Chris Niedenthal

Ulica Karowa

Karowa jest piękną spiralą – ma duszę. To mój uroczy kawałek Warszawy.

Chris Niedenthal. Fotograf trudnych czasów.
Urodził się w polskiej rodzinie w Londynie. Studiował fotografię w London College of Printing. W 1973 roku przyjechał do Polski. Chciał spędzić tu kilka miesięcy – został do dziś.
Jest autorem ikonicznych fotografii dokumentujących historię wschodniej i centralnej Europy, Związku Radzieckiego i Bałkanów. W Polsce fotografował czasy Gierka i Solidarności, Jaruzelskiego i późniejszych przemian ustrojowych. Był świadkiem powstania wolnego związku zawodowego „Solidarność” podczas strajku w stoczni w Gdańsku w 1980 roku, wprowadzenia stanu wojennego w Polsce w grudniu 1981 i upadku komunizmu w 1989 roku. Jego zdjęcia stały się symbolami w wolnej Polsce.

Rozmowa: Po raz pierwszy przyjechał Pan do Polski w 1963 roku. Co skłoniło Pańskich rodziców, żeby właśnie wtedy przyjechać do Warszawy?

Chris Niedenthal: Moi rodzice byli Polakami, ale żadne z nich nie pochodziło z Warszawy. Moja matka pochodziła z Łucka, czyli z Wołynia i pracowała przed wojną w Warszawie. Była zatrudniona w Polskiej Agencji Telegraficznej. Wyjechała z rządem w pierwszych dniach wojny. Podróżowała pociągiem w stronę Lublina, a potem – jak wiadomo – do Rumunii. Tata urodził się we Lwowie, ale pracował w Wilnie jako prokurator. Stamtąd wyjechał na początku wojny do Francji, gdzie wstąpił do wojska polskiego. Następnie trafił do Anglii i pracował w rządzie polskim na emigracji. Rodzice osiedli w Anglii na stałe i nie chcieli wracać do Polski. Wiedzieli, że muszą zostać na Zachodzie. W 1963 roku podjęli pierwszą próbę odwiedzenia rodziny mojej matki. Rodziny ojca już nie było.

R: Myśli Pan, że było to trudne doświadczenie zobaczyć Polskę po tylu latach?

CN: Myślę, że rodzice bardzo się tego obawiali i na pewno tę podróż przeżywali. Szczególnie mój ojciec, który był przedwojennym prokuratorem. Jego zawód nie był popularny wśród komunistów, których przed wojną umieszczał w więzieniach. Nie wiem, czy tata znał przedwojenną Warszawę, ale dla mamy powrót był na pewno trudny, ponieważ miasto, które znała, było już zupełnie inne.

R: Czy Pańscy rodzice wrócili na stałe do Polski?

CN: Nie, nigdy już nie wrócili. Anglia została ich nowym domem. Pochłonęło ich londyńskie życie. Stalina już nie było, ale w socjalizmie żyło się nadal bardzo ciężko. Po 1963 roku przyjeżdżaliśmy jeszcze kilka razy do Polski na letnie wakacje.

R: Gdzie spędzali Państwo wakacje w Polsce?

CN: Jeździliśmy do Krynicy Górskiej i Zakopanego. Uwielbialiśmy polskie morze – często odwiedzaliśmy Sopot.

R: Po raz drugi przyjechał Pan do Polski w 1965 roku. Co Pan pamięta z tego przyjazdu?

CN: Pamiętam zapach benzyny, która w państwach socjalistycznych była inaczej rafinowana niż ta zachodnia. Tutaj też były zupełnie inne samochody. W Londynie nie było niektórych modeli, takich jak Wołga, Syrena czy Warszawa. Pamiętam też niezbyt przyjemne zapachy na klatkach schodowych w przytłaczających i obskurnych blokach. Do tej pory doskonale pamiętam ten zapach kapusty. W Anglii zawsze mieszkałem w domach jednorodzinnych, więc nie byłem do tego przyzwyczajony.

R: A ludzie?

CN: Ludzie byli niezwykle gościnni. Pomimo tego, że panowała bieda i wszystkiego brakowało, stoły były zawsze suto zastawione. Ludzie w ten sposób dodawali sobie otuchy i pokazywali, że nie jest tak źle. Ich gościnność mnie zauroczyła.

R: Po raz pierwszy poczuł się Pan jak w domu?

CN: Można tak powiedzieć. Cieszyłem się, że mogę poznać rodzinę matki. W Londynie właściwie mieliśmy mało bliskich.

R: Studiował Pan w London College of Printing. Jaki to był dla Pana czas? Wciągnął Pana swinging London?

CN: Jestem złym adresatem, jeśli chodzi o swinging London, free love i tak dalej. Pod koniec lat 60. byłem jeszcze w szkole. Nie najlepiej się uczyłem. Wszystko mnie interesowało – tylko nie nauka. Rodzice wysłali mnie do internatu w klasztorze benedyktyńskim na granicy Anglii i Walii, więc cały swingujący Londyn mnie ominął.

R: A jaki był Londyn, który Pan pamięta?

CN: Londyn jest bardzo wielkim miastem. Nie lubiłem tego. Moi wszyscy znajomi studenci mieszkali w odległych częściach Londynu i to było uciążliwe. Ciężko się wtedy spotykać, podtrzymywać więzi i prowadzić życie towarzysko-studenckie. Tutaj w Warszawie czułem się zdecydowanie lepiej wśród młodzieży skupionej w mniejszym mieście. Czuliśmy się dużo bardziej zżyci. A Londyn lat 60. i wczesnych 70. był zupełnie innym miastem od dzisiejszego Londynu. Ogródki kawiarniane i restauracyjne były rzadkością, więc życie uliczne nie było aż takie kolorowe i gwarne jak dzisiaj.

R: Prawdziwe życie towarzyskie zaczęło się dopiero w Warszawie?

CN: Zdecydowanie. Chociaż w Anglii nie czułem obcości, bo tam się urodziłem i mówię po angielsku jak Anglik, to zawsze myślałem o sobie jak o Polaku. Kiedy poznałem tutejszą młodzież, wydała mi się o wiele bardziej otwarta niż angielska. Imponowało mi, że wszyscy byli oczytani. Dyskutowali o literaturze polskiej, francuskiej, niemieckiej, amerykańskiej i rosyjskiej. Byliśmy zamkniętym krajem i dlatego chcieliśmy chłonąć świat przez książki.

R: Gdzie się spotykaliście?

CN: Życie towarzyskie toczyło się właściwie w domach. Było kilka miejsc, do których można było pójść, ale tutejsza młodzież nie miała zbyt dużo pieniędzy. Poza tym chodzenie do restauracji sprawiało więcej kłopotu niż przyjemności. Wszystkiego brakowało. Nieważne, co się zamówiło – zawsze dostawało się bryzol z cebulą. Dom był miejscem spotkań. Nie zawsze mieliśmy telefony, więc często te spotkania były spontaniczne. Pomijając sprawy polityczne i ekonomiczne – uwielbiałem te czasy.

R: Wtedy poznał Pan żonę?

CN: Jedno z naszych spotkań miało miejsce przy ulicy Karowej. Odbywał się tam rajd Barbórka. Moja żona miała wtedy absztyfikanta rajdowca. Leciałem gdzieś z aparatem robić zdjęcia i na nią wpadłem. Zawsze żartowała, że młody, arogancki Anglik ją potrącił i tak zaczęła się nasza historia.

R: Gdzie Pan zabrał żonę na pierwszą randkę?

CN: Tak naprawdę zbliżyliśmy się w Zakopanem. Ona była tam z koleżanką, a ja z kolegami. Pamiętam, że na tym wyjeździe był też inny jej absztyfikant…

R: Pana żona miała wielu absztyfikantów!

CN: To prawda, miała, ale my jakoś ciągle na siebie wpadaliśmy, a może raczej ja wpadałem na Nią (śmiech). Pamiętam, że w Zakopanem poszliśmy coś zjeść i zamówiła dwie porcje bardzo typowej góralskiej potrawy – spaghetti. Zjadła dwie porcje! Bardzo mi wtedy zaimponowała. Nie je dużo i nigdy w życiu chyba tego nie powtórzyła, ale byłem pod wrażeniem.

 

R: Jak wyglądało łączenie życia rodzinnego z pracą fotografa? W stanie wojennym samo chodzenie z aparatem było niebezpieczne i nie wolno było robić zdjęć, ale Pan fotografował. Żona się o Pana bała?

CN: Mam nadzieję! W pierwszym tygodniu stanu wojennego zniknąłem. Nie wiedziała, gdzie jestem i co robię. Na pewno bardzo się martwiła, ale musiałem robić zdjęcia. Praca fotoreportera rzeczywiście może nadwyrężyć więzi rodzinne przez ciągłe wyjazdy. Niektórym się to nie udaje.

R: Kiedy myślę o pracy fotoreportera, zastanawiam się nad jego samotnością – kumuluje w sobie obrazy, odczucia, które ciężko potem wyrazić słowami i podzielić się nimi z bliskimi.

CN: Przyznam się, że zawsze miałem z tym problem. Pracując jako fotoreporter w ciekawych czasach, zbierałem w sobie wiele różnych wrażeń, uczuć i historii. Przeżywałem wszystko sam i było to fantastyczne – do momentu kiedy wracałem do domu i miałem cokolwiek opowiedzieć o moich przeżyciach. Nie potrafiłem tego wyrazić słowami. Właściwie dopiero później, po trzydziestu latach, kiedy pisałem autobiografię, przelałem te wspomnienia na papier.

R: Jeździł Pan po całej Polsce. Warszawa była dla Pana inspirująca fotograficznie?

CN: Przyznam, że niespecjalnie. Nie jestem fotografem miasta – architektury, widoków. Inspirowało mnie to, co się w Warszawie działo, jej życie codzienne – sceny na bazarach, w sklepach.

R: Jest Pan autorem słynnego Czasu Apokalipsy – zdjęcia, które przedstawia polski opancerzony transporter pod Kinem Moskwa. Chodził Pan do tego kina?

CN: Tak. Chodziłem do Kina Moskwa i Skarpa. Organizowano tam tak zwane Konfrontacje – raz w roku przez dwa tygodnie dopuszczano obywateli do najważniejszych filmów wchodzących na ekrany całego świata.

R: Porozmawiajmy o Pana Warszawie. Jak się zmieniały Pana warszawskie adresy?

CN: W 1973 roku przyjechałem do Warszawy na dłużej na zaproszenie Polskiej Agencji Dziennikarzy Interpress. Ulokowano mnie tuż przy powstającej Trasie Łazienkowskiej, w pobliżu Kina Luna. Z okna widziałem postęp prac przy budowie trasy. Potem dzięki pomocy znajomych zamieszkałem w kawalerce w wieżowcu przy Tamce. Z tego mieszkanka miałem piękny widok na Warszawę. Po ślubie przeprowadziliśmy się na Saską Kępę.

R: Lubi Pan Saską Kępę?

CN: Bardzo lubię. Jeden z braci mojej matki mieszkał na Saskiej Kępie, więc była to właściwie pierwsza dzielnica, jaką poznałem. Kiedy w 1963 przyjechaliśmy z rodzicami do Polski, wysiedliśmy na Dworcu Gdańskim, wsiedliśmy w Wołgę i pojechaliśmy na Saską Kępę – na ulicę Angorską. To był mój pierwszy obraz Warszawy. Pierwszy zapach tutejszej benzyny.

CN: Przy jakiej ulicy zamieszkał Pan z żoną?

R: Przy Afrykańskiej. Mieliśmy widok z okna na pola z kapustą i sportowe lotnisko. Teraz jest zupełnie inaczej – na tym polu kapusty mieszka pewnie ze sto tysięcy ludzi. Matka mojej żony mieszka przy Alejach Niepodległości, niedaleko ulicy Madalińskiego – tam też mieszkałem. Mokotów to również bliska mi dzielnica. Teraz mieszkamy na Dolnym Mokotowie, pod skocznią, której nie ma, i pod Jaruzelskim, którego też nie ma. Mamy też mieszkanie przy Wilczej w starej kamienicy. Zazwyczaj mieszkałem w domach jednorodzinnych, więc mieszkanie w centrum było dla mnie zawsze dziwne, obce, ale akurat Wilcza jest bardzo przyjemnym miejscem w Warszawie. Oboje z żoną lubimy stare budownictwo.

R: Do jakich miejsc lubi Pan chodzić w Warszawie?

CN: Lubimy z żoną zjeść coś dobrego w Przegryziu na Mokotowskiej. Miłe, niepretensjonalne miejsce. Lubię też Trakt Królewski i paryski zwyczaj kawiarenek i restauracji na ulicach. Tego właśnie, czego nie było w Londynie za moich czasów.

R: Gdzie Pan w Warszawie odpoczywa?

CN: Właściwie odpoczywam w domu. Chyba że żona zagania mnie do koszenia trawy (śmiech). To jedyny mankament posiadania domu z ogrodem. Poza tym kino, teatr, filharmonia.

R: A czego Pan w Warszawie nie lubi?

CN: Denerwuje mnie, że nie potrafimy sobie poradzić z reklamami. Smutna jest ta bezradność miasta. Ale fascynuje mnie, jak Warszawa się odbudowuje. Myślę jednak, że władze miasta czasem za bardzo ulegają deweloperom, którzy są chciwi i bezczelni – niszczą mniejsze domy, tym bardziej te na peryferiach, i budują wysokie molochy. Brakuje mądrych planistów miast.

R: Czy jest takie zdjęcie, które Pana zdaniem dobrze oddaje ducha współczesnej Warszawy?

CN: Myślę, że Filip Springer jest takim fotografem, który w niezwykły sposób potrafi uchwycić fascynujące migawki warszawskiej infrastruktury. Za świetnego fotografa starszej daty uważam też nieżyjącego już Zbyszko Siemiaszko. Ukazywał miasto lat 50. i 60. Trochę żałuję, że wtedy nie fotografowałem. Ale żeby wytypować jedno zdjęcie, które pokazuje współczesną Warszawę? To trudne zadanie.

R: Zawsze określał Pan siebie jako fotografa „trudnych czasów”. Czy myśli Pan, że znowu nastały? Ludzie wychodzą na ulice i manifestują jak za dawnych lat. Czy znowu sięga Pan po aparat?

CN: Nie jestem zwolennikiem tego, co dzieje się w naszym rządzie. Nie o to walczyliśmy. Nie o to walczyłem fotograficznie. W moich zdjęciach z przeszłości zaczynam widzieć teraźniejszość i bardzo mnie to boli. Szkoda Polski. Może rzeczywiście będę musiał coraz częściej chodzić z aparatem. Patrzę w przyszłość z obawą.

R: Dlaczego jako miejsce spotkania wybrał Pan ulicę Karową?

CN: Nie lubię rzeczy prostych. Karowa jest piękną spiralą – ma duszę. To mój uroczy kawałek Warszawy.

 

 

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik