Magdalena Łapińska-Rozenbaum

Kamienica w Śródmieściu

Chcę dużo podróżować po świecie, mając cały czas w sercu Warszawę.

Magdalena Łapińska-Rozenbaum jest warszawską graficzką, ilustratorką, designerką i miłośniczką ceramiki. Warszawa to dla niej nie tylko miejsce urodzenia, lecz także źródło artystycznych inspiracji. Jej najbardziej znany projekt ,,Sen o Warszawie’’ przedstawia serię miniaturowych budynków z okresu modernizmu. Projektów Magdaleny związanych z miastem jest znacznie więcej m.in. ,,Modernizm WWA’’, ,,Varsovie Radieuse. Powrót Le Corbusiera za Żelazną Bramę’’ i neon dla cukierni Lukullus przy ulicy Mokotowskiej. Chociaż Magdalena jest dziś zdeklarowaną mokotowianką, spotykamy się w Śródmieściu, w kamienicy, w której dorastała. Rozmawiamy o dzieciństwie w centrum miasta, studiach na Akademii Sztuk Pięknych i fascynacji modernizmem.

Rozmowwa: Dlaczego się tu spotykamy?

Magdalena Łapińska-Rozenbaum: Spotykamy się w Śródmieściu, bo tu się urodziłam i wychowałam. Mieszkałyśmy z mamą przez 17 lat w tym budynku, w którym teraz rozmawiamy. Miałyśmy mieszkanie na drugim piętrze, z pięcioma oknami wychodzącymi na skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Emilii Plater. Okna mojego 27 metrowego pokoju, wychodziły na szeroką ulicę Emilii Plater. To dawało poczucie przestrzeni! Mimo że teraz czuję się bardziej mokotowianką, stwierdziłam, że chcę się tutaj umówić, bo Śródmieście to ważna część mojego życia. Kiedy byłam mała, myślałam, że to nie tylko centrum Warszawy, ale także centrum świata (śmiech).

R: Z jakimi miejscami w Śródmieściu wiążą się Twoje wspomnienia?

MŁR: Moje dzieciństwo to przede wszystkim codzienne piesze wyprawy do Parku Saskiego i Łazienek Królewskich. Rodzice zdawali sobie sprawę, że w miejscu, w którym mieszkamy, są słabe warunki dla dzieci ruchliwe ulice, betonowe podwórko i żadnych rówieśników wokół. Pamiętam też spacery do przedszkola na Starej Ochocie. Wyraźne, żywe wspomnienie to również Teatr Roma. Byłam za mała, żeby tam chodzić na przedstawienia, ale plakaty i kolorowe afisze przyciągały moją uwagę za każdym razem, kiedy tamtędy przechodziłam. Z kolei do Pałacu Kultury i Nauki poszłam na swoje pierwsze zajęcia plastyczne, ale szybko przeniosłam się do Fundacji Atelier przy ulicy Jana Pawła II. Kiedy byłam starsza, zaczęłam umawiać się ze znajomymi po szkole i ustawialiśmy się pod Rotundą albo na Chmielnej i szliśmy do Cafe Contact na Foksal albo do Mercersa. Byłam już wtedy bardzo miejską dziewczyną.

R: Z okna widziałaś ważne warszawskie budynki: Pałac Kultury, Dworzec Centralny i Mariott.

MŁR: Miałam tak wielkie okna, że kiedy leżałam na łóżku, widziałam cały Pałac Kultury, co wprawiało w osłupienie moich gości. W tamtym okresie pod Pałacem był bazar zrobiony z metalowych budek zwanych ,,szczękami. To już nikogo nie wprawiało w osłupienie, a my z mamą czekałyśmy na dzień, kiedy wreszcie znikną. Pamiętam też olbrzymi billboard Marlboro z kowbojem. Wtedy nikt nie zdawał sobie sprawy, że to początek billboardowej ery, która trwa do dziś.

R: Opowiedz więcej o Twoich wspomnieniach z tą dzielnicą, gdy byłaś już starsza.

MŁR: Do podstawówki chodziłam przy ulicy Okopowej. Mama dawała mi bilet i jeździłam tramwajem numer 22 na Wolę i z powrotem. Później zaczął się mój romans z Mokotowem. Chodziłam do gimnazjum przy ulicy Bachmackiej i do liceum im. Jana Kochanowskiego na Wiktorską. Nie chodziłam nigdy do szkoły rejonowej, dlatego miałam znajomych z całej Warszawy, ale oczywiście umawialiśmy się w Centrum, co było mi zawsze na rękę, bo miałam najbliżej do domu.

R: Gdzie chodziliście?

MŁR: Wtedy na naszej imprezowej mapie były: Punkt, Muza, Underground, Jazzgot, Labo, Balsam, Klub 55. Zdarzało mi się wracać nocnymi autobusami. Przy dworcu kręciło się szemrane towarzystwo, więc miałam swój system: zakładałam kaptur, owijałam się szalikiem, zdejmowałam biżuterię i szłam szybkim krokiem do domu. Było mrocznie, ale nie czułam się zagrożona. Chyba teraz czułabym się tam bardziej nieswojo.

R: Skąd wziął się pomysł, żeby pójść na ASP?

MŁR: Od małego byłam wszystkiego ciekawa i prosiłam rodziców, żeby zapisywali mnie na kolejne zajęcia dodatkowe. Były to m.in.: szachy, gimnastyka artystyczna, łyżwiarstwo figurowe, jazda konna. Miałam nawet zajęcia z panem Magikonim, który uczył mnie sztuczek. Kolejne lekcje powoli się wykruszały i zostałam przy tym, co mnie najbardziej wciągnęło, czyli przy zajęciach plastycznych w Fundacji Atelier, gdzie trafiłam w wieku ośmiu lat i chodziłam tam do czasów studiów. Podziwiałam starszych, którzy przygotowywali się do egzaminów i lubiłam panujący tam klimat. Wszystko wydarzyło się bardzo naturalnie.

R: Czy Twoi rodzice są związani ze sztuką?

MŁR: Zupełnie nie, ale moja mama zawsze miała wielu przyjaciół artystów. Mimo że sama kończyła medycynę, to jej najbliżsi znajomi, którzy nas odwiedzali, byli w większości malarzami i rzeźbiarzami. Rodzice mają background psychologiczny, ale zawsze bardzo interesowali się sztuką. Od dziecka zabierali mnie na wystawy i pokazywali muzea. Może to była swoista indoktrynacja (śmiech).

R: Nie przekonywali Cię żebyś poszła w ich ślady?

MŁR: Nie, nigdy. Chcieli, żebym sama podjęła decyzję, co chcę robić w życiu. Na początku chciałam iść na grafikę, ale okazało się, że mój rysunek nie jest tak dobry. Później Teresa Starzec – właścicielka Fundacji Atelier – namówiła mnie, żebym próbowała zdawać na wzornictwo. Nie dostałam się za pierwszym razem i wymyśliłam, że będę przez ten rok pracować gdzieś za barem, ale rodzice szybko przekonali mnie, żebym poszła na ,,Wolną Akademię”, gdzie miałam możliwość chodzić na wszystkie zajęcia i wykłady ze studentami pierwszego roku. Zaliczyłam nawet wtedy kilka przedmiotów. Rok później dostałam się bez problemu.

R: Opowiedz o studenckich czasach. Jak studiowało się na Myśliwieckiej?

MŁR: Myśliwiecka to niezwykłe miejsce. Budynek poza centrum, osadzony wśród zieleni, niedaleko Agrykoli i Łazienek Królewskich. Naprawdę magiczny mikroklimat. Przez pierwsze lata siedziałam tam od rana do wieczora, a każdy dzień zaczynałam na schodach uczelni – paliłam papierosa i rozmawiałam z kolegami o tym, co mamy dziś do zrobienia. Wydział nas bardzo wciągał i angażował. To było wtedy nasze całe życie. Bardzo dobrze to wspominam.

R: Miałaś profesorki lub profesorów, którzy Cię szczególnie inspirowali?

MŁR: Trafiłam do pracowni prof. Justyny Bąbel-Piktel, która zajmowała się ceramiką. Była wielką pasjonatką i dużo się od niej nauczyłam. Jeden z projektów semestralnych był projektem dowolnym i wtedy wymyśliłam ,,Sen o Warszawie. Zainspirowała mnie wystawa, która przedstawiała drewniane miniatury nowojorskich budynków. Widziałam ją w Museum of Modern Arts. Pomyślałam sobie, że chciałabym zrobić miniatury polskich budynków, ale nieco większe i nie z drewna, a właśnie z ceramiki. Projekt został bardzo dobrze przyjęty i związał mnie z ceramiką właściwie do dziś. Drugą inspirującą postacią był prof. Jerzy Porębski (wtedy dziekan Wydziału Wzornictwa), u którego robiłam dyplom magisterski. Myślę, że był i jest autorytetem intelektualnym dla wielu studentów.

R: Jaki był temat Twojego dyplomu?

MŁR: Moja praca dyplomowa nosiła tytuł ,,Modernizm WWA i miała być modernistyczną mapą Warszawy. Zabrałam się do projektu ambitnego i z ogromnym potencjałem. Prof. Porębski powiedział mi parę lat później, że to był wymarzony temat i to był chyba mój gwóźdź do trumny (śmiech).

R: Opowiedz więcej o „Modernizm WWA”. Stworzyłaś mapę budynków warszawskich?

MŁR: To była mapa budynków z różnych okresów modernizmu. Wymyśliłam, że pomiędzy tymi miejscami będzie jeździł specjalny autobus. Chciałam stworzyć swojego rodzaju spacerownik po modernistycznej Warszawie, a trzeba pamiętać, że siedem lat temu miejskie przewodniki nie były tak popularne. Każdy modernistyczny budynek z mapy miał mieć dodatkowo zaprojektowaną instalację. Na przykład w budynku Wedla na Mokotowie chciałam umieścić kawiarnię, której wystrój byłby inspirowany twórczością Zofii Stryjeńskiej. Przed Bankiem Gospodarstwa Krajowego olbrzymią, szklaną rzeźbę, która nawiązywałaby do płaskorzeźb znajdujących się na elewacji budynku. Przed Smykiem meble z tego okresu odlane w betonie. Chodziło o to, by w żywy sposób opowiedzieć o architekturze i wywołać jakąś interakcję z odbiorcą. To był naprawdę ciekawy projekt. Chciałam go wdrożyć, ale jakoś się to wszystko rozmyło. Szkoda.

R: Co Cię fascynuje w modernizmie?

MŁR: Fascynacja zaczęła się od „Snu o Warszawie”. Wiedziałam, że chcę zrobić pracę na temat budynków warszawskich i zadałam sobie pytanie: „Co to właściwie znaczy warszawskość?. Czy warszawska jest Starówka? Pałac Kultury? Syrenka? Zaczęłam o tym czytać i znalazłam modernistyczny klucz. Zaczęłam myśleć o przykładach architektury, którą pamiętam z dzieciństwa: PKO Rotunda, Sezam, SuperSam, Dworzec Centralny, Kino Skarpa, Warszawa Powiśle. Spod reklam z lat 90. wyłaniały się piękne, ciekawe bryły. W modernizmie najbardziej cenię to, że nadrzędnym celem jest funkcjonalność, której dziś w Warszawie brakuje. Forma wynika z funkcji z tego założenia i funkcjonalistycznych teorii Bauhausu wyrósł Wydział Wzornictwa, który kończyłam. Tęsknię za uporządkowaniem urbanistycznym, którego dziś tu brakuje.

R: Właściwie żaden z tych budynków nie przetrwał.

MŁR: To prawda. Teraz jeszcze bardziej pasuje tytuł „Sen o Warszawie enigmatyczne miasto, które powoli znika, przepoczwarza się.

R: Czy można powiedzieć, że Warszawa jest dla Ciebie inspirująca artystycznie?

MŁR: Tak, zdecydowanie. Tu czuję się u siebie i proces twórczy przychodzi mi naturalnie. Mieszkałam rok w Singapurze i przekonałam się wtedy, że chyba nie wszędzie mogę tworzyć, że potrzebuję swojego otoczenia, by czuć. Wiele moich projektów jest związanych z Warszawą. Poza wcześniej wspomnianym „Śnie o Warszawie‚ oraz „Modernizmie WWA’’ zrobiłam jeszcze duży projekt z Centrum Architektury w 2012 roku pt: „Varsovie Radieuse. Powrót Le Corbusiera za Żelazną Bramę’’. Była to seria 10 wielkoformatowych plakatów-infografik opisujących graficznie główne założenia osiedla. Za to dzięki właścicielom cukierni Lukullus mogłam wyżyć się twórczo i warszawsko – zaprojektowałam dla nich neon, który zawisł w 2014 na ul. Mokotowskiej i swoją formą nawiązuje do kultowego neonu  siatkarki przy pl. Konstytucji. Obydwa neony ukazują ruch.

R: Powiedziałaś, że denerwuje Cię wizualny chaos. Czego jeszcze nie lubisz w Warszawie?

MŁR: Chaos wizualny to jedno, a brud to drugie. Gdy jest brudno, to robi się smutno, bo oznacza to, że ludziom nie zależy. Nie przejmują się, że ich miejsce jest zaniedbane. Nie lubię wychodzić na spacer po ukochanym Mokotowie i odwracać głowę, bo co i rusz omijać muszę niesprzątnięte psie kupy oraz śmieci.

R: A za co lubisz Warszawę?

MŁR: Paradoksalnie też za chaos (śmiech). Lubię różnorodność warszawskich dzielnic. Ostatnio uświadomiłam sobie, jak wielu z nich zupełnie nie znam i chyba chciałabym to zmieć. Fajnie też, że cały czas jesteśmy rozwijającym się miastem, że powstają nowe miejsca – takie jak Nowy Teatr, Muzeum Historii Żydów Polskich Polin czy Muzeum Nauki Kopernik. Może nawet doczekamy się Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

R: A jakie są Twoje warszawskie miejsca?

MŁR: Na studiach często spotykaliśmy się na Placu na Rozdrożu. Piliśmy wiśniówkę nad wywietrznikiem obok Trasy Łazienkowskiej (śmiech). Przez chwilę pracowałam w redakcji KMAG-a na Sadybie i zawsze miło wspominam trasę Mokotów-Sadyba, którą pokonywałam na rowerze. Miejsce, z którym jestem szczególnie związana, to Górny Mokotów. Mieszkałam przy Narbutta, Łowickiej, Kazimierzowskiej i Odyńca. Teraz mieszkam przy ulicy Madalińskiego. Miejscem, które zmieniło życie wielu mieszkańców Mokotowa, jest wcześniej wspomniany Nowy Teatr. Poza teatrem jest to kulturalna świetlica, miejsce dla dzieci i do spotkań ze znajomymi. Bywam tu kilka razy w tygodniu. To przestrzeń, która łączy ludzi. Oby więcej takich.

R: Wyjeżdżasz poza Mokotów?

MŁR: Właśnie od paru lat nie bardzo (śmiech). Mam plan, żeby robić wycieczki i zacząć zwiedzać inne dzielnice. Pamiętam, że kiedy rok temu wróciłam z Singapuru i odwiedziłam po długim czasie Powiśle, byłam zaskoczona, jak się wszystko pozmieniało.

R: Jak Ci się mieszkało w Singapurze?

MŁR: Zawsze dużo podróżowałam, ale nigdy nie odważyłam się wyjechać gdzieś na dłużej. Za to mój mąż, Kacper, mieszkał podczas studiów rok w Lizbonie i bardzo chciał w dorosłym życiu znowu gdzieś wyjechać. Kiedy dowiedzieliśmy się, że dostał się na studia MBA w Singapurze, zamknęliśmy całe życie w pudłach i z półtorarocznym dzieckiem wsiedliśmy do samolotu. To była naprawdę niezła przygoda, a rok w Azji zmienił moje życie. Dowiedziałam się wielu rzeczy o sobie, m.in. że jestem bardzo stąd i że jest mi tu dobrze.

R: Marzymy o wyjeździe z Warszawy, a potem okazuje się, że jednak tęsknimy bardziej, niż byśmy się tego spodziewali.

MŁR: Dokładnie. Relacja z tym miastem nie jest łatwa. Często chcę stąd wyjechać, ale potem od razu myślę o powrocie i chyba dlatego najlepiej mi robią podróże. Przewietrzam się, łapię słońce, ale jednak zawsze wracam.

R: Jaka jest Warszawa dla młodych mam?

MŁR:  Warszawa dla młodych mam jest najlepsza wiosną i latem, kiedy nie ma smogu. Wtedy można spędzać całe dnie na powietrzu, a tego dzieci potrzebują najbardziej. Teraz jest tak naprawdę najtrudniejszy okres. Kursujemy między przedszkolem a domem, ewentualnie popołudnia spędzamy u znajomych, którzy też mają dzieci. Wiadomo, że z wózkiem nie zawsze się wszędzie da wjechać, że są schody itd. Dopiero mając małe dziecko, uświadamiamy sobie, że Warszawa jest kiepsko dostosowana do wózków – czy to dziecięcych, czy inwalidzkich. Ale jeśli chodzi o ofertę zajęć, koncertów i wydarzeń dla dzieci, to myślę, że jest tego dużo.

R: Jakie masz plany na przyszłość?

MŁR: Wierzę – i to się sprawdza – że dobre rzeczy same do mnie przychodzą, a ja muszę tylko dać im przestrzeń. Mój główny plan? Słuchać siebie i szukać balansu we wszystkim, co robię, mimo że to jest wieczne poszukiwanie (śmiech). Poza tym rozwijać się twórczo i próbować nowych rzeczy. I oczywiście dużo podróżować po świecie, mając cały czas w sercu Warszawę.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik