Kasia Skórzyńska

Park Dreszera

Warszawa przetrwała, narodziła się na nowo, a w powietrzu czuć klimat dawnych lat.
Cenię sentymentalne momenty tego miasta.

Kasia Skórzyńska jest projektantką i założycielką prężnie rozwijającej się marki Kaaskas. Wraz z siostrą Julią, skupiają wokół swojej firmy grupę wiernych klientek – kreatywnych, twórczych kobiet w różnym wieku. Spotykamy się na Mokotowie w kinie Iluzjon. Później wybieramy się na spacer do parku Dreszera i Kasia zaprasza nas do swojego mokotowskiego mieszkania. Rozmawiamy o dzieciństwie spędzonym w Brazylii, trudnościach wynikających z tworzenia własnej marki, fascynacji kolorem, wzorem i wschodnią kulturą, które definiują unikatowy styl Kaaskas.

Rozmowwa: Jesteś rodowitą warszawianką. Gdzie mieszkałaś jako dziecko?

Kasia Skórzyńska: Od urodzenia mieszkałam na Mokotowie, przy ulicy Etiudy Rewolucyjnej – w dzielnicy, która teraz nazywa się Wyględów. Mieliśmy okna z widokiem na pola, na których później wybudowano osiedle Marina Mokotów.

R: Mieszkaliście w bloku czy w domu?

KS: W czteropiętrowym bloku. Później mieliśmy czteroletnią przerwę na wyjazd do Brazylii, ale wróciliśmy z powrotem na Mokotów. Kiedy zdawałam do liceum, przeprowadziliśmy się na Starą Ochotę.

R: Jaki był Twój dom rodzinny?

KS: Cała nasza rodzina mieszkała na jednym osiedlu. Mieszkanie na Mokotowie było niewielkie. Niskie, przytulne i urządzone w stylu „starej IKEI” – z mnóstwem wykończeń w jasnym drewnie i kultową kanapą z drewnianymi oparciami i białymi poduchami. Teraz modny jest zupełnie inny typ wystroju – wysokie, przestrzenne wnętrza i otwarta kuchnia. Później przeprowadziliśmy się właśnie do takiego mieszkania przy ulicy Glogera, na Starej Ochocie: wysokiego, z dużymi pokojami i dwuskrzydłowymi drzwiami. Zupełnie inny klimat. Z domem rodzinnym kojarzą mi się niezliczone ilości książek, gazet i zawsze grająca muzyka. Mój tata jest historykiem i dziennikarzem. Kiedy pracował w Rzeczpospolitej, mieliśmy codziennie wieczorem świeże wydanie jutrzejszej gazety na wycieraczce.

R: Czym zajmowała się Twoja mama?

KS: Mama jest dyplomatką. Była na dwóch placówkach – w Brazylii i Portugalii. Obecnie z różnych względów nie pracuje już w tym zawodzie. Jest osobą, która nigdy nie bała się podejmować wyzwań i kilkakrotnie rozpoczynała nowe historie zawodowe. Kiedy mam chwile zwątpienia, przypominam sobie o tym.

R: Byłaś dziewczyną z inteligenckiej rodziny.

KS: Rzeczywiście rozwój kulturalny i rozmowa były u nas bardzo ważne. Babcia witała mnie zawsze pytaniem: „Co teraz czytasz?”. Całą wiedzę muzyczną i filmową przekazał mi tata, którego te dziedziny niezwykle pasjonują. Charakterystyczne dla naszej rodziny jest także poczucie humoru i umiejętność obracania trudnych sytuacji w żart. To chyba zasługa dziadka, który mimo trudnych doświadczeń wojennych zachował niezwykłą pogodę ducha. Dziadek niestety zmarł przed moim urodzeniem, ale jest w naszej rodzinie bardzo ważną postacią.

R: Jesteś „córeczką tatusia”?

KS: Może trochę tak (śmiech). Dużo osób twierdzi, że jestem bardzo podobna do taty – fizycznie i pod kątem usposobienia. Na pewno mam w sobie spokój po ojcu. Mama jest bardzo aktywna, a on ma raczej swój świat. Z kolei po mamie przejęłam na pewno towarzyskość i zamiłowanie do spotkań ze znajomymi. Uwielbia urządzać przyjęcia; ku zgrozie mojego taty (śmiech).

R: Opowiedz o Brazylii. Ile miałaś lat, kiedy się tam przeprowadziliście?

KS: Cztery. Tam chodziłam do pierwszych szkół. W ciągu czterech lat zaliczyłam trzy szkoły: amerykańską, brazylijską i francuską.

R: Jak wspominasz ten czas?

KS: Niesamowicie. To był zupełnie inny świat. Zwłaszcza dla nas, po przyjeździe z dopiero co wychodzącej z PRL-u Polski, kolorowa I dynamiczna Brazylia była dużym szokiem. Polacy do wszystkiego podchodzą z dystansem i raczej dużą dozą pesymizmu, a tam wszystko jest oparte na emocjach. Problemy schodzą na drugi plan, gdy można pójść na plażę, pośpiewać, potańczyć, pobawić się. Myślę, że otoczenie w dużej mierze kreuje pozytywne usposobienie. Dla mnie jako dziecka to był absolutnie magiczny świat. Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, jak mocno lata dzieciństwa spędzone w Brazylii na mnie wpłynęły – chociażby ukształtowały moje poczucie estetyki. Mam upodobanie do kolorów i wzorów.

R: Masz przed oczami jakieś obrazy z tamtego okresu?

KS: Wiele ważnych “pierwszych” przeżyć. Np. Pamiętam bardzo dokładnie moment, kiedy pierwszy raz popłynęłam w basenie. W życiu codziennym bardzo ważną rolę odgrywał niezwykły ogród wokół ambasady, z drzewami mango i awokado, kryjówkami skorpionów. Spędzałyśmy w nim z siostrami mnóstwo czasu i bardzo szczegółowo pamiętam jak on wyglądał. Wiele wspomnień łączy się też z przyjaźnią rodziców z tamtejszą Polonią. To byli ludzie z pokolenia wojennego, którzy wyemigrowali zaraz na początku wojny. Niesamowite postacie, z którymi mama zbudowała przyjaźnie na całe życie. Była pierwszą ambasadorką z nowego rozdania po transformacji. Także dla nich to też była bardzo ważna relacja. Spędzaliśmy z nimi często wakacje.

R: Bawiłaś się z ich wnukami?

KS: Na co dzień nie, bo oni mieszkali głównie w Rio i Sao Paolo, a my w stolicy – Brasilii. To bardzo specyficzne miasto, od początku do końca zaprojektowane w latach 50.

R: Podobno życie w tak dokładnie „zaplanowanej” przestrzeni jest trudne.

KS: Brasilia to próba stworzenia miasta-utopii. Mogę to jedynie oceniać z perspektywy czterolatki, ale ten sztucznie wytworzony układ jest dosyć specyficzny. Przestrzeń jest podzielona na dzielnicę mieszkalną, ambasad itp. Tkanka miejska nie budowała się tam naturalnie, tylko została z góry ustalona, co na pewno ma wpływ na rytm jakim miasto żyje i jak poruszają się jego mieszkańcy.

R: Pamiętasz ten moment, kiedy wróciłaś do Polski? Jak wyglądało zderzenie z tutejszą rzeczywistością?

KS: To było trudne doświadczenie. Myślę, że wiele nagłych zmian środowiskowych pogłębiło moją wrodzoną nieśmiałość. W Brazylii byłyśmy z siostrami wysyłane do różnych szkół, a nie znałyśmy przecież w ogóle języków. Wtedy inaczej podchodzono do wychowywania dzieci niż dziś. Pewne rzeczy się po prostu wydarzały, a dzieci miały się do tego dostosować i nikt się specjalnie nie zastanawiał jaki będzie to na nie miało wpływ.Po przyjeździe do Polski, trafiłam do świetnej podstawówki na Bachmackiej. Zaprzyjaźniłam się bardzo z nową klasą, ale pamiętam, że miałam wtedy duży problem z nieśmiałością i tęskniłam na początku za koleżankami z Brazylii. Jeśli chodzi o życie poza szkolne, chyba szybko się przyzwyczaiłam do nowej sytuacji. Chociaż rodzice twierdzą, że jeszcze jakiś czas po powrocie kłóciłyśmy się z siostrami po portugalsku (śmiech).

R: Mówisz po portugalsku i po francusku?

KS: Dogaduję się po portugalsku. Chociaż nigdy się tego języka nie uczyłam z podręcznika. W Brazylii, we francuskiej szkole, miałam indywidualny tok nauczania francuskiego. Nauczyciel przez pierwsze miesiące siedział ze mną w kącie i uczył mnie języka. Cała klasa się bawiła, biegała, a on mnie uczył podstaw gramatyki (śmiech) Pierwsze korepetycje zaliczyłam w wieku sześciu lat.

R: Jak wspominasz czasy licealne?

KS: Do gimnazjum i liceum chodziłam do Przymierza Rodzin. Przyjaźnie, które tam nawiązałam, przetrwały do dziś i są dla mnie bardzo ważne. Ale cieszę się, że zakończyłam już edukację. Nie byłam dzieckiem, które uwielbiało się uczyć i chodzić do szkoły. Zazwyczaj pierwszy semestr trochę odpuszczałam, a w drugim, po małej awanturce w domu, bardzo się starałam.

R: Kiedy zaczęłaś myśleć o tym, co chcesz w życiu robić?

KS: Bardzo późno. Zawsze chciałam robić dużo rzeczy naraz. O artystycznych kierunkach zaczęłam myśleć po pierwszym roku kulturoznawstwa. Wyjechałam wtedy z mamą do Lizbony. Zawsze ciągnęło mnie w artystyczną stronę, ale miałam w sobie rodzaj blokady. Czułam, że to kierunki zarezerwowane dla ludzi, którzy od dziecka są zdeterminowani, żeby iść w tę stronę. A ja jako dziecko nigdy zbyt dużo nie rysowałam. Miałam fazę fascynacji fotografią, a potem archeologią. Poszłam na kulturoznawstwo, bo to był ogólny i ciekawy kierunek, poza tym nie dostałam się na dzienną historię. Kompletnie się tam nie odnalazłam. Ciekawiły mnie te tematy, ale czułam, że potrzebuję przekuwać energię w coś bardziej kreatywnego i praktycznego.

R: Opowiedz o pobycie w Lizbonie.

KS: To był najwspanialszy rok mojego życia. Genialnie położone miasto. Bardzo trudno się tam czymkolwiek przejmować, w każdym razie jak jest się studentem. Lizbona pełna jest swojskiego uroku małego miasteczka, a jednocześnie odbywa się mnóstwo wydarzeń kulturalnych – festiwali, koncertów, wystaw. I życie codzienne jest tam po prostu bardzo przyjemne.

R: Co zmienił pobyt w Lizbonie?

KS: Po pierwszym roku studiów na kulturoznawstwie wzięłam urlop dziekański. Mama dostała posadę ambasadorki w Portugalii. Stwierdziłam, że z nią pojadę. Zapisałam się tam na Akademię Sztuk Pięknych jako wolny słuchacz. Sama wybierałam wykłady i zajęcia. Dodatkowo zapisałam się na rysunek. Okazało się, że to zdecydowanie kierunek dla mnie. W głowie zaczęła mi świtać moda. Po powrocie rozglądałam się za możliwościami studiowania jej w Polsce. Wtedy jedyną warszawską opcją była Międzynarodowa Szkoła Projektowania Kostiumografii i Ubioru. Zapisałam się tam na studia zaoczne i jednocześnie chciałam skończyć kulturoznawstwo, ale w końcu tego nie zrobiłam. Zaczęły chodzić słuchy, że na ASP ma się otworzyć Katedra Mody, ale dopiero za rok. Poszłam więc na rok na sztukę mediów i dopiero później zdałam na wymarzoną modę.

R: Nie myślałaś, żeby zostać w Lizbonie?

KS: Warszawa to dla mnie przede wszystkim rodzina i przyjaciele, z którymi jestem bardzo związana, i za którymi tęskniłam. Dlatego nie wyobrażam sobie wyprowadzki z Polski na stałe. Nawet do Lizbony!

R: Opowiedz o czasach studiów na ASP.

KS: To było trudne doświadczenie. Dostałam się wreszcie na niedostępne, wymarzone studia i… miałam cztery lata wyjęte z życia. Myślę, że studia na ASP są bardzo wymagające. Dodatkowo byłyśmy pierwszym rocznikiem katedry mody i na nas testowano program. Przez pierwszy rok właściwie spałyśmy w szkole. Przypłaciłam to sporymi problemami z bezsennością. Miałam niesamowite szczęście, jeśli chodzi o towarzystwo. Trafiłam na świetne dziewczyny, które do dziś są moimi najbliższymi przyjaciółkami. Tak więc ciężka praca przeplatana wieloma cudownymi, komicznymi momentami.

R: Jak oceniasz wydział ASP? O Akademii są bardzo różne opinie.

KS: Mogę się tylko wypowiadać o katedrze mody, która była bardzo progresywna i nowatorska. Przez pierwszy rok zarówno nas, jak i naszych wykładowców traktowano trochę jak dziwolągi (śmiech). Na pewno to właśnie tam nauczyłam się ciężkiej pracy. Ta szkoła mnie zahartowała.

R: Miałaś profesorów, którzy Cię ukształtowali i byli dla Ciebie szczególnie ważni?

KS: Z perspektywy czasu wydaje mi się, że każdy z nich potrafił przekazać coś bardzo cennego. Dla mnie ważną postacią był Janusz Noniewicz. To on zaprosił mnie do wzięcia udziału w projekcie w Pekinie, a z niego poniekąd wyniknął Kaaskas. Miał bardzo intelektualne podejście do mody. Dobrze zapamiętałam też zajęcia z Magdą Komar z materiałoznawstwa – są one wyróżnikiem polskiej katedry mody na skalę światową. Zazwyczaj projektowanie i materiałoznawstwo to dwa oddzielne kierunki, a katedra to połączyła. Świetne były też zajęcia z projektowania graficznego z Mamastudio. Miałyśmy sobie dobrać grafika spoza wydziału, a ten we współpracy z nami miał stworzyć identyfikację wizualną dla naszej potencjalnej marki. Chodziło o to, żebyśmy się nauczyły werbalizować nasze oczekiwania i współpracować z innymi. Praktyczne zajęcia z fajnymi ludźmi.

R: Na czym polegał projekt w Pekinie?

KS: Zrobiłam kolekcję na otwarcie Festiwalu Kultury Polskiej, organizowanego przez Fundację pani Elżbiety Pendereckiej. To festiwal muzyczny, ale w 2013 roku powstał pomysł żeby towarzyszył mu pokaz mody. Oczywiście się zgodziłam. Był to jednocześnie mój dyplom. Kolekcja miała być inspirowana Chinami. Idealnie się złożyło, bo zawsze wiedziałam, że chcę robić dyplom inspirowany filmami Wong Kar-Waia, którego estetykę podziwiałam.

R: Co w tej estetyce Cię fascynowało?

KS: Kolory, nostalgia, specyficzny rytm, muzyka, wspaniałe stroje. Tego twórcę pokazał mi tata. Oparłam tę kolekcję na printach, haftach, nabudowywaniu faktur i wzorów. Byłam zafascynowana malarskością jego filmów. Do Pekinu pojechaliśmy z Januszem Noniewiczem i Dominiką Raczkowską. Spędziliśmy tam tydzień, z czego cztery dni na przygotowywaniu pokazu. Nie zobaczyłam zbytnio Pekinu, bo kilka dni to nic na tak wielkie miasto, ale dobrze zapamiętałam ogromny targ staroci. Spędziłam tam kilka godzin. Mam słabość do takich klimatów i zaliczam je w większości miejsc, do których podróżuję. A w Warszawie regularnie jeżdżę na Koło.

R: To był Twój pierwszy własny pokaz. Uwierzyłaś wtedy, że jesteś dobra?

KS: Na pewno dodało mi to skrzydeł. Po powrocie zrobiło się głośno o tym wydarzeniu i kolekcji. Wygrałam konkurs Off Fashion w Kielcach i dostałam nagrodę Twojego Stylu za modowy debiut roku. Nakręciła się spirala wydarzeń, która ostatecznie doprowadziła do powstania Kaaskas.

R: Założyłaś markę od razu po studiach?

KS: Obroniłam się w czerwcu, a marka powstała już w kwietniu, czyli nawet chwilę przed skończeniem szkoły.

R: Nie miałaś zbyt wiele czasu, żeby się zastanowić i dokładnie przemyśleć strategię.

KS: Na pewno nie był to przemyślany od początku do końca projekt. Punktem zwrotnym była nagroda Twojego Stylu. Ludzie zaczęli do mnie pisać e-maile z pytaniami, czy można coś kupić z kolekcji. Wtedy wkroczyła moja siostra i zaczęłyśmy wspólnie pracować. Wszystko działo się spontanicznie, metodą prób i błędów.

R: Czy patrząc z perspektywy czasu, żałujesz, że tak szybko w to weszłaś?

KS: Myślę, że dobrze by nam zrobił dłuższy czas przygotowań i researchu. Być może uniknęłybyśmy kilku błędów. Z drugiej strony to był świetny PR-owy moment. Byłyśmy na fali i nie musiałyśmy się zbytnio starać o zainteresowanie. Nie zdawałam sobie jednak do końca sprawy, że posiadanie własnej marki oznacza, że na parę lat wyłączam się z innych działań zawodowych.

R: Co Ci odebrało posiadanie własnej marki? Z czego musiałaś zrezygnować?

KS: Doświadczenie pracy u innych projektantów, a jest to niezwykle cenne. Ale kto wie, może jeszcze tego zasmakuję.

R: Mam wrażenie, że jesteś zawsze przygotowaną, ciężko pracującą, profesjonalistką. To był dla Ciebie spontaniczny, szalony ruch.

KS: Na pewno nie zdecydowałbym się na niego bez zaangażowania mojej siostry, Julii.

R: Jak Ci się pracuje z siostrą?

KS: Są różne momenty (śmiech). Zawsze byłyśmy blisko, ale jednak jest między nami osiem lat różnicy. Dobrze się nawzajem poznałyśmy. Myślę, że dla mnie dużym wyzwaniem było wyjście z roli młodszej siostry i wejście w partnerską rolę. Mamy bardzo spójną wizję estetyczną. Oczywiście dochodzi do konfliktów, ale nauczyłyśmy się je rozwiązywać i przechodzić nad nimi do porządku dziennego.

R: Czy coś się zmieniło w Twojej wizji Kaaskas? Jakie dziewczyny się u Was ubierają?

KS: Dla dziewczyny, która nosi Kaaskas, moda nie jest centrum życia, lecz dodatkiem i dopełnieniem osobowości. Ja też miałam zawsze takie podejście do mody. Podchodziłam do niej użytkowo, praktycznie. Miałam trudność z puszczaniem wodzy wyobraźni przy szkolnych projektach. Na pewno nie zmieniło się silne zamiłowanie do kolorów, wzorów, prostoty, elegancji i ponadczasowości. Większość naszych klientek to naprawdę kreatywne, pewne swojego stylu kobiety. Wiele z nich jest związane ze światem sztuki.

R: A Ty, jesteś pewna siebie?

KS: Wydaje mi się, że wewnętrznie tak. Mam swoją wewnętrzną prawdę, według której żyję. Często jestem nieśmiała, ale to nie to samo, co brak pewności siebie.

R: Kolory i wzory. To niezbyt kojarzy mi się z Polską.

KS: Sama się nad tym zastanawiam. Może to się wzięło właśnie z Brazylii. W dzieciństwie poczucie estetyki silnie się formułuje. I sposób dzielenia się emocjami. Może dlatego trafiamy do kreatywnych osób – przekazujemy emocje przez ubrania. Myślę, że fascynację Azją wyniosłam z domu rodzinnego. Na ścianach wisiały japońskie litografie, które mój pradziadek przywiózł je z przedwojennej wyprawy do Japonii. Moja babcia również była zafascynowana Japonią. Pisała haiku. Przemawiała do niej prostota japońskiego życia. Ważną postacią i wielką inspiracją była dla mnie Teresa Seda, mama Karola Strzemiecznego. Karol był chłopakiem mojej siostry, Julki. Odbierali mnie często ze szkoły, ,byłam jeszcze w podstawówce jak ze sobą chodzili. Teresa inspirowała się Japonią. Zwłaszcza w pracy z tkaniną. Barwna postać, która była dla mnie ucieleśnieniem niedostępnego świata mody. Pamiętam, jak odwiedzałyśmy ją z Julią w pracowni. Miałam wtedy pierwszą styczność z prawdziwą projektantką. Jeszcze odnośnie wczesnych inspiracji – mam w głowie rożne stroje, które moja mama szyła dla siebie w Brazylii w latach 90. Dobrze pamiętam zwłaszcza dwie balowe suknie, bezy. Jedna biało-różowa, druga czarno-czerwona z ogromną różą przypiętą w pasie.

R: Jest coś warszawskiego w Twoim stylu?

KS: Może właśnie użytkowość i praktyczność. Mam wrażenie, że Polki lubią rzeczy, które mogą założyć na wiele okazji. Inspirują mnie warszawianki – jest tu dużo kreatywnych dziewczyn, które robią ciekawe, własne rzeczy.

 

R: Porozmawiajmy o Twojej Warszawie. Gdzie lubisz spędzać czas?

KS: Moja ulubiona dzielnica to zdecydowanie Mokotów. Lubię lokalność. Poza tym uwielbiam chodzić na już wspomniany Bazar na Kole. Plac Zbawiciela jest dla mnie warszawskim symbolem. Jeśli chodzi o mokotowskie miejscówki: Cafe Mozaika, Regeneracja i Relaks. Chociaż nie jestem bardzo kawiarnianym typem.. Bar Studio i Kinoteka kojarzą mi się z latem i festiwalami filmowymi. Lubię trasę ze Śródmieścia na Powiśle, przez skarpę z tarasami. Uwielbiam nocne przejażdżki rowerowe. Lubię też Starą Ochotę, która zachowała klimat dawnej Warszawy.

R: Co w Warszawie cenisz?

KS: Cenię, że to miasto ma sentymentalne momenty. Warszawa przetrwała, narodziła się na nowo, a w powietrzu czuć klimat dawnych lat. Lubię to miasto za zieleń, parki i skwery. Pod domem mam Park Dreszera. Najbardziej magiczne są te trochę zapomniane – na przykład Park Arkadia przy Królikarni.

R: A jest coś, co Cię denerwuje?

KS: Zdecydowanie billboardy. I urbanistyczny chaos, który jest wynikiem nieprzemyślanych decyzji. Brakuje spójnej wizji. Nie lubię wszechobecnego chamstwa u warszawiaków. Nie wiem czemu, ale ludzie w tym mieście lubią być dla siebie niemili. Warszawa jest wciąż dość hermetyczna i mało różnorodna. Dlatego zagraniczne wyjazdy są dla mnie takie ważne – tam jest większy świrland na ulicy, a ja uwielbiam to obserwować.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Zdjęcia: Maciek Niemojewski
Korekta: Kinga Słowik