Dorota Roqueplo

Kamienica na Pradze

Tu też robi się trochę bardziej kolorowo. Mam nadzieję, że będzie nam też kolorowo w głowach i przestaniemy tyle narzekać.

Dorota Roqueplo mówi o sobie ,,Warszawianka z adopcji”. Chociaż urodziła się we Francji, jest silnie związana z Polską, w której mieszka i pracuje od wielu lat. Jedna z najlepszych i najbardziej znanych, polskich kostiumografek. Pracowała przy filmach takich jak: ,,Młyn i Krzyż”, ,,Hiszpanka”, ,,Miasto 44” czy ,,Twój Vincent”. W tworzeniu strojów, najważniejszy jest dla niej człowiek – jego psychologia, historia, obyczajowość. To dlatego sylwetki postaci, które współtworzy są tak bardzo prawdziwe i wiarygodne. Spotykamy się w mieszkaniu na poddaszu, w kamienicy na Pradze, które Dorota nazywa swoim ,,miejscem na ziemi”. Jest mroźny poranek, ale przez okna wpadają promienie słońca. Dorota częstuje nas pysznym lunchem i herbatą, wokół czuć zapach kadzidła. Rozmawiamy o dorastaniu we Francji, artystycznym domu rodzinnym, życiu w ciągłych rozjazdach i warszawskiej Pradze, którą Dorota nazywa ,,małym Paryżem”. Jest kolorowo ubrana, wygląda pięknie. Na kolana wskakuje jej kot.

Rozmowwa: Dlaczego się tu spotykamy?

Dorota Roqueplo: Praga to zakątek Warszawy, który bardzo lubię. Mieszkanie, w którym się spotykamy, jest dla mnie szczególnie ważne. W pewnym momencie mojego życia mocno się zawirowało – odeszły najbliższe mi osoby. Zawsze podświadomie czułam, że chcieli, żeby tu było moje miejsce na ziemi. I tak się stało.

R: Czujesz się tu jak u siebie?

DR: Tak. To jest pierwsze miejsce, ew którym się tak czuję. Oczywiście to mogłoby być każde inne miejsce na świecie. Po prostu tak się złożyło. Nie mówię, że to się nigdy nie zmieni, ale w tym momencie czuję, że jestem u siebie.

R: Urodziłaś się we Francji.

DR: Dokładnie we francuskim miasteczku Neuilly, dzielnicy tak zwanego Wielkiego Paryża. Ale nigdy tu nie mieszkaliśmy. Moje dzieciństwo to dzielnice V, XVII i XVIII. To jest Paryż, który pamiętam.

R: Opowiedz o Paryżu Twojej młodości.

DR: Moje wspomnienia są bardzo intensywne. Często włóczyłam się po ulicach.

R: Byłaś francuską flâneuse?

DR: Chyba można tak powiedzieć (śmiech). Wszędzie chodziłam na piechotę. Paryż to dla mnie kolory, zapachy i pierwsze wypady do kina. Spotykałam się z koleżankami w małych kawiarniach i piłyśmy diabolo menthe, czyli gazowaną wodę z miętą. To mój smak dzieciństwa. Pamiętam pierwsze młodzieńcze zauroczenia. Chłopcy potrafili zawrócić w głowie mobilette albo motorem (śmiech). Bardzo miło wspominam ten czas. Później przyjechaliśmy do Polski. Miałam wtedy piętnaście lat. To był niezwykle trudny czas. Szaro. Brudno. Ludzie byli smutni. Prawie w ogóle nie wychodzili z domów. Miło wspominam chodzenie do kina na Konfrontacje – mam wielki szacunek do ludzi, którzy potrafili wyselekcjonować te niezwykłe filmy i ominąć cenzurę. Stało się w nocy w kolejkach po karnety. Dziś trudno się zdecydować, na co iść do kina (śmiech). Największy problem miałam z wszechobecną szarością i brakiem światła. A dla mnie kolor jest bardzo ważny. Pamiętam pierwszą wiosnę, którą tu spędziłam. W lutym otworzyłam okno i poczułam powiew wiosny. A następnego dnia spadł śnieg. Do dziś nie lubię zimy, wilgoci i ciemności. Może dlatego tak dobrze czuję się w tym mieszkaniu. Jest bardzo jasne.

R: To był Twój pierwszy raz w Polsce?

DR: Wcześniej przyjeżdżałam do Polski na wakacje. Jeździliśmy do Tupadeł, Jastrzębiej Góry i Raby Wyżnej. Wynajmowaliśmy dom i zapraszaliśmy całą rodzinę. Może we Francji nam się nie przelewało, ale w tamtych czasach 100 franków to był w Polsce majątek. Było gwarno, głośno, rodzinnie. Uwielbialiśmy te wakacyjne wypady, więc bardzo się ucieszyliśmy, jak mama powiedziała, że jedziemy do Polski. Ten przyjazd – gdy miałam 15 lat – to był zimny prysznic, a nie wakacje.

R: Co jeszcze pamiętasz z przyjazdu do Polski na dłużej?

DR: Pamiętam kolejki w Supersamie. Dostawałam szału, że musiałyśmy stać w ciągnących się w nieskończoność kolejkach, chociaż na półkach właściwie nic nie było. Zaczęłam się buntować. Młodość ma jednak to do siebie, że potrafisz znaleźć pozytywne strony trudnych sytuacji. Pamiętam, że chodziliśmy do Świtezianki na herbatę i do małej kawiarenki przy ulicy Polnej na tosty. Z szynką! To był wielki rarytas w latach 70.

R: Za czym jeszcze tęskniłaś?

DR: Za różnorodnością. Moja najlepsza przyjaciółka z klasy była z Gwadelupy, inna z Martyniki, jeszcze inna była Żydówką z Maroka. W środku tygodnia był jeden wolny dzień – wszystkie się spotykałyśmy, rozmawiałyśmy. A na religię jedna szła do imama, druga do jesziwy, a trzecia do księdza. Było w tym coś magicznego. Byłyśmy ostatnim rocznikiem żeńskim w naszej szkole – po 1968 roku zaczęto tworzyć klasy mieszane.

R: Jak jest w żeńskiej szkole?

DR: Nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Byłam szefem piratów (śmiech). Zresztą w Polsce poszłam do liceum im. Narcyzy Żmichowskiej. Nie skończyłam tego liceum. Wylądowałam w trzeciej klasie w szpitalu i oblałam rok. Zdałam maturę na warszawskiej Sorbonie.

R: Jak zareagowali rodzice?

DR: Mojej mamie zawsze zależało na tym, żebym była przede wszystkim dobrym człowiekiem. Nigdy na mnie nie krzyczała za złe stopnie. Miała do nas pełne zaufanie. Nawet jeśli się martwiła, to nigdy tego nie pokazała. Zawsze przychodziłam o ustalonej godzinie, bo ceniłam jej zaufanie i nie chciałam go stracić. Nigdy niczego przed nią nie ukrywaliśmy.

R: Mama wydaje się być dla Ciebie bardzo ważną osobą. Opowiedz o niej.

DR: Moja mama była odlotowa. Jak powiedział mój ojciec chrzestny: „Była złotym ptakiem, którego nie można zamknąć w klatce”. Gdy przedwczoraj spotkałam Stanisława Sojkę na kolędowaniu, powiedział: „Twoja mama była niesamowita. Pomogła nam swoją energią, swoim byciem”. Uświadomiłam sobie, że te słowa są bardzo prawdziwe. Wywierała na ludzi niezwykły wpływ samą obecnością. Na pewno nie była typową mamą. Pamiętam zabawną historię – kiedyś ze znajomymi wracaliśmy z Krakowa i bez zapowiedzi przyjechaliśmy piętnastoosobową grupą do naszego domu. Mama urządziła wielką kolację w 10 minut, wszystkich ugościła jajecznicą. Ciężko pracowała. Robiła witraże. Swoją wielką pasję przypłaciła życiem – zmarła na ołowicę. Przez ostatnie lata była podłączona do tlenu i nie mogła wychodzić z domu. Wydawałoby się, że ludzie mogli o niej zapomnieć. A na pogrzebie było ponad 400 osób. Przecież siedziała tylko na kanapie. No tak, ale miała w ręku telefon.

R: Były takie rzeczy, których dowiedziałaś się dopiero po śmierci mamy? Coś Cię zaskoczyło?

DR: Chyba nie. Może Stefana, mojego brata, więcej rzeczy zaskoczyło, bo mieszkał w Paryżu. Co prawda, był z nią bardzo blisko, ale mama też nie o wszystkich rzeczach mówiła. Dla mnie była jak otwarta księga. Niektórzy uważają, że nie miałam odciętej pępowiny. Może to i prawda. Może dlatego znalazłam swoje miejsce i urządziłam mieszkanie dopiero po śmierci mamy i mojej siostry Dominiki.

R: Powiedziałaś, że była nietuzinkową mamą. Czym to się objawiało?

DR: Kiedy rodzice się rozstali i przyjechaliśmy do Polski, mama przejęła decyzyjność. Jeszcze bardziej wzmocniła swój charakter. Myślę, że to nas bardzo ukształtowało jako kobiety. Zostałyśmy wyemancypowane przez to, że byłyśmy po prostu od zawsze traktowane na równi z mężczyznami. Mama nauczyła się tego pewnie od swojej matki. Kiedy moja siostra cioteczna wzięła ślub i powiedziała, że nie przyjmie nazwiska po mężu, babunia powiedziała: „No w końcu, jedna inteligentna!” (śmiech). Biorąc pod uwagę fakt, że urodziła się w 1912 roku, jej postawa robi wrażenie.

R: Czy mama była dla Ciebie również inspiracją w artystycznej drodze?

DR: Już jak wykonywałam mój zawód, dowiedziałam się, że mama chciała zdawać na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie na scenografię. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo myślałam, że jej całym światem było malowanie i witraże. Mieliśmy artystyczną rodzinę. Tata był architektem i rzeźbiarzem. W wieku 17 lat wygrał konkurs rysunku, dzięki któremu dostał się na Akademię bez egzaminów. Śmieję się, że twórczość taty została przysłoniona przez mocną osobowość mamy. A malarstwo taty było fenomenalne. Zmarł w wieku 93 lat i malował do końca życia. Przestał miesiąc przed śmiercią. Na pewno rodzice mieli na mnie bardzo duży wpływ. W takim domu nie mogłam zostać na przykład lekarzem (śmiech). Nawet gdybym chciała.

R: Opowiedz o swoich studiach w Paryżu.

DR: To zabawne, ale sześć razy zdawałam na Akademię Sztuk Pięknych i się nie dostałam. Skończyłam paryską Szkołę Projektowania i Kostiumu. Nie żałuję, chociaż studia w Paryżu to bardzo trudny czas w moim życiu. Żałuję tylko, że nie skończyłam później scenografii w Polsce, bo chciałabym teraz uczyć. Więź z młodością mnie buduje.

R: Jak się zaczęła Twoja pasja do tworzenia kostiumów?

DR: Bardzo szybko wiedziałam, że chcę robić kostiumy. Byłam zachwycona filmem ,,Sissi” z Romy Schneider i powiedziałam mamie, że też będę robić takie suknie, tylko piękniejsze (śmiech). Zawsze lubiłam rysować – moim ulubionym tematem były kobiety w długich sukniach, Romowie i Hindusi. Dodatkowo fascynowała mnie historia. Nie robię kostiumów ze względu na modę, tylko ze względu na człowieka. Moda jest ulotna, a obyczajowość, nawyki są namacalne. Pracuję teraz z Siergiejem Łoźnicą po raz trzeci. Za każdym razem uczę się nowej kultury i zwyczajów. Za każdym razem odbywam fascynującą, etnograficzną podróż.

R: Jak się przygotowujesz do filmu?

DR: To zależy, czy pracuję przy filmie historycznym czy współczesnym. Dla mnie najważniejszy jest scenariusz. Na tej kanwie robię kostiumy. Tworzę świat na bazie psychologii postaci – zastanawiam się, czy ubrałyby się właśnie w ten sposób. Są sytuacje, w których mam solidną bazę wiedzy na temat postaci i wtedy muszę trzymać się faktów. Na przykład Emilia Czartoryska robiąc kostiumy do ,,Ostatniej rodziny”, miała dostęp do nagrań, zdjęć i dokumentów. Ja pracując przy Hiszpance, korzystałam z wiedzy o epoce, ale musiałam wymyślać wszystkie kostiumy, bo historia była nieautentyczna.

R: Najtrudniejsze wyzwanie?

DR: Nie wiem, czy najtrudniejsza, ale wymagająca najwięcej pracy przy źródłach była praca przy filmie Lecha Majewskiego „Młyn i Krzyż”. Mieliśmy mały budżet i 750 kostiumów do wykonania. Pieter Bruegel przedstawia na swoich obrazach wykreowaną, upiększoną rzeczywistość. Ubrania ludzi, których portretował, były prawdopodobnie bardziej zniszczone i brudne, ale on wybrał, żeby tego nie pokazywać. Walczyłam ze sobą: „Pokazać rzeczywistość czy obraz?” To trudne wybory, przed którymi staje kostiumograf. Dużym wyzwaniem był też „Loving Vincent”. Wszystko mi zamalowali (śmiech). Ale oglądając ten film, widzę detale, które ręcznie podszywałam. Nawet guziki są po tej samej stronie jak na obrazie. Lubię te wszystkie drobiazgi, chociaż nie wszyscy je zauważają.

R: Wróćmy do tematu Warszawy. Jak myślisz, dlaczego ostatecznie wybrałaś to miejsce do życia?

R: Nie wiem, czy to ja wybrałam Warszawę. Może ktoś nas pcha, by mieszkać w danym miejscu? Z ręką na sercu wolałabym mieszkać w Paryżu, ale jakaś siła sprawiła, że tu zostałam. Kiedy po studiach wróciłam z Francji, nie sądziłam, że tu zamieszkam. Zaczęłam intensywnie pracować w Polsce. Teraz właściwie cały czas podróżuję.

R: Masz w ogóle czas, żeby tu pomieszkać?

DR: Ostatnio rzeczywiście zaczęłam bardzo dużo jeździć. Sergiej Łoźnica zakochał się w moich kostiumach i często razem pracujemy poza Polską. Chciałabym, żeby robił weselsze filmy, ale to się chyba nie uda (śmiech).

R: Lubisz Warszawę?

DR: Lubię. Mówię o sobie „warszawianka z adopcji” (śmiech). Uwielbiam Pragę. To dla mnie pomniejszony Paryż. Tu się czuje atmosferę dzielnicowości, którą można poczuć jeszcze na Żoliborzu. Gdy mieszkałam na Mokotowie, nie doświadczyłam tego. Na Pradze ludzie w sklepach zawsze pamiętają, co zazwyczaj kupujesz. Widać dzieci idące do szkoły z tornistrami, tego nie ma po drugiej stronie Wisły. Praga żyje swoim rytmem.

R: Do jakich miejsc w Warszawie chodzisz?

DR: Uwielbiałam i dalej kocham spacerować. Pod koniec życia moja mama mieszkała na Ursynowie – chodziłam do niej na piechotę ze Starówki. Lubiłam te przechadzki. Uwielbiam Bistro Z przy Ząbkowskiej 12. Lubię gotować, ale gdy nie mam czasu, idę właśnie tam. Kiedyś uwielbiałam Magiel Cafe na Chełmskiej, ale go zamknęli. W Warszawie nie ma jeszcze knajp takich jak w Paryżu – czujesz, że ktoś siedział na tych samych krzesłach 150 lat temu.

R: A czego nie lubisz w Warszawie?

DR: Smutno mi, że jesteśmy jednokolorowi. To nie tylko warszawska, ale także przede wszystkim polska cecha. Nie umiemy się przyznać, że w żyłach Polaków płynie wiele rodzajów krwi. Przecież Polak ma w sobie tatarską, ormiańską, ukraińską, litwińską, niemiecką, żydowską, czeską krew i nie tylko. Jesteśmy wielonarodowi. Nie ma Polaków czystej krwi. Denerwuje mnie też, że przykrywamy kompleksy zarozumiałością. Nie umiemy się przyznawać, że nie jesteśmy święci. Każdy naród ma niechlubne czyny na sumieniu. Francuzi mają wojnę algierską, potworne mordy i rewolucję francuską, która obcięła tysiące głów. Trzeba potrafić spojrzeć w lustro i przyznać się do winy. Nie lubię tej polskiej martyrologii.

R: Powiedziałaś, że nie lubisz braku kolorów. Dlatego uciekasz do Indii?

R: Tak! Hindusi są szalenie otwarci, naiwni w cudowny sposób. Bardzo ich pokochałam. Będąc w Indiach białą, nie czuję się obco. Cały czas się tam uśmiecham. Tu też robi się trochę bardziej kolorowo. Mam nadzieję, że będzie nam też kolorowo w głowach i przestaniemy tyle narzekać. Jesteśmy w tej czołówce świata, która ma wodę w kranie. Nie żyjemy za dolara dziennie. Zacznijmy to bardziej doceniać!

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik