum na Twardej, uważanego za świetne. Szkoła opierała się jednak na przemocy kadry nauczycielskiej, do tego dochodziła jeszcze przemoc między rówieśnikami. Każda indywidualność była skrajnie tępiona, a ja byłam nauczona w domu, że jeśli ktoś doświadcza niesprawiedliwości, to powinna być przestrzeń, by o tym mówić. Każda próba rozmowy była tłumiona. Miałam naganne zachowanie i grożono mi wyrzuceniem ze szkoły.

R: Myślisz, że to był pierwszy moment, w którym obudziła się w Tobie wrażliwość na społeczne problemy?


JR: Nie wiem. Ciężko powiedzieć. Na pewno to był długotrwały proces. Na pewno wiele wyniosłam z domu. Myślę, że moja mama nauczyła mnie empatii. Czasem mi się wydaje, że zbyt dużej. Taka wrażliwość często utrudnia życie (śmiech). Świadomą pomocą innym zajęłam się po liceum i wynikało to przede wszystkim z podróży. Jak tylko skończyłam osiemnaście lat, pojechałyśmy z moją najlepszą przyjaciółką stopem do Włoch, a rok później do Gruzji, Armenii, Azerbejdżanu, Turcji i przez całe Bałkany. Obcowanie z ludźmi innych kultur, wrażliwości, obyczajów i statusu ekonomicznego najbardziej mnie uwrażliwiło. Na drugim roku studiów wzięłam urlop dziekański i stereotypowo pojechałam do Azji. Dużo czasu spędziłam w Birmie, na Filipinach, w Laosie. Mieszkałam też na skłocie w Bangkoku przez jakiś czas i zajmowałam się tam działalnością społeczną. Skłot to bardzo europejski koncept – w całej Azji istniały wtedy tylko cztery. Spojrzałam na świat z perspektywy innej niż europejska. Mieszkałam też w Kalkucie z przyjacielem i na Filipinach z zaprzyjaźnioną rodziną. Kalkuta to miejsce kultury i wielu działalności artystycznych, a Filipiny – życie w zgodzie z naturą, wstawanie o wschodzie słońca, zbieranie glonów i owoców morza, dbanie o ogródek z warzywami/warzywniak. To był niezwykły, niesamowicie rozwijający czas. Czasem jak o tym myślę, nie wierzę, że to wszystko miało miejsce. Po roku podróżowania jednak cieszyłam się, że mogę wrócić do relacji, które miałam w Warszawie. Byłam gotowa budować tutaj.

R: Opowiedz o czasie studiów.

JR: Studiowałam socjologię na Uniwersytecie Warszawskim. Dużo ludzi traktuje to jako kierunek dla ludzi bez pomysłu, ale ja byłam w to bardzo zaangażowana. Przez pierwsze lata studiów chciałam iść w stronę kariery akademickiej, ale w końcu zmęczyło mnie ograniczanie się do teorii, miałam poczucie, że jest to wszystko bardzo odległe od rzeczywistości. Przez chwilę studiowałam też filozofię, ale najbardziej fascynowała mnie historia myśli społecznej, badania jakościowe i antropologia. Spotkałam tam wiele osób, które były dla mnie ważne.

R: Pamiętasz profesorów lub profesorki, którzy najbardziej na Ciebie wpłynęli?

JR: Na pewno Maciek Gdula, Marta Bucholc, Karolina Wigura i Andrzej Waśkiewicz. Pod wpływem tych osób dużo się zadziało w mojej głowie. Na tym wydziale jest wiele wartościowych, inspirujących osób. Czułam jednak, że chcę zmieniać rzeczywistość, a nie tylko ją komentować i obserwować. Napisałam pracę magisterską po wymianie w Utrechcie, na kierunku Human rights and war studies, o doświadczeniu wojny. Rozmawiałam z Syryjczykami i Syryjkami o ich doświadczeniu wojny i uchodźstwa. Może uda mi się w końcu obronić jesienią (śmiech).


R: Jak wyglądały Twoje pierwsze działania społeczne?

JR: Zaczęłam działać w Warszawskiej Kooperatywie Spożywczej, która działała przy Syrenie na Wilczej. Interesowały mnie tematy suwerenności żywnościowej, przeciwdziałania marnowaniu jedzenia i pozbawiania lokalnej społeczności ich prawa do ziemi czy landgrabingu (grabieży ziemi). Później powstała grupa nieformalna Warszawa dla uchodźców, która zajmowała się sieciowaniem aktywistów pomagających cudzoziemcom. Zorganizowaliśmy z Pawłem Cywińskim, Marysią Złonkiewicz (współtwórcy portalów post-turysta.pl) i Michałem Borkiewiczem (twórca portalu uchodźcy.info i Fundacji Chlebem i Solą) cykl debat Warszawa dla uchodźców. Co dalej? w Powiększeniu. Odbyliśmy tam wiele inspirujących dla mnie spotkań z osobami, które działają w obszarach klęsk humanitarnych i obozach dla uchodźców. Później na jakiś czas związałam się z organizacją Humanity in Action, gdzie przez dwa lata prowadziłam projekt wspierający młodzież romską z warszawskiej Pragi. To był jeden z najciekawszych projektów, jakie robiłam. W skrócie chodziło o to, by wspierać młodzież (z podstawówki i gimnazjum), która była w najtrudniejszej sytuacji szkolnej – zagrożona ze wszystkich przedmiotów – włącznie z religią i wf-em. Sytuacja Romów jest bardzo ciężka. Pracowałam z dziećmi, których rodzice nie potrafili pisać ani czytać. Trudna jest też sytuacja kobiet – niektórzy ojcowie zabierają córki ze szkoły przed pierwszą miesiączką, co oznacza, że dziewczyny te nigdy nie będą w stanie ukończyć szkoły. W dużej mierze z tej bezpośredniej pracy ze społecznością romską wynikł pomysł na Kuchnię Konfliktu. Zobaczyłam, że praca z ludźmi, robienie czegoś wspólnie z kimś – a nie dla kogoś – ma największy sens.



R: Jak to się stało, że postanowiłaś założyć Kuchnię Konfliktu?

JR: Bezpośrednim impulsem do stworzenia Kuchni był wybuch wojny na Ukrainie. Bardzo mnie to poruszyło. Byłam wtedy z Mikołajem, którego rodzina jest z Ukrainy. Razem to przeżywaliśmy. Czuliśmy bezradność i złość, że ludzie są mordowani, a cały świat nie reaguje. Postanowiliśmy przekuć to w działanie. Dodatkowo byłam sfrustrowana systemem grantowym, dotacjami zależnymi od widzimisię grantodawcy i półrocznym czasem trwania finansowania, który jest żartem przy chęci osiągnięcia długotrwałej zmiany społecznej. Można powiedzieć, że Kuchnia Konfliktu powstała z gniewu, który udało się zamienić w pozytywną energię. Praca z ludźmi, a nie praca dla ludzi, daje najlepsze efekty. Dzięki temu nie reprodukujemy systemu zależności i relacji władzy. Nie wychodzę z założenia, że wiem lepiej, co dla kogoś jest dobre, to przecież każdy człowiek wie najlepiej, czego potrzebuje. Poza pracą z cudzoziemcami bardzo bliskie memu sercu tematy to prawa kobiet, prawa lokatorskie i suwerenność żywnościowa. 

R: Jakie są najczęstsze problemy uchodźców, których zatrudniasz w Kuchni Konfliktu? 

JR: Z rozmów z cudzoziemcami wynika, że jednym z największych problemów po znalezieniu pracy jest znalezienie mieszkania. Wynajmujący mając do wyboru Polaka i cudzoziemca – niestety najczęściej wybiera Polaka. W ogłoszeniach ludzie nie krępują się pisać o tym, że nie wynajmą mieszkania obcokrajowcom ani że kaucja dla cudzoziemców jest dwa razy większa, mimo że jest to niezgodne z polskim prawem. Drugim najbardziej palącym problemem jest integracja cudzoziemców do rynku pracy. Cudzoziemcy po przyjeździe do Polski trafiają do ośrodka dla uchodźców na np. dwa i pół roku – zostają praktycznie ubezwłasnowolnieni – nie mogą pracować (formalnie mogą, ale praktycznie jest to niemożliwe), uczyć się ani nawet sami dla siebie gotować. Stają się ludźmi, którzy nie mogą o sobie decydować, a potem zostają wrzuceni w społeczeństwo bez żadnej sensownej pomocy, nie licząc drobnego wsparcia finansowego, które zresztą jest zbyt małe, by można było za to wynająć choćby pokój. A wystarczy dać im przestrzeń do tego, żeby mogli normalnie żyć, integrować się, pracować, rozkwitać. Dużym bodźcem do powstania Kuchni Konfliktu była też szerząca się mowa nienawiści. Byłam świadkiem wielu ataków na tle rasowym w Warszawie. Chciałam coś zrobić dla Warszawiaków, żeby przekraczali swoje lęki i strach przed innością. Pomysł się spodobał, zrobiliśmy crowdfunding, dwie aukcje sztuki i za dwa miesiące mieliśmy foodtrack nad Wisłą. Nie udałoby się to bez otwartości Placu Zabaw, który nas tam ugościł. Później zaczęły się schody…

R: No właśnie. Pewnie byłaś przygotowana na trudności, ale czy jakieś problemy Cię zaskoczyły?

JR: Tak naprawdę nic mnie nie zaskoczyło. Racjonalnie można sobie zdawać sprawę z wielu rzeczy, ale co innego jak się ich rzeczywiście doświadcza. Super, że te wyzwania i problemy przeplatały się z poczuciem satysfakcji i pięknymi momentami, bo inaczej nikomu nie chciałoby się tego ciągnąć. Wyzwaniem było dla nas dosłownie wszystko! Nikt z naszego założycielskiego teamu nie miał profesjonalnej wiedzy o prowadzeniu gastronomii. Zdecydowaliśmy się na model przedsiębiorczości społecznej, czyli działalność statutową zasilamy naszymi zarobkami. Docelowo to model stabilny i umożliwiający długotrwałą działalność, niezależny m.in. od politycznych zmian – wiedziałam, że to będzie trudne, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Jest coraz lepiej, ale mimo to wciąż co miesiąc stresujemy się, czy starczy nam na wszystkie opłaty. Nie wszyscy mówimy w tym samym języku, m.in. z tego powodu nie jesteśmy w stanie być w pełni wydajni i konkurencyjni. Różnice kulturowe też nie ułatwiają pracy, ale właśnie o to chodzi w tej inicjatywie. Przez długi czas miałam w zespole dziewczyny, którym mężowie nie pozwalali mieć nawet telefonu komórkowego. By się z nimi skontaktować, musiałam zwracać się najpierw do męża. To są sytuacje, które są wyzwaniem nie tylko w planowaniu i organizacji pracy, lecz także w wymiarze ludzkim. Czasem ciężko powiedzieć, gdzie przebiega granica pomiędzy tym, co jest różnicą kulturową, a co już jest przemocą. Osobiście kieruję się taką zasadą, by nie narzucać nikomu w zespole swoich wartości i poglądów, nie pomagać “na siłę”, dopóki ktoś o tą pomoc sam się nie zwróci. Działa to w obie strony – wszyscy w zespole szanujemy swoje wybory życiowe i często odmienne style życia. Niestety większość dziewczyn związanych z Kuchnią Konfliktu doświadczała albo doświadcza przemocy domowej, a mniej więcej połowa została zmuszona do aranżowanego małżeństwa wbrew swojej woli. Do tego dochodzi trauma wojenna, często doświadczenie bezdomności oraz ciągła niepewność odnośnie do swojej obecnej sytuacji – brak pozwolenia na pobyt stały, ryzyko deportacji, brak jakiegokolwiek wsparcia ze strony państwa.

R: Pamiętasz pierwszą zatrudnioną osobę?

KR: Pierwszą osobą, którą chciałam zatrudnić (ostatecznie się to nie udało), był Soran z Kurdystanu. Pochodził z regionu, w którym ISIS jest bardzo aktywne. Przyjechał do Polski z Londynu. Próbował tutaj zdobyć pozwolenie na pobyt i na pracę. Na pozwolenie na pracę czekaliśmy ponad pół roku. Niewiele osób ma możliwość utrzymać się przez tak długi okres czasu bez możliwości podjęcia pracy. Soran jest wspaniałą osobą. Wniósł niesamowitą energię do tego zespołu, ale musiał wrócić do Kurdystanu, nie mógł dłużej czekać To chore, absurdalne i strasznie smutne. Do pierwszego teamu należeli: Foorough z Iranu, Hamza z Algierii, Ayub z Pakistanu, Aysa z Egiptu, Rosa z Kongo, Ali z Tunezji i Alina z Białorusi. Na początku bardzo nas też wsparły Asia Gawrońska i Justyna Rzepecka związane wtedy z Barem Studio.

R: Jak myślisz, ile osób przewinęło się przez Kuchnię Konfliktu?

JR: Myślę, że 30. Są osoby, z którymi pracujemy od początku i pewnie z nami zostaną, ale wiele osób, które u nas zaczynały, robią obecnie karierę w innych branżach niż gastronomiczna. Bardzo mnie to cieszy, bo to pokazuje, jak super sprawdza się ten model i że w tak krótkim czasie wiele osób jest w stanie odzyskać pewność siebie i poczucie sprawczości, rozpoznać grunt nowej rzeczywistości, w jakiej się znaleźli, podszkolić język polski, nawiązać pierwsze znajomości i iść dalej. Dla mnie właśnie to jest “empowerment”.

R: Czy Warszawa jest miastem gotowym na Kuchnię Konfliktu?

JR: Totalnie. Nie można czekać, aż miasto będzie gotowe. Trzeba działać i sprawić, by miasto było gotowe. Udaje nam się trafiać nie tylko do świadomych aktywistów, lecz także do zwykłych ludzi z neoliberalnego centrum. Zawiązaliśmy fajną więź ze społecznością lokalną – z panem fryzjerem, jubilerem, panem, który dorabia klucze, panią z warzywniaczka i z ziomeczkami z pizzerii obok.

R: Porozmawiajmy o Twojej Warszawie. Co lubisz w tym mieście?

JR: Najbardziej lubię ludzi. Oni dla mnie tworzą to miasto. Szczególnie Ci, którzy codziennie walczą, żeby tu było lepiej. Lubię też warszawską naturę, ona działa na mnie kojąco.

R: Jakie są Twoje warszawskie miejsca?

JR: Stary Mokotów jest mi szczególnie bliski. Lubię park Arkadia – mały i niepozorny obok Królikarni, Skaryszak i dziką Wisłę, np. na wysokości Gocławia z super widokiem na Siekierki. Ważnymi miejscami dla mnie są też skłot Syrena, ADAPuławska – niezależne centrum kultury i Kooperatywa Dobrze. Lubię to, że mogę jeździć na rowerze i walczyć codziennie o to, by nie zostać przejechaną (śmiech).
Najważniejsze dla mnie w Warszawie są nie fizyczne miejsca, a to, co dzieje się w jej ramach, szczególnie chęć odzyskania prawa do współdecydowanie o mieście, tworzenie miasta sprawiedliwszego, miasta dla wszystkich, a nie dla wybranych, walka o prawa lokatorskie i próby tworzenia przestrzeni wolnych od dyskryminacji. To jest dla mnie najistotniejsze.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Zdjęcia: Maciek Niemojewski
Korekta: Kinga Słowik