Agata Klimkowska
Tosia Kiliś

Fenek, ul. Tamka

Chciałyśmy być rzemieślniczkami, pracować rękami, ale mieć również funkcję miastotwórczą. Fajnie, że ludzie mogą nas poznać.

 
Do Fenka wchodzi się jak do magicznego sklepu z ceramicznymi pamiątkami. To niezwykłe miejsce na Tamce prowadzą Agata Klimkowska i Tosia Kiliś. Tworzą z ceramiki naczynia, rzeźby i biżuterię. Hołdują prostym formom. Bez zadęcia i przepychu. Odnawiają tradycję dawnej, rzemieślniczej Warszawy w nowym, młodym wydaniu. Porozmawialiśmy z dziewczynami o Warszawie rzemieślników i o tym dlaczego w pokoleniu IKEA fajnie mieć coś unikatowego.

Rozmowwa: Jakie są Wasze wczesne wspomnienia związane z Warszawą?
Agata Klimkowska: Wychowałam się w smętnej i pełnej bloków z lat 80. dzielnicy na Grochowie. Dorastałam w klasycznym szarym blokowichu. Zimą straż pożarna wylewała wodę na boisko do piłki nożnej i jeździliśmy na łyżwach. To było świetne. Miło wspominam Rondo Wiatraczna, które było wtedy zupełnie innym miejscem. Dobrze pamiętam mieszczące się tam kolekturę Lotto i rurki z bitą śmietaną z Wiatraka. Oddechem od blokowisk były spacery po Parku Skaryszewskim.

R: Bawiłaś się „pod trzepakiem?
AK: Osiedla przy Igańskiej i Majdańskiej były inne niż te ursynowskie. Trochę bardziej hardcorowe. Miejsca zabaw otaczały pasma gigantycznych bloków czuliśmy się jak w panoptykonie. Okrutne przestrzenie wszyscy chowali się w przejściach i szybko przemykali między klatkami schodowymi. Chodziłam do szkoły na starym Grochowie, przy ulicy Fundamentowej. To raczej tam się szlajaliśmy i siedzieliśmy pod trzepakiem.


R: A Ty, Tosia?
Tosia Kiliś: Jestem z Bielan. Mieszkaliśmy w małym bloku z lat 60. niedaleko Huty Warszawa. Dużo czasu spędzałam na zewnątrz w Kampinosie, Lesie Bielańskim i Lasku Lindego. Bardzo lubiłam i nadal lubię bazar na Wolumenie, obok którego było moje przedszkole.

R: Przeprowadzałyście się?
AK: Przeprowadziłam się z rodzicami na Zacisze, ale wtedy poszłam do liceum Witkiewicza na Żoliborzu. Jeździłam do szkoły przez całe miasto, więc moja Warszawa zaczęła się poszerzać.

TK: Moi rodzice zostali na Bielanach. Lubię tam wracać. Kiedyś na podwórkach był wylewany asfalt i od korzeni drzew robiły się wybrzuszenia i hopki. Znałam je na pamięć, więc wkurzam się kiedy zmieniają nawierzchnię (śmiech). Teraz wszędzie ta nudna kostka Bauma. Od razu po liceum zaczęłam studiować w Poznaniu. Po czterech latach wróciłam i mieszkałam na Kruczej, a teraz osiadłam na Żoliborzu.


R: Opowiedzcie o studiach w Poznaniu.
TK: Bardzo miło wspominam ten czas głównie pod kątem towarzyskim. Fajnie było wyjechać po liceum i wpaść w zupełnie nowe środowisko. Trochę leserowałam od studiów bardzo późno zaczęłam je doceniać. Miałyśmy dużo zajęć, które uważałyśmy za niepotrzebne Agata zawsze kwestionowała, zabierała głos i się buntowała (śmiech). Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, wiele rzeczy nam się przydało.

AK: Ja tylko na pierwszym roku studiów mieszkałam w Poznaniu później dojeżdżałam z Warszawy. Wstawałam o 5 rano i kiedy na pierwszych zajęciach o 8.30 musiałam wymyślić strategię rozwoju marki, to nie byłam zbyt szczęśliwa (śmiech).

R: Poznałyście się właśnie na studiach, prawda?
TK: Poznałyśmy się na pierwszym roku, który polega na tym, że przechodzisz przez wszystkie specjalizacje. Szybko się polubiłyśmy i zamieszkałyśmy z innymi znajomymi. Ja w przeciwieństwie do Agatki przeprowadziłam się całkowicie wzięłam ze sobą nawet książki z dzieciństwa.

R: Czy Poznań jest fajnym miastem do mieszkania?
TK: Tak, chociaż brakowało mi w nim energii motywującej do działania. Powstaje dużo inicjatyw, które umierają śmiercią naturalną. Nie wiem, dlaczego tak jest. Może jest za mało odbiorców? W Warszawie jest niezły tygiel, wszystko się napędza. Za to w Poznaniu są świetne lumpeksy. Tęsknię za nimi! (śmiech). I za przyjaciółmi!

AK: Wspaniałe było to, że mieszkaliśmy w starej kamienicy. W Poznaniu łatwiej wynająć takie mieszkanie, bo duża część poznaniaków woli mieszkać w blokach z centralnym ogrzewaniem. Mieszkaliśmy w pięknym budynku blisko centrum z którego można było w 15 minut dojechać nad jezioro Rusałka albo nad Strzeszynek, gdzie woda była tak czysta, że były raki.

TK: Tak, wszędzie było blisko! Zupełnie inne odległości niż w Warszawie. Chodziłam wszędzie na piechotę, a poznaniacy łapali się za głowę. Często bywałyśmy w kawiarni 7 Kontynentów przy Palmiarni. Siedziałyśmy w ratanowych fotelach z kawą wśród wielkich palm. Pracowałam też w kultowej kawiarni Taczaka 20, założonej przez Michała Marcinkowskiego, gitarzystę zespołu Masturbator.

R: Pomysł na Fenka powstał na studiach?

AK: Zaczęłyśmy robić Fenka na ostatnim roku moich studiów. Tosia miała wtedy rok przerwy

TK: Nie zdałam jednego roku, tak to się nazywa (śmiech).

AK: Nie zdałaś, bo prowadziłaś kawiarnię.

TK: No właśnie, teraz sobie uświadomiłam, że również przez Euforię powstał Fenek.

R: Euforię?
TK: Wynajęliśmy lokal na Wildzie. Zobaczyłam mały lokal ze starym szyldem Euforia. Kiedyś tam sprzedawano dopalacze. Zostawiliśmy nazwę i zrobiliśmy w tym miejscu małą kawiarnię. Była kawa i kanapki. Prowadziliśmy ją tylko rok z Lobą i Pietrkiem, bo szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nikt z nas tak naprawdę nie chce się zajmować prowadzeniem kawiarni.Potem wróciłam na studia i bardziej się w nie zaangażowałam. Myślę, że dopiero wtedy byłam naprawdę gotowa, żeby studiować. Po Euforii powstał Fenek.

R: Jaki był pierwotny pomysł na Fenka? Czy Wasza wizja ewoluowała?
TK:
Pracowałyśmy w maleńkiej pracowni na terenie starej fabryki na Podskarbińskiej, ale zawsze marzyłyśmy o małym lokalu z witrynką, pracownią połączonej ze sklepem. To marzenie akurat się spełniło, ale wiele planów, które miałyśmy na początku uległo całkowitej zmianie.

AK: Ceramicy często przez kurz, brud i hałas lądują w piwnicy (śmiech). A nam zależało, żeby wyjść do ludzi. Chciałyśmy być rzemieślniczkami, pracować rękami, ale mieć również funkcję miastotwórczą. Fajnie, że ludzie mogą nas poznać.

TK: Nigdy nam nie zależało, żeby być typowymi projektantkami. Pracujemy dla siebie i to daje nam dużą wolność. W lokalu pracujemy, ale też spotykamy się z ludźmi, dla których robimy naczynia.

R: Czy rzemieślnictwo w Warszawie żyje? Macie swoją mapę rzemieślników?

AK: Wydaje mi się, że to idzie dwutorowo. Na Pradze jest dużo starych zakładów, które wymiotło z centrum. Muzeum Warszawskiej Pragi i Miasto Jest Nasze robi dużo, żeby wspierać i pomagać tym rzemieślnikom. Wpisujemy się w nową, młodą falę rzemieślników. Jest też zabytkowy Młyn Michała na Pradze. Tworzy się w nim Centrum Rzemieślnicze na Pradze. Może to będzie miejsce, które wyciągnie pochowanych w małych pracowniach twórców.

R: Czy w czasach zakupów przez Internet lub w IKEI jest w ogóle miejsce dla takich firm jak Wasza?
TK: Kiedyś to było normalne, że idziesz kupić na przykład szczotkę do szczotkarza. Później zakłady rzemieślnicze miały ciężki czas, ale wydaje mi się, że teraz jest czas powrotu rzemieślników.

AK: Kupienie produktu od wykonawcy jest dużo przyjemniejsze i wbrew pozorom może zająć mniej czasu. Pojechanie do IKEI to dla mnie totalny hardcore.

TK: Właśnie, można po prostu wpaść, porozmawiać i pooglądać co robimy. Rękodzieło jest czasochłonne, trudno byłoby nam dodatkowo zajmować się sprzedażą i dystrybucją na wielką skalę. W ogóle wydaje mi się, że ludzie wracają do rzemieślników, bo produkty które wykonuje się ręcznie, mają w sobie ludzki pierwiastek. Myślę, że każdy to czuje trzymając w ręku taki przedmiot.

  

R: Macie podział pracy?
AK: Wszystko robimy razem do momentu malowania figuratywnego, które robi Tosia.

TK: O nie, teraz jak mi się coś nie uda to będzie wiadomo że to na pewno ja! (śmiech)

AK: Na pewno nie działamy jak klasyczna pracowania projektowa. Nie robimy reaserchów ani moodboardów (śmiech).

R: Co Wam daje praca razem?
TK: Sama na pewno bym nie stworzyła Fenka, pewnie zaczęłabym i nie skończyła.

AK: A ja bym się nie odważyła.


R: Opowiedzcie o ulubionych miejscach w Warszawie.

AK: Na Żoliborzu chodzimy często na kawę do kawiarni rodziców Tosi Jaskółki.

TK: Ja bardzo lubię Wolumen. Jest tam świetna giełda elektroniczna. Uwielbiam klimat targowisk. Często chodzę oglądać starocie. Gdy pracowałyśmy przy Podskarbińskiej na Grochowie często odwiedzałyśmy stary zarośnięty tor kolarski Dynasy. Przychodziłyśmy tam pogadać lub wypić piwo po pracy.

AK: Mieszkałam na Mokotowie, ale wolę Żoliborz więcej tu miejsc do chodzenia z psem. Bardzo lubiłam lokal, który był wcześniej w miejscu naszej pracowni Szczotki i Pędzle.

R: Strasznie się cieszę, że się tu spotkałyśmy, bo Szczotki były też jednym z moich ukochanych miejsc w Warszawie. Fajnie, że dzięki Wam ten lokal nie stracił klimatu.
TK: Cieszymy się, że nam się udało.

R: Lubicie Warszawę?
AK: Warszawa to fajne, ale jednocześnie trudne miejsce do życia. Jest tu dosyć drogo ludzie dużo pracują, nie zarabiają bardzo wiele i boją się na przykład straty mieszkania.

TK: W Warszawie lubię różnorodność i wszechobecny bałagan. Przykro mi, że nie ma wielu fajnych, swobodnych miejsc, w których można się spotkać. Zamknęła się Eufemia, która była bardzo swojska.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik