Piotr Przewłocki

Rurki z Wiatraka

W tych starych maszynach są zaklęte cząstki wszystkich członków rodziny, którzy zajmowali się tym miejscem.
Wartością dla mnie jest to, że czuję tu ich obecność.


W małym lokaliku przy Rondzie Wiatraczna roznosi się zapach świeżo pieczonego ciasta i bitej śmietany. To miejsce jest dla wielu warszawiaków słodkim powrotem do beztroskiego dzieciństwa. Spotykamy się z Piotrem Przewłockim, właścicielem kultowych Rurek z Wiatraka, który prowadzi rodzinny biznes założony przez jego pradziadka, Konstantego Pietrzykowskiego. Wspominamy, rozmawiamy o wartościach jakie płyną z kontynuowania rodzinnych tradycji i przede wszystkim smakujemy rurki z bitą śmietaną.

Rozmowwa: Od jak dawna Pana rodzina jest związana z Warszawą? Od ilu pokoleń jesteście warszawiakami?

Piotr Przewłocki: Mój ojciec prowadził stronę internetową dotyczącą drzewa genealogicznego naszej rodziny. Jesteśmy warszawiakami od „dziada pradziada”. Czujemy się mocno związani z miastem. Warszawiakiem był mój pradziadek Konstanty Pietrzykowski – to on założył w cukiernię w 1958 roku.

R: Proszę opowiedzieć o pradziadku.

PP: Pradziadek otworzył najpierw cukiernię w kamienicy przy ulicy Wilczej. Niestety musiał ją szybko zamknąć, bo okazało się, że budynek będzie wkrótce poddany rozbiórce. Dowiedział się o budowie nowego pawilonu na Grochowie i dostał przydział na jeden z lokali. Niedługo później wykupił tę małą przestrzeń (25m2) na własność. Babcia opowiadała, że wokół rozciągały się pola, na których pasły się krowy.

 R: Dlaczego akurat rurki z kremem?

PP: Pradziadek Konstanty był mistrzem cukierniczym. Planował tu sprzedawać dużo więcej słodkich produktów, ale w tamtych czasach trzeba było mieć na wszystko pozwolenie. Okazało się, że powierzchnia handlowa jest zbyt mała – musiał więc wyspecjalizować się w jednej rzeczy. Stwierdził, że pączki i torty mają wszyscy. Rurki to było coś nowego!

R: Pamięta go Pan? Jaki był?

PP: Znałem pradziadka w ostatnich latach jego życia. Mam przed oczami jego obraz – schorowanego, leżącego w łóżku w przyciemnionym pokoju. Pamiętam tę konfrontację dziecka z osobą, która odchodzi. Czułem fascynację i strach jednocześnie. Dożył pięknego wieku – zmarł, gdy miał 95 lat.

R: Po śmierci pradziadka cukiernię przejęła Pana babcia.

PP: To było bardzo płynne. Wszyscy pomagali – odchodząca osoba się wycofywała i wdrażała kolejną. Babcia prowadziła cukiernię bardzo długo. Mój ojciec przejął firmę w 1993 roku, kiedy w wyniku transformacji gospodarczych utracił stanowisko w firmie produkującej elektronikę na rynek wschodni. Ale babcia przychodziła tu jeszcze do niedawna. To miejsce było całym jej życiem.

R: Jakie ma Pan pierwsze wspomnienia związane z cukiernią?

PP: Odwiedzałem cukiernię od najmłodszych lat. Nie wiem, kiedy tu byłem pierwszy raz, ale pewnie miałem kilka lat. Mam przed oczami obrazy, które mógłbym narysować. Wydawało mi się, że pawilon otacza dżungla, bo wokół rosły wielkie drzewa. Wychowałem się po lewej stronie Wisły, więc każda wycieczka na Grochów była wyprawą do innego świata. Dobrze pamiętam rysunki mojego pradziadka, które wisiały na ścianie w cukierni.

R: No właśnie, Pana pradziadek był przecież artystą.

PP: Był malarzem samoukiem. Nigdy nie kształcił się w tym kierunku, ale miał wielki talent. W mieszkaniu moich rodziców i babci nadal wiszą jego obrazy.

R: Co Pan jeszcze pamięta?

PP: Pamiętam wszystkie osoby, które tu pracowały, i ich dzieci, z którymi się bawiłem. Znam na pamięć pęknięcia w oknach szyb. W cukierni zostały nawet te same urządzenia – maszyna do ubijania śmietany, wielka kolumbryna niemieckiej produkcji, która waży 120 kilogramów, jest tu od początku i nadal nam służy. Miała tylko dwie awarie, które polegały na spaleniu się silnika. Drugie urządzenie, które jest tu od zawsze, służy do nabijania rurek śmietaną – daty jego produkcji nikt nie zna. Kiedyś wypiekaliśmy rurki na oczach ludzi. Wiem, że wielu klientów z dawnych lat z nostalgią wspomina, jak przyklejali nosy do szyby i obserwowali ten proces, ale przez dzisiejsze obostrzenia i normy sanepidu byłoby to niemożliwe. Poza tym osoba wypiekająca rurki musi mieć ciszę i spokój. U nas rurki wypieka Iza – potrafi zrobić 1000 sztuk dziennie.

R: To bardzo dużo!

PP: Sam próbowałem i nie jest to łatwe zadanie. Trzeba mieć stalowe palce, bo ciasto zwija się, kiedy jest bardzo gorące i łatwe do uformowania.

R: Jaka jest Pana babcia – kobieta, która wiele lat prowadziła rodzinny biznes?

PP: Babcia jest niezwykle twardą istotą. Bardzo wiele w życiu przeszła. Zawsze starała się być za wszelką cenę samodzielna. Nie lubiła i nadal nie lubi prosić nikogo o pomoc. Uczymy ją tego z rodziną. Zawsze była niesamowicie ciepła i silna jednocześnie. Pamiętam obiady u babci w jej mieszkaniu przy Nowolipkach na Muranowie – gotowała tradycyjnie, po polsku i tłusto (śmiech). Po obiedzie zawsze były lody i oczywiście coś słodkiego. Babcia zawsze powtarzała, że dla niej cukiernia to przede wszystkim ludzie. Rozmowa z klientami była dla niej największą wartością. Wiele razy siedziałem na zapleczu i przysłuchiwałem się jej rozmowom z gośćmi. Wie Pani, że na Grochowie powstał mural z podobizną babci? Niestety, wyburzono ten budynek.

R: Poprosimy więcej anegdot o babci i cukierni!

PP: Cukiernię odwiedzało mnóstwo ludzi. Babcia pamiętała wszystkie imiona klientów. Opowiadała, że kiedyś dwóch mężczyzn założyło się, że jeden zje 30 rurek. Podobno wygrał zakład, ale już nigdy nie wziął rurki z kremem do ust (śmiech). Za mojej kadencji na potrzeby materiału emitowanego przez TVN dwóch redaktorów również zrobiło sobie konkurs w jedzeniu rurek. Wygrał Łukasz Radwan. Siedziałem na zapleczu i umierałem ze śmiechu.

R: Porozmawiajmy o Pana Warszawie.

PP: Urodziłem się w Warszawie, po lewej stronie rzeki. Wychowałem się na Muranowie. Mieszkaliśmy przy ulicy Smoczej z moją drugą babcią. Tam chodziłem do przedszkola i szkoły podstawowej. Do szkoły średniej chodziłem do tzw. „Elektronika” przy ulicy Zajączka. Potem przeprowadziliśmy się na Żoliborz.

R: Gdzie dokładnie?

PP: Mieszkaliśmy na Osiedlu Potok. Potem rzuciło mnie znowu na ulicę Smoczą. Teraz mieszkam na granicy Bielan i Żoliborza i pewnie już tam zostanę. Moja Warszawa dzieliła się zawsze na dwa światy – znany i bezpieczny świat lewobrzeżnej Warszawy i prawobrzeżnej Pragi, którą odbierałem z niepokojem i fascynacją. Pamiętam, że jechaliśmy z babcią na Grochów tramwajem i moment przekroczenia mostu był sygnałem, że przekraczamy granicę starego i nowego świata. Tramwaj jechał ulicą Targową, Grochowską i coraz bardziej zagłębialiśmy się w Pragę. Spacer po Bazarze Różyckiego zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Chciałbym tam zabrać moje dzieci, żeby poczuły jeszcze trochę tamten klimat.

R: Dużo się zmieniło od tamtego czasu?

PP: Akurat Targowa i Grochowska uległy małym zmianom. Pojawiło się kilka nowych plomb bloków, ale wiele lokali pozostało takich samych. Oczywiście odeszło kilka punktów usługowych, których wcześniej było dużo. Coraz rzadziej można znaleźć kuśnierza albo warsztat samochodowy, który naprawia auta przy pomocy trzech kluczy i młotka. Trochę klimatu z dawnych lat widać jeszcze na ulicy Wolskiej. Szkoda, że wiele części miasta zaczyna wyglądać tak samo. Gdy przyjrzymy się nowym blokom przy Rondzie Wiatraczna i na Ursynowie, dojdziemy do wniosku, że obraz dzielnic się unifikuje.

R: Kiedyś było lepiej?

PP: Wydaje mi się, że tendencja mówienia, że kiedyś było lepiej, wynika z tego, że tęsknimy za czasami, gdy byliśmy młodsi, zdrowsi i mieliśmy mniej problemów. Zmiany są potrzebne i nieuniknione.

R: A gdy był Pan młodszy, interesował Pana rodzinny biznes? Zabierał Pan tu znajomych?

PP: Kiedy miałem kilkanaście lat, świat rurek z kremem dla mnie nie istniał. Kwitłem, poznawałem dziewczyny – nie odwiedziłem wtedy cukierni chyba przez 10 lat. Nie planowałem tu pracować.

R: Jak to się stało?

PP: Jestem z wykształcenia dziennikarzem. Pracowałem 5 lat w rozmaitych mediach pisanych i internetowych. Później przeniosłem się do handlu, do branży sportowej i elektronicznej. Byłem dyrektorem marketu wielkopowierzchniowego. Gdy mój ojciec poważnie zachorował, stanąłem przed pytaniem: „Co dalej?”. Nie miałem wiele czasu, żeby się zastanawiać. Zorganizowaliśmy spotkanie rodzinne i mieliśmy wybór: zamykamy firmę albo ja podejmuję wyzwanie, żeby ją poprowadzić. To był trudny czas. Choroba taty szybko postępowała, a na dokładkę znalazł się właściciel, który odzyskiwał teren, na którym znajduje się nasza cukiernia. Dowiedzieliśmy się, że dostał akt notarialny od miasta i nie mieliśmy pojęcia, co planuje. Przyszłość naszych lokali usługowych stanęła pod znakiem zapytania. Na szczęście udało się nam dogadać. Niestety, koszty prowadzenia lokalu znacznie wzrosły, ale udźwignęliśmy to. Nie miałem czasu wdrażać się w pracę. Ojciec poklepał mnie po plecach i dostałem do ręki klucze.

R: Lubi Pan Warszawę?

PP: Lubię Warszawę. Uważam, że jest piękna. Uwielbiam po niej spacerować. Za każdym razem, gdy przejeżdżam przez most i widzę oświetlone Stare Miasto i Stadion Narodowy, jestem zachwycony.

R: Chodzi Pan do innych cukierni?

PP: Oczywiście. Z sentymentem wspominam cukiernię Bliklego – w miłej atmosferze podają świetne produkty.

R: A inne warszawskie miejsca?

PP: Bardzo lubię Mariensztat za przytulny i przyjazny klimat. Lubię też chodzić z moimi dziećmi do Łazienek Królewskich. Podoba mi się architektura Warszawy.

R: Jest Pan chyba pierwszą osobą, która to mówi.

PP: Ludzie, którzy mówią, że Warszawa jest brzydka, nie biorą pod uwagę historii tego miasta. Wystarczy spojrzeć na archiwalne zdjęcia z 1945 – nie było tu nic oprócz gruzu. Trzeba było postawić to miasto na nogi. Ludzie odbudowali je własnymi rękami. Lubię socrealistyczne budowle w okolicach placu Konstytucji. Podoba mi się ta stylistyka. Mamy Starówkę, ,,city” w centrum miasta, blokowiska, cudowne parki i piękną rzekę. Po co narzekać? Cieszmy się tym, co mamy.

R: Babcia nauczyła Pana optymizmu?

PP: Nie. Optymizmu nauczyła mnie moja choroba. Wcześniej byłem bardzo aktywnym człowiekiem – biegałem, uprawiałem sztuki walki. Nagle dowiedziałem się, że mam rzadką, przewlekłą chorobę i mogę przestać chodzić. Teraz cieszą mnie proste czynności – że mogę pójść z dziećmi na spacer, wynieść śmieci, pozmywać naczynia.

R: Jeździł Pan przez jakiś czas na wózku inwalidzkim. Jaka jest Warszawa dla niepełnosprawnych?

PP: Zobaczyłem wtedy, jak ciężko jest poruszać się po mieście, gdy jest się niepełnosprawnym. Spadłem z wózka cztery razy, bo pokonywały mnie krawężniki. Nie mogłem nawet wejść do własnej cukierni, bo tu również jest wysoki próg. Podróż wózkiem gdziekolwiek to wyprawa jak na koniec świata. To bardzo ważne, żeby dostosowywać miasto do potrzeb osób niepełnosprawnych.

R: Jak Pan myśli, jakich wartości i emocji szukają ludzie, wracając do Państwa lokalu?

PP: Jestem pewien, że czują nostalgię za minionymi latami. Czytałem kilka komentarzy w internecie – ludzie pisali, że w lokalu jest niezbyt ładnie i że są stare sprzęty, które nie przystają do współczesnych czasów. Oczywiście, mógłbym wyposażyć lokal bardziej nowocześnie, ale myślę, że wtedy to miejsce straciłoby swój urok. Uważam, że jednym z atrybutów naszej cukierni jest to, że zachowaliśmy cząstkę dawnych lat, tego nielubianego PRL-u, który wszyscy pamiętają.

R: Nie zmieniła się również receptura.

PP: To prawda. Receptura została wymyślona przez pradziadka i nigdy nie została zmieniona.

R: Jest tajemna?

PP: Składniki nie są tajemnicą, ale proporcje już tak.

R: Nie kusiło Pana, żeby wprowadzić jakieś modyfikacje?

PP: Jeśli chodzi o rurki, absolutnie nie. Możemy modyfikować gofry, ale rurki mają pozostać takie same. Nie będzie tu rurek bezglutenowych, ekologicznych ani dietetycznych (śmiech).

R: Co Panu dała praca w rodzinnym biznesie? Jaka jest wartość w kontynuowaniu rodzinnej tradycji?

PP: Przejęcie rodzinnego biznesu było dla mnie bardzo trudnym momentem. Wszedłem do cukierni i zobaczyłem miejsce przesiąknięte moim ojcem – jego kubek, długopis i pieczątka leżały tam, gdzie je zostawił. Jakby wyszedł na pięć minut. Targały mną silne emocje. Wiedziałem, że cząstka taty pozostanie ze mną na zawsze. W tych starych maszynach są zaklęte cząstki wszystkich członków rodziny, którzy zajmowali się tym miejscem. Wartością dla mnie jest to, że czuję tu ich obecność.

R: Dalej Pan lubi smak rurek?

PP: Rurki jeszcze mi się nie znudziły. Staram się nie folgować sobie za mocno, bo mam dużo mniej ruchu niż kiedyś. Gdybym jadł za dużo rurek, mogłoby się okazać, że muszę wymienić garderobę (śmiech). Mam takie wspomnienie z dzieciństwa – siedzę nad plastikową tacką z górą bitej śmietany, która skapnęła w momencie nabijania rurek. Zajadam łyżeczką tę śmietanę i jestem naprawdę szczęśliwy.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik