Karol Strzemieczny

Ulica Suzina

Warszawie należy się, żebyśmy żyli tu w pełni, najlepiej tworząc coś wartościowego.

Karol Strzemieczny od zawsze muzykował. Poznał Paulę i stworzyli zespół. Okazało się, że świetnie się rozumieją na polu muzyki i nie tylko. Razem grają i przyjaźnią się od wielu lat. Zrzeszają wokół siebie grupę przyjaciół, rodzinę muzyków. Z Karolem spotykamy się na Żoliborzu, który jest jego ,,miasteczkiem z dzieciństwa”. Rozmawiamy o dorastaniu na przełomie lat 80. i 90. pomiędzy Żoliborzem a Nowym Jorkiem, o ulubionych miejscach w mieście i o tym, jaka jest Warszawa w piosenkach Pauli i Karola.

Rozmowwa: Dlaczego spotykamy się na Żoliborzu?

Karol Strzemieczny: Są dwa miejsca, które mnie ukształtowały. Po pierwsze – żoliborskie okolice, te uliczki ciągnące się od Hali Marymonckiej do Placu Wilsona. Tutaj chodziłem do podstawówki, przy ulicy Filareckiej. Drogę do szkoły pokonywałem sam – tylko pierwszy raz odprowadzili mnie rodzice z sąsiadami. Kiedy zaczęły się moje samotne podróże, miałem siedem lat. To było symboliczne wejście w świat. Inne ważne miejsce na Żoliborzu to kafejka, która w latach 80. nazywała się Havana. To właśnie w Havanie moi rodzice, którzy się rozwodzili, zadecydowali, że mama zabierze mnie do Nowego Jorku. Bardzo trudna decyzja została podjęta przy ciastkach i herbacie.

R: A drugie miejsce, które na Ciebie wpłynęło?

KS: Drugie miejsce, które mnie ukształtowało, to właśnie Nowy Jork. Mieszkaliśmy tam z moją mamą między 1987 a 1991 rokiem. Mama miała dość życia we wschodnim bloku. Była artystką, szyła patchworki – chciała wyjechać i zobaczyć świat. Dużo się przeprowadzaliśmy. Mieszkaliśmy na Williamsburgu. Nie było tam jeszcze hipsterów – sami Żydzi i Portorykańczycy. Później przenieśliśmy się na Green Point, a potem na Manhattan do East Village. Nie znałem angielskiego, ale od razu poszedłem do szkoły i musiałem się tam odnaleźć. Zawsze będę wdzięczny mamie, że mnie ze sobą zabrała.

R: Wróciłeś do Polski.

KS: To był początek lat 90. Przedziwny klimat. Byłem bardzo wrażliwym chłopakiem. Nagle w szkole podstawowej stałem się ,,kimś’’, bo wróciłem ze Stanów. Zdobyłem zainteresowanie chłopaków, którzy wyjmowali radia i ,,kroili czapeczki”. Wszyscy wiedzieli, że nie można chodzić w firmowych czapkach i butach, bo od razu się je traciło. To byli fajni chłopcy. Przyjaźniłem się z nimi, wszędzie z nimi chodziłem, ale jak pytali, czy stanę na czatach, a oni w tym czasie wyjmą radio z samochodu, odmawiałem. Chociaż nie było łatwo, dobrze wspominam tamte czasy i życie na tych ulicach.

R: Uliczne życie na Żoliborzu mocno kontrastowało z życiem w Nowym Jorku?

KS: W Nowym Jorku panował trochę podobny klimat, ale żyłem z dala od takich środowisk. Moja przyjaźń z tymi chłopakami skończyła się gwałtownie. Poszedłem do liceum im. Mikołaja Kopernika. Wpadłem w zupełnie nowe towarzystwo i przestałem być wyjątkowy. W podstawówce byłem tym, który zobaczył świat, przeczytał najwięcej książek. W liceum czułem, że jestem inny od reszty towarzystwa. Myślę, że chciałem zdobyć ich uznanie. Próbowałem się dopasować, więc kupowałem sobie nowe Martensy i Levisy. Zrobiłem domówkę dla ludzi z liceum i dowiedziało się o tym środowisko z podstawówki. Ktoś dostał po twarzy, a mojemu kumplowi z klasy, Szwedowi, grozili nożem, bo Legia grała wtedy z Göteborgiem. Piłem szklanki wódki z ludźmi z dzielnicy, żeby był spokój, ale niewiele to dało. Ukradli mi wszystkie CD z mieszkania.

R: To było w Twoim mieszkaniu przy ulicy Gdańskiej?

KS: Tak. Następnego dnia pojawiłem się na boisku. Próbowałem uratować sytuację, odzyskać CD. Okazało się, że dwie żoliborskie załogi przewinęły się tego wieczoru przez moje mieszkanie. Stwierdziłem, że to dla mnie za dużo. Co ciekawe, do dziś utrzymuję kontakt z chłopakiem, przez którego rozniosły się wieści o domówce. Był moim kolegą z ławki. Wcześnie stracił rodziców. Został zupełnie sam w 20-metrowym mieszkaniu. Kiedy jego rodzice jeszcze żyli, wpadałem do niego. Siedzieliśmy w tych 20 metrach – oni palili papierosy, a my graliśmy w gry. Do dziś przychodzi na moje koncerty.

R: Strasznie smutno to brzmi.

KS: Lata 90. na Żoliborzu to był prawdziwy Meksyk. Pamiętam stąd sporo smutnych historii, ale pozytywnie wspominam ten czas. Jest taka jedna historia, która chyba najlepiej podsumowuje moje życie w tamtych realiach. Siedzieliśmy z chłopakami na ławkach i nagle ktoś powiedział, że „kolesie przyjechali kroić”. Wszyscy moi koledzy prowokacyjnie założyli wtedy firmowe czapki i poszli szukać tamtych chłopaków. Niechcący znalazłem się w centrum sytuacji – przecież nie mogłem iść do domu i zostawić kumpli. Szliśmy ulicą Suzina w stronę Kina Tęcza i nagle zobaczyliśmy grupę chłopaków na przeciwko. Przynajmniej mam nadzieję, że to byli oni. Moja ekipa podbiegła do nich. Już mają zacząć ich bić, ale przedtem… oddają mi swoje kurtki. To moja ulubiona historia. Jest bardzo symboliczna. Byłem częścią grupy, ale nie biłem się. Stałem tam i trzymałem ich kurtki. Nikt nie oczekiwał, że będzie inaczej.

R: To byli starsi koledzy?

KS: Nie, raczej w moim wieku. Od niektórych byłem starszy, bo po moim powrocie ze Stanów tata stwierdził, że najlepiej będzie jeśli zostanę w szóstej klasie i powtórzę rok. Pierwszego dnia szkoły poszedłem to sam załatwić z nauczycielami.

 

R: Robiliście bitwy na śmigus-dyngus ze strażą pożarną?

KS: Pamiętam, że całe osiedle ze sobą walczyło. Ze strażą pożarną mam inne wspomnienie. Przeskakiwaliśmy przez kolczasty płot, aby dostać się na boisko obok szkoły. Strażacy nas wyrzucali, a my za chwilę znów wracaliśmy. I tak w kółko. W ogóle lubiłem sport i typowo testosteronowe, męskie gry. Grałem w koszykówkę na AWF-ie i w Polonii Warszawa, w piłkę nożną w RKS-ie Marymont. Ściemniłem nawet w sekretariacie datę urodzenia, żeby móc grać z kolegami z klasy.

R: Kiedy zacząłeś interesować się muzyką? Czym się zajmowałeś przed graniem?

KS: Od zawsze interesowałem się społecznymi tematami. Przez chwilę pracowałem w Centrum Edukacji Obywatelskiej, fundacji mojego ojca. Prowadziłem szkolenia propagujące aktywne, obywatelskie postawy, ale to nie do końca była praca dla mnie. Tak naprawdę muzyka była dla mnie od początku najważniejsza. Nie wiem, jak to się stało, że mam 38 lat i nadal się zajmuję muzyką (śmiech). Podejmowałem się różnych prac związanych z tą branżą – od produkowania i bookingów, przez trasy koncertowe, po wydawnictwa. Od zawsze zakładałem zespoły i w nich grałem. To chyba zawsze wychodziło mi najlepiej.

R: To była podobna muzyka do tej, którą śpiewacie jako Paula i Karol?

KS: Miałem różne etapy, jeśli chodzi o muzyczne inspiracje. W liceum grałem alternatywny rock. Przyjaźniłem się wtedy z Mikiem Szewcem, który był naszym wokalistą – słuchaliśmy Radiohead, Live i innych alternatywnych rockowych zespołów. Na studiach przyjaźniłem się z Bartkiem Winiarskim, który lubił nu metalowe klimaty. Później poznałem Jordana Babule, dziennikarza muzycznego, któremu zagrałem moje melodyjne piosenki po angielsku. Bardzo docenił mnie jako songwritera. Zaczął grać ze mną na bębnach. Moje piosenki zaczęły wtedy ewoluować w stronę folku. Później zacząłem grać w punk rockowym zespole Naiv. Wydaliśmy płytę, a singiel Kolorowe Życie był grany w radiach. Zaprzyjaźniliśmy się, pomimo iż wszyscy z zespołu oprócz mnie byli głęboko wierzący. Do dziś bardzo się przyjaźnimy. Z Jordanem Babulą założyliśmy zespół Stan Miłości i Zaufania (State of Love and Trust) na cześć piosenki Pearl Jeamu. Po polsku tytuł brzmi trochę naiwnie i pozytywnie (śmiech).

R: Bardzo wzniośle.

KS: Tak. W ogóle „zbyt pozytywnie” to określenie, które prześladuje mnie przez całą moją karierę. Do dziś podczas tras z Paulą i Karolem, wśród widowni zawsze znajdzie się osoba, która mnie pamięta z tamtych czasów.

R: Jak się poznaliście z Paulą?

KS: Jakiś czas temu założyliśmy z przyjaciółmi i moimi siostrami grupę eFTe Warszawa. Zrzeszaliśmy ludzi, którzy podjęli decyzję, że nie będą bezmyślnie konsumować. To było 10 albo 15 lat temu i takie pomysły wydawały się ludziom absurdalne. Panowała niska świadomość praw pracowniczych i względów ekonomicznych czy ideologicznych związanych z konsumpcją. Chcieliśmy propagować bardziej świadome kupowanie. Dogadaliśmy się ze sklepem Społem w nieistniejącym już Sezamie i zrobiliśmy w nim akcję – pakowaliśmy ludziom zakupy w lniane torby, które sami wyprodukowaliśmy i opowiadaliśmy im o odpowiedzialnych zakupach. Zrobiliśmy też na Chłodnej pokaz filmów o prawach pracowniczych w Chinach. Paula zaangażowała się w te akcje. Po jakimś czasie moja siostra powiedziała, że Paula chciałaby pomuzykować. Miałem wtedy nagrywać solowy, folkowy projekt. Chciałem zrobić coś swojego, akustycznego. Jestem wychowany na Bobie Dylanie – moją ulubioną płytą jest Desire. Pełno tam skrzypiec, akustyków, grających jakby nie do końca przećwiczone partie. Paula z kolei słuchała nowych zespołów, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Na początku miała śpiewać chórki i grać na skrzypcach, ale za chwilę stało się jasne, że musimy stworzyć coś wspólnie. Wtedy też wymyśliłem, żeby nazwać zespół Paula i Karol. My stanowimy trzon. Inni mogą się do nas dołączać, ale na naszych zasadach.

R: No właśnie, bo Paulę i Karola tworzy więcej osób.

KS: Tak. Ekipa się zmienia. Igor Nikiforow, który gra z nami do dziś, pojawił się kilka miesięcy po tym, jak zaczęliśmy grać. To on przedstawił nas Maciowi Morusiowi z Lado ABC. Kolejnymi osobami byli Staszek Wróbel i Zofia Moruś, którzy grał z nami od początku. Potem dołączyli do nas Krzysztof Poiżarowski i chłopaki z Eric Shoves Them in His Pockets, Christoph Thun i Szymon Najder. Teraz gramy z Jakubem Czubakiem z The Car is On Fire i New People. Zawsze z Paulą chcieliśmy stworzyć rodzinę muzyków, która gra z nami, kiedy ma ochotę.

R: Opowiedz o Waszej relacji z Paulą.

KS: Czujemy się jak rodzina, bo zespół to nasze dziecko. My to rozumiemy w nasz własny sposób. To inna relacja niż brat i siostra, mąż i żona czy najlepsi przyjaciele, ale ma element każdej z tych relacji. Paula mieszka w Hamburgu, więc nie widujemy się codziennie, ale owoc naszej relacji, czyli zespół, który stworzyliśmy, jest dla nas bardzo wartościowy. Łączy nas coś wyjątkowego na całe życie.

R: Nie trzeba tego definiować.

KS: My nazywamy siebie „bandies”. Paula napisała o nas kiedyś BBE, czyli Best Bandmates Ever. Mówimy do siebie per „bandie”, co jest synonimem najlepszego rodzaju partnerstwa muzycznego i zespołowego, jaki można sobie wymarzyć. Innych członków zespołu też tak nazywamy. Wspólnota jest dla nas bardzo ważna. Charakter naszego zespółu można określić jako coś pomiędzy demokratycznym tworem wszystkich muzyków a sesyjnym graniem, ale zaczyna się zawsze od bliskości i przyjaźni.

R: Paula nie mieszka w Polsce. Jak udaje się Wam tworzyć?

KS: Paula połowę czasu istnienia zespołu mieszka w Hamburgu. Ustawiamy sobie czas tak, żeby się spotkać. Kiedy siebie potrzebujemy, dzwonimy i rozmawiamy. Rok temu, kiedy zmarła moja mama, Paula była ze mną bardzo blisko, pomagała mi. Rzeczy zespołowe schodziły na dalszy plan. Emocje, które przeżywasz z członkami zespołu podczas grania, podróży po świecie i pisania piosenek, sprawiają, że na zawsze łączy was nierozerwalna, intymna i wyjątkowa relacja.

R: Do jakich miast lubisz jeździć w trasy?

KS: To bardzo fajne pytanie. W Dreźnie mieliśmy parę świetnych, wzruszających koncertów. Lubię też Berlin. Jeśli chodzi o Polskę – Warszawa jest mega trudna, bo zawsze na koncertach jest mnóstwo przyjaciół i znajomych. Koncerty w Warszawie nigdy nie wychodzą tak, jak powinny. Widzisz ze sceny osoby, które kochasz, i to wywołuje ogromną presję. Koncerty w miastach, w których nikogo nie znamy, są pozbawione takiego ciężaru. Ostatnio zagraliśmy dwa koncerty w Poznaniu i w Krakowie. Ludzie śpiewali. Była świetna energia. Bardzo mi się tam podobało. Mało ludzi przychodzi np. do Mózgu w Bydgoszczy, ale też jest tam zawsze bardzo fajnie.

R: Jeździcie w trasę gdzieś oprócz Polski i Niemiec?

KS: Na razie jeździmy z koncertami tylko do krajów, w których mieszkamy. Paula ma poważną pracę w Hamburgu. Jest profesorem na uniwersytecie w Lüneburgu. Ograniczyliśmy trasy do dwóch krajów, a to i tak nie jest łatwe logistycznie.

R: Fajne połączenie – wykładowca i muzyk w jednym.

KS: To prawda. Ja właściwie też skończyłem socjologię. Nawet nie odebrałem dyplomu. Zobacz, to było tak mało istotne wydarzenie w moim życiu, że zapomniałem o tym powiedzieć.

R: Socjologia trwała wtedy pięć lat?

KS: Nawet osiem lat w moim przypadku (śmiech).

R: Wiem, że grywasz jako DJ. Gdzie można Cię spotkać?

KS: Grywam od kilku lat i sprawia mi to ogromną przyjemność. Kiedyś puszczałem zamulone, folkowe kawałki i trueschoolowy rap z lat 90. w Powiększeniu. Od jakiegoś czasu fajnie gra mi się imprezy – stare i nowe rzeczy taneczne. Regularnie w Planie B. Czasem BarStudio, Spatif, Bardzo Bardzo.

R: A gdzie chodzisz, żeby posłuchać muzyki?

KS: Chyba też do Planu B. Wiem, że ludzie różnie traktują to miejsce, ale nie wyobrażam sobie Warszawy bez Planu. Lubię właścicieli, którzy angażują się społecznie. Uwielbiam ludzi za barem. To bardzo centralne miejsce. Wszyscy w Warszawie się przez nie przewijają. Lubię miejsca, gdzie nie siedzi się przy stolikach. Tam można albo tańczyć, albo stać. Mam za dużo energii, żeby siedzieć.

R: Jakie inne miejsca w Warszawie lubisz?

KS: Lubię Świetlicę i Resort. Świetlica to mój osiedlowy bar przy Marszałkowskiej. To miejsce prowadzą Mariusz i Weronika, którzy pracowali w Pewexie u Szymona Zielińskiego. Szymon z Romkiem prowadzą jeszcze Resort. Mam sentyment do właścicieli, którzy stworzyli w Warszawie klimatyczne bary, gdzie ludzie rozmawiają, miło spędzają wieczory i czasem poranki.

R: Gdzie teraz mieszkasz?

KS: Siedem lat temu przeprowadziłem się na Mokotów. Mieszkam przy Placu Unii Lubelskiej i na razie nie planuję się stąd ruszać. Powrót na Żoliborz jest dla mnie powrotem do miasteczka z dzieciństwa.

R: Jaka jest Warszawa w piosenkach Pauli i Karola?

KS: Napisałem tekst do Goodnight Warsaw, zanim poznaliśmy się z Paulą. Opowiada o mieście z historią w tle. Historyczność nie jest na pierwszym planie jak u Muńka: „Gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje”. Goodnight Warsaw to piosenka o spotykaniu się z ludźmi, wychodzeniu na miasto, sercowych rozkminkach, przyjaciołach, luźnych znajomościach i tęsknocie. To mógłby być tekst właściwie o każdym mieście.

R: Ale dla Ciebie to o Warszawie.

KS: Tak, dla mnie to tekst o Warszawie. Mój przyjaciel, Pawełek, powiedział kiedyś: „Warszawo, obiecuję, wszystkie swoje marzenia spełnimy”. Ja te słowa rozumiem tak: mamy obowiązek realizować tutaj nasze marzenia. O tym też opowiada Goodnight Warsaw: “Droppin’ them dreams in the river below” – zrealizuj swoje marzenia. „You’ve got too much pride, I know” – jesteś zbyt dumna, zbyt dużo przeszłaś, żeby teraz tego nie zrobić. Warszawie należy się, żebyśmy żyli tu w pełni, najlepiej tworząc coś wartościowego.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik