Marek Gaszyński

Dom w Pyrach

Mówiono o nas „bananowa młodzież”, „niebieskie ptaki”, „warszawka”.
Socjalistyczna propaganda twierdziła, że jesteśmy zepsuci, ale to nie była prawda.

Marek Gaszyński – dziennikarz, prezenter muzyczny, znawca muzyki jazzowej. Autor tekstów piosenek, które wszyscy z sentymentem nucimy: „Sen o Warszawie”, „Gdzie się podziały tamte prywatki”, „Nie zadzieraj nosa”. Pisał dla największych tuz polskiej muzyki – Czesława Niemena, Czerwonych Gitar, Haliny Frąckowiak i Wojciecha Gąssowskiego. Spotykamy się w jego domu w Pyrach, żeby posłuchać o magii tamtych czasów: zabawach i intelektualnych rozmowach w Hybrydach, festiwalu w Opolu, byciu prekursorem współczesnych DJ-ów i miłości do muzyki. Jest wiosenny, rześki poranek. Pan Marek czyta nam swoje wiersze i pokazuje ulubione fragmenty nagranych koncertów.

Rozmowa: Jest Pan rodowitym warszawiakiem. Jakie są Pana najwcześniejsze wspomnienia?

Marek Gaszyński: Urodziłem się 14 czerwca 1939 roku, ale tego dnia nie pamiętam zbyt dokładnie. Jestem przedwojennym towarem. Wszyscy mówią, że to towar dobry i silny. Właściwie całe życie spędziłem w Warszawie – oprócz wojennej tułaczki: trzeba było uciekać z Warszawy, więc rodzice wyjechali do Pyr. O dziwo, po latach tu wróciłem i dziś znów mieszkam w Pyrach. Myślałem, że odnajdę dom, w którym spędziłem kilka wojennych miesięcy w dzieciństwie, ale nie udało mi się. Może już go nie ma? Zniknęło wiele śladów po dawnej Warszawie, którą znam i pamiętam. Specjalistą w ich wyszukiwaniu był pisarz, varsavianista i mój wielki mistrz, jeśli chodzi o pisarstwo, Marek Nowakowski, który urodził się i wychowywał w podwarszawskich Włochach. Miał ciekawe spojrzenie na stolicę – widział ją jako ciemną, tajemniczą, pełną postaci z marginesu. W rozmowie ze mną wspomniał, że został raz wezwany przez oficerów Urzędu Bezpieczeństwa do Pałacu Mostowskich. Oficer zapytał go, dlaczego pokazuje miasto w ten sposób. Przecież dzięki działaniom Partii Warszawa jest takim cudownym i pełnym szczęśliwych ludzi miastem, a u niego ciemno, smutno, prawie jak w „Złym” Leopolda Tyrmanda. Marek nie dał się zaskoczyć i w ripoście odparł, że urodził się w dołach społecznych, w biednej rodzinie, w podwarszawskich Włochach, gdzie są tylko takie smutne, nędzne krajobrazy i to rzutuje na jego obraz miasta. Major doskonale zrozumiał ten lekki cynizm.

R: Zostańmy jeszcze przy wczesnych wspomnieniach. Jaki był Pana dom rodzinny?

MG: Mieliśmy małe mieszkanie na Mokotowie. Małe, bo mój tata nie chciał się zapisać do Partii. Myślę, że najbardziej ukształtowała mnie babcia. Zawdzięczam jej wszystko, co mam w głowie. Pochodziła z bogatej, ziemiańskiej, polskiej rodziny z okolic Żytomierza. Cały majątek spłonął w dymie pożarów wznieconych przez Armię Czerwoną i babcia ledwo uszła z życiem. Dziadek wcześnie zmarł – została sama z trzema córkami i przyjechała z nimi do Warszawy. Była intelektualistką i patriotką. Gdy przebywała poza granicami Polski, bardzo tęskniła i starała się podtrzymywać wiarę, kulturę i tradycję polską. Mieszkałem z nią wiele lat w niewielkim pokoju. Zaszczepiła we mnie miłość do książek i chęć ciągłej nauki. Nie pozawalała mi zasnąć, zanim nie powtórzyłem odmiany francuskich czasowników. Uczyła mnie historii starożytnego Rzymu i Anglii – dzięki niej znałem na pamięć całego „Pana Tadeusza”.
Tutaj chciałbym zrobić małą dygresję: to samo mogę powiedzieć o moim przyjacielu, Czesławie Niemenie. Urodził się w Starych Wasiliczkach. Wtedy ten obszar należał do Polski. Później historia przesunęła granice naszego kraju i był już zaliczany do Białorusi. Niektórzy Białorusini nadal uważają, że Niemen jest białoruskim pieśniarzem, ale nie, on był na wskroś Polakiem. Rodzina Niemena również żyła w miłości do Polski i w kulcie polskich tradycji. Dbali o język, chodzili do kościoła.
Pamiętam, że po wojnie przenosiliśmy się z miejsca na miejsce. Tata był elektrykiem w Zgorzelcu na Śląsku, a później przerzucili go do Wrzeszcza pod Gdańskiem. Pamiętam, że w Gdańsku nauczyłem się jeździć na rowerze. W Zgorzelcu nauczyłem się języka niemieckiego. Mieliśmy w domu Frau, czyli opiekunkę. Moja mama potem wspominała ją jako „wredną Niemkę”. Kompletnie zapomniałem niemieckiego. Znam tylko z powojennych filmów kilka ostrych, paskudnych słów, którymi Niemcy zwracali się do Polaków.

R: Czy są miejsca, które Pana ukształtowały?

MG: Na mój sposób pojmowania świata na pewno silnie wpłynął studencki klub Hybrydy. Dostałem do niego kartę wstępu jeszcze w 10. klasie, bo pomagałem odgruzowywać jego piwnicę, kiedy powstawał w 1957 roku. Klub był właściwie wielką rodziną młodych ludzi. Mówiono o nas „bananowa młodzież”, „niebieskie ptaki”, „warszawka”. Socjalistyczna propaganda twierdziła, że jesteśmy zepsuci, ale to nie była prawda. Większość z nas studiowała i pracowała. Mieliśmy dzięki temu własne pieniądze. Czytaliśmy książki, chłonęliśmy kulturę, uprawialiśmy sporty. Napędzał nas jazz i dobre filmy. Było wśród nas wielu utalentowanych twórców: Jonasz Kofta, Wojtek Młynarski, Jan Kreczmar, Jan Pietrzak, Emil Karewicz, Marek Perepeczko, Stefan Friedmann. Uczyliśmy się od siebie nawzajem – to były nieformalne lekcje zachowania, pisania i mówienia. Dzieliliśmy się na sekcje: kabaretową, filmową, brydżową. W Hybrydach spotykali się ludzie z różnych stron Warszawy. Grały tam największe gwiazdy polskiego jazzu – Krzysztof Komeda, Michał Urbaniak i Zbyszek Namysłowski. Pojawiały się wszystkie piękne aktorki: Teresa Tuszyńska, Maja Wachowiak, Elżbieta Czyżewska, Barbara Kwiatkowska. Przyciągały nas, pięknych mężczyzn (śmiech). Poznałem tam wielu moich późniejszych przyjaciół, a przede wszystkim muzyków jazzowych, których sukcesy śledziłem potem jako dziennikarz Polskiego Radia.
Mam żywe wspomnienie z tego czasu: jest piątkowy lub sobotni wieczór, parzysta strona Mokotowskiej i cały krawężnik zajęty przez skutery, które były wtedy bardzo modne. Nie ma żadnej „Osy”, tylko Vespy i Lambretki, a wśród nich stoi jedna moja, czerwona. Kupiłem ją za własne pieniądze, bo już wtedy pracowałem w radio i zarabiałem. Dla nas Lambretka była symbolem wolności. Jurek Gruza był wtedy jeszcze bardziej wolny – miał auto marki BMW. O ile dobrze pamiętam, szczyty wolności osiągał nieco później Jerzy Skolimowski, który po paru filmach nakręconych w Zjednocznym Królestwie, podjechał pod Inteklub Remont swoim Maserati. Kilku osobom pozwolił nawet posiedzieć chwilę za kierownicą w tym bolidzie.

R: Proszę opowiedzieć o czasach licealnych.

MG: W licealnych czasach zajmowałem się głównie czytaniem książek w szkolnej bibliotece i graniem w szczypiorniaka, czyli w piłkę ręczną. Jeśli chodzi o naukę, to było trochę gorzej, ale sprężyłem się w klasie maturalnej i udało mi się zdać maturę. Pamiętam, że maturę z matematyki zdałem tylko dlatego, że nasza matematyczka zachorowała i przyszła pani z innej szkoły, żeby egzaminować nieznanych sobie uczniów. Matury ustne zdawało się wtedy przy tablicy. Stałem bezradny pod tablicą i nauczycielka spojrzała pytająco na dyrektorkę, która siedziała z tyłu i nas pilnowała. Pani dyrektor uczyła polskiego, na którym dobrze dawałem sobie radę. Dyrektorka przymknęła oczy i skinęła głową. W ten sposób zdałem. Nie wiedziałem, jaki kierunek studiów powinienem wybrać. Naturalnym wyborem byłyby brydż albo jazz, ale żadnego z tych przedmiotów niestety nie było na polskich uczelniach. Ktoś doradził mi socjologię, która jest łatwym i wszechstronnym kierunkiem. Niestety, w czasie okresu przejściowego absolwenci socjologii byli zaliczani do wrogów ludu, ponieważ buntowali się przeciwko władzy socjalistycznej. Wydział socjologii został na jakiś czas zamknięty. Była tylko mała podsekcja socjologii na wydziale filozoficznym. Poszedłem więc na filozofię, a gdy po dwóch latach otworzono socjologię, przeniosłem się. Piękne studia! Jednym z moich profesorów był Jerzy J. Wiatr. Łączyła mnie z nim miłość do brydża. Kiedyś spotkaliśmy się w Domu Pracy Twórczej Stowarzyszenia Autorów ZAIKS w Zakopanem. Utworzyła się czwórka do brydża. On wiedział, że jestem jego studentem, ja wiedziałem, że jest moim profesorem. Patrzyliśmy na siebie podejrzliwie i baliśmy się zagrać razem. Grałem już wtedy lepiej od niego, ale nie wypadało mi przecież wygrać z profesorem. To był bardzo dziwny brydż. Później zdawałem u niego egzamin i dostałem czwórkę z minusem.

R: Jaka była kadra profesorska na Filozofii i Socjologii na Uniwersytecie Warszawskim?

MG: Miałem wspaniałych profesorów. Szczególnie pamiętam wspaniałą parę etyków: profesorów Ossowskich. Kiedy profesor Stanisław Ossowski miał wykład z „historii socjologii”, cała sala była wypełniona. Wszyscy przychodzili chłonąć każde jego słowo. Czasem miał krzywo zapiętą marynarkę, niedobrany krawat albo skarpetki nie do pary, ale to, co mówił, było prawdziwą poezją. Był bardzo miły i ustępliwy, a jego żona Pani profesor Maria Ossowska pozornie ostra i daleka, ale w rzeczywistości dobra i mądra. Jednym z moich profesorów był Leszek Kołakowski, który został pozbawiony możliwości wykładów za radykalną krytykę władz. Profesor Kołakowski pisał mądre eseje i rozprawki filozoficzne. Do tej pory pamiętam problemy, które w jednej z nich postawił: czy dobry Pan Bóg może wybaczyć diabłu jego grzechy? Czy diabeł może być zbawiony? Pytania te prowokowały do myślenia i podawania rzeczywistości w wątpliwość. Kołakowski mówił, że życie jest ciężkie, ale wskazał też, co może pomóc łatwiej przez nie przejść. Tą wartością, która ułatwia życie człowieka, jest przyjaźń. Ważne by być w gronie przyjaznych ludzi, którzy cię rozumieją. Zdecydowanie się z tym zgadzam. Chyba już za dużo mówię o filozofii…

R: Prosimy więcej historii o Pana czasach studenckich.

MG: Do mojej książki „Niepokonani” (Rytm, 2011) prowadziłem kiedyś wywiad z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i pytałem go o to samo, o co Pani mnie teraz pyta. Powiedział: „Myśmy mieli najlepsze kluby studenckie, wspaniałe kółka dyskusyjne, był Almatur, który mógł nas połączyć z całym światem”. Zapytałem go o słówko my. Czy mówi o całym ówczesnym pokoleniu studenckim, o swoim otoczeniu czy o jego uczelni? Pan Prezydent odparł, że ,,o całym ówczesnym studiującym pokoleniu, bo łączyło nas poczucie jedności”. Zwątpiłem, odpadłem. Połowa lat 70. i całą brać studencką łączy poczucie jedności? Socjologię też? Studenckie lata trwały długo. Były pasmem radości, przygód, muzyki, zabaw i rozwoju intelektualnego. Pracowałem już wtedy w radio. Obowiązywała dyscyplina pracy – od 9.30 do 15.30 nie można było wychodzić. Nie mogłem chodzić na zajęcia, przez co zaniedbałem studia. Studiowałem chyba blisko 20 lat. Realizowałem w tym czasie drugą pasję: brydż sportowy, porównywalny i „kółeczko”. Byłem na dość zaawansowanym poziomie. Mało brakowało, a porzuciłbym studia i pracę w radio, ale w pewnym momencie moja mamusia powiedziała mi, żebym rzucił karty. Posłuchałem mamy – znacznie ograniczyłem brydża, przestałem jeździć na turnieje i zająłem się na poważnie karierą radiową. W tym czasie moja szefowa, Ewa Zeigler, spytała mnie o studia. Gdy dowiedziała się, że opuszczam zajęcia przez dyscyplinę pracy, zaczęła dawać mi wolne. Nigdy nie pracowałem jako młody socjolog, ale myślę, że wiedza, którą zyskiwałem tak długo i efektywnie studiując, przydała mi się w życiu.

R: Chyba nie siedzieliście głównie na Uniwersytecie. Balangował Pan?

MG: Wszystkiego nie powiem (śmiech). Wie Pani… ja imprezuję do dzisiaj. Oczywiście nie tak jak mój syn Michał i córka Zuzia. Kiedyś bardzo lubiłem tańczyć. Słuchanie jazzu było nierozerwalnie związane z tańcem. Jazz towarzyszył odprowadzaniu zmarłych w marszach pogrzebowych na cmentarze. Złożenie zmarłego w grobie oznaczało, że jest on już u Pana Boga, więc należy się cieszyć. Powrót orkiestry był radosny, gwarny, wypełniony tańcem. „Czarny jazz” był początkowo związany z biednymi lokalikami. Potem stał się muzyką komercyjną. W Polsce stało się to pod koniec lat. 50. Wtedy jazz utracił swój ludyczny, taneczny charakter i zaczął być grany w filharmonii. Rolę ludycznej muzyki przejął rock and roll. Wiadomo było, że władza będzie próbowała hamować rozwój tej muzyki, która była przecież traktowana jako wytwór wrogiej, amerykańskiej cywilizacji. Rock and rolla nie udało się jednak zatrzymać, młodzież wygrała z Partią.

R: Buntowaliście się?

MG: Nasze pokolenie nie buntowało się przeciwko temu, że nie mamy co jeść, musimy długo czekać na mieszkanie albo nie możemy wyjechać za granicę. Chcieliśmy być wolni. Buntowaliśmy się przeciwko temu, że zabraniano nam się ubierać tak, jak chcemy, nie mogliśmy nosić długich włosów. Kierownictwo estrad, które zatrudniało młode zespoły, było w rękach starszych ludzi. Starali się robić wszystko by powstrzymać rock and roll. Pamiętam, że podczas jednego z koncertów kierownik orkiestry podchodzi do zespołu i mówi: „Słuchajcie, na sali jest pierwszy sekretarz. Grajcie spokojnie, cicho i grzecznie”. Przecież to się kompletnie nie mogło udać. Granie ciche i spokojne jest przeciwieństwem rock and rolla. Istotą tej muzyki jest wolność twórcza, spore natężenie dźwięku, zdecydowana, ostra rytmika, szybkie tempo, prostota tekstów. Jak śpiewali Stonesi „ It’s Only Rock ‚N Roll (But I Like It)”. Pierwsze hasło „Czerwonych Gitar” brzmiało: „Gramy i drzemy się najgłośniej w całej Polsce”, ale cenzor nie pozwolił – bo w socjalizmie nie ma potrzeby się drzeć – i zamiast darcia się na plakatach było „śpiewanie”. Był też słynny kuriozalny list Franka Walickiego, który był kierownikiem ,,Niebiesko-Czarnych”. Na skutek namów partyjnych napisał otwarty list w imieniu muzyków zespołu. Zachęca w nim swoją publiczność do spokojnego i grzecznego zachowywania się podczas koncertów. Jest to smutny przykład tego, jak człowiek może poddać su naciskom władzy. poddał się naciskom władzy.

R: Aktywnie uczestniczył Pan w propagowaniu zarówno jazzu, jak i rock and rolla.

MG: Zacząłem robić audycje o jazzie w 1958 roku – dla młodego pokolenia była to muzyka nowatorska. Rock and roll w Stanach Zjednoczonych pojawił się już w 1955. Do Polski zaczął wchodzić dopiero w 1958 roku. W pierwszej połowie lat 60. rozpoczęła się era „kolorowych zespołów”. Myślę, że muzyka jazzowa przetrwa wszystko. Jazz jest tworzony przez artystę, który improwizuje, a rock’n’rollowiec tylko odtwarza kompozycję. To stanowi o wyższości jazzu nad całą muzyką rozrywkową.

R: Ta nieprzewidywalność jest dla Pana najważniejsza w jazzie?

MG: Tak. Uwielbiam zamykać oczy i śledzić myśli grającego saksofonisty czy pianisty. Kiedy improwizacja jest bardzo dobra, gęsta, szybka, mówi się o niej „elokwentna”. Ładne, prawda? Myślę, że oprócz jazzu ponadczasowe są kompozycje muzyki klasycznej – arcydzieła stworzone przez Bacha czy Beethovena. Niestety, miałem w życiu mało czasu, żeby zajmować się muzyką poważną.

R: Podobno miał Pan epizod bycia DJ-em.

MG: Tak. Dość krótki, ale bardzo bujny (śmiech). Byłem jednym z pierwszych prezenterów w Polsce. Pracowałem w dyskotekach w całej Warszawie. Nawet w tych najbardziej ryzykownych lokach jak Bristol na Karowej. Przychodziło tam bardzo ciekawe towarzystwo – głównie prostytutki, donosiciele i cinkciarze. Dobrze wspominam pracę w klubach studenckich: w Stodole i w pierwszej warszawskiej dyskotece – Nimfie. W dyskotekach panowało prawdziwe szaleństwo. Wejście było tanie, żeby przyciągnąć jak najwięcej ludzi. Zawód prezentera różnił się od zawodu DJ-a. Ministerstwo Kultury i Sztuki powołało nawet komisję, która oceniała młodych prezenterów. Komisja ta sprawdzała kulturę, znajomość muzyki i umiejętność publicznego występowania. Nie każdy mógł zostać prezenterem – wiedza o wykonawcach muzycznych nie była wtedy powszechnie dostępna. Ludzie przychodzili na dyskotekę przede wszystkim po to, żeby posłuchać muzyki i czegoś się o niej dowiedzieć. W radio obowiązywały ograniczenia, które cenzurowały zagraniczne treści. W naszej stacji na przykład można było na 10 utworów zagrać 5 polskich, 2-3 anglosaskie, 1 z KDLA i coś z Europy. To był jedyny pozytywny aspekt cenzurowania czegokolwiek – w ten sposób dawało się szansę polskim twórcom. Najgorsze w cenzurze jest to, że budzi autocenzurę – artyści zaczynają sobie sami nakładać ograniczenia. Dlatego w Polsce tak słabo rozwinął się nurt piosenki religijnej czy wolnościowej. A w Ameryce zaistnieli artyści jak: Bob Dylan, Joan Baez czy Donovan. Poruszali tematy stosunku człowieka do Boga, wiary, dobrych uczynków, grzechu, winy i kary. U nas tego zupełnie nie było. Dopiero w latach 80. pojawiły się Lombard czy Oddział Zamknięty. Ukrywanie intencji w piosence było wielką sztuką w socjalizmie. Bardzo długo mogliśmy grać w radio „Andzię” Oddziału Zamkniętego, zanim nasz kierownik zorientował się, że „Andzia” to gandzia.

R: Często Was cenzurowano?

MG: Mieliśmy dużą swobodę w nadawaniu muzyki, ale preferencje władz zmieniały się jak w kalejdoskopie. Pamiętam zabawną historię z francuskim piosenkarzem, Yves Montandem. Montand był dokerem i członkiem związków zawodowych. Komunizował, jeździł do Moskwy i śpiewał o niej pochwalne piosenki. To był w tamtych czasach powszechny trend. Wielu ludzi naprawdę uwierzyło w ten niemożliwy do zrealizowania w rzeczywistości system. Pamięta Pani taką piosenkę “Nathalie”? Śpiewał ją Gilbert Bécaud. Bohaterką jest Nathalie, młoda dziewczyna, która oprowadza francuskich studentów po Moskwie. Tak naprawdę była to funkcjonariuszka, która donosiła na cudzoziemców. Wracając do Montanda. Piosenkarz przejrzał na oczy i zaczął być krytyczny wobec ustroju. Natychmiast został zakazany. Podobnie było z Wojtkiem Młynarskim, który podpisał wraz z innymi intelektualistami list sprzeciwiający się wprowadzaniu do Konstytucji zapisów o dozgonnej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim i przewodniej roli partii. Nie uchwalono tych zmian na skutek protestów i apeli. Już następnego dnia po opublikowaniu listu zawołał mnie szef i powiedział, że jest ,,zapis“ na Wojtka Młynarskiego. Spotkałem się z Wojtkiem w Hybrydach i powiedziałem mu, że nie będziemy mogli grać jego piosenek. Zapewnił mnie: „Marek, nie martw się. Przeczekamy”. Dla twórcy taki rok był bardzo trudny do przeżycia. Nie można było o nim wspomnieć słowem. Dobrze pamiętam też historię z Tadeuszem Nalepą, wokalista grupy Blackout. Nalepa miał długie włosy i nosił krzyżyk. W telewizji nie można było eksponować takich rzeczy. Przed jednym z występów przyszedł do niego szef planu, kazał mu upiąć włosy i schować krzyżyk. Nalepa wiedział, że członkowie jego zespołu potrzebują rozgłosu, więc raz się zgodził. Ale za drugim razem już odmówił. Dostali rok zakazu występów w telewizji. Najbardziej bezsensowna cenzura została jednak zastosowana wobec Leopolda Tyrmanda.

R: Wielkiego miłośnika jazzu.

MG: To prawda. Kochał jazz i walczył o niego w momencie, gdy obowiązywał wielki szlaban na muzykę jazzową. Tyrmand nie ukrywał swojego antykomunizmu i prosił władze o zgodę na wyjazd zagraniczny. Był przeciwnikiem ustroju, więc logicznie powinni chcieć się go pozbyć, prawda? Nie podoba Ci się ustrój? Możesz wyjechać. A oni go złośliwie trzymali. Jakiś czas później napisał „Złego“ i został zaproszony na odczyt do Francji. Dostał zgodę na wyjazd. Po wielu latach rozmawiałem z jego żoną, Barbarą Hoff. Spytałem, ją czy zdawała sobie sprawę z tego, że Leopold już nigdy nie wróci do Polski. Odparła, że nie miała pojęcia. Wziął tylko jedną walizkę. I nie spakował do niej właściwie nic. Tyrmand był również sprawozdawcą sportowym. 1953 rok. Mecz bokserski między Polską a Związkiem Radzieckim. Publiczność szaleje. Padało wiele niecenzuralnych słów, które obrażały oczywiście bokserów radzieckich. A Tyrmand napisał: „Znakomita polska publiczność. Bezstronna i obiektywna. Cudownie przyjęła naszych przyjaciół ze Związku Radzieckiego“. Strasznie przewrotne. Cenzor to wyłapał i Tyrmand dostał kolejny zakaz druku.

R: Wróćmy jeszcze do Pana pracy w radio. Proszę opowiedzieć o festiwalu w Opolu.

MG: To było niesamowite. Wiele moich późniejszych przyjaźni zawarłem na festiwalu w Opolu. Byłem inspicjentem w amfiteatrze, pilnowałem kolejności występów. Musiałem czuwać, żeby artyści się nie rozbiegali, stali w kolejce i nie pili wódki. Dla wielu z nich występ w Opolu był debiutem na wielkiej scenie. Mieli potworną, paraliżującą tremę. Tadzio Chyła, bard, który śpiewał „Balladę o Cysorzu”, okropnie się denerwował – do tej pory śpiewał dla rodziny i kolegów. Musiałem go gonić po całym amfiteatrze. Był jeszcze festiwal sopocki. Na tym festiwalu to ja miałem tremę. Prowadziłem go z Jackiem Bromskim. Do dziś pamiętam moje dwie wpadki. Zapowiadałem wokalistkę, Kubankę, i powiedziałem, że śpiewa w kubańskim języku. Jak to powiedziałem, zorientowałem się, że przecież ona może śpiewać tylko po hiszpańsku, ale już było za późno. W następnym wejściu przeprosiłem, ale za chwilę znów popełniłem gafę. Występował ktoś z Jugosławii i powiedziałem, że śpiewa w języku jugosławiańskim… Znów przeprosiłem i już więcej – jako konferansjer – nie jeździłem do Sopotu.

R: Festiwale były szansą na zetknięcie się z innym światem?

MG: Tak, poznawałem tam nowy świat, estradowy glam: Bułgarki, Rumunki, ale także Dunki, Francuzki, Hiszpanki, Włoszki. Ufryzowane, napuszone i wyelegantowane. To były lata 80. W swoich krajach miały wszystko: frykasy i małmazje, a w naszym festiwalowym bufecie była tłusta kiełbasa, jajka w majonezie i ciepła wódka. Nam to wystarczało, ale dla nich mogła to być egzotyka.

R: Opowie Pan nam historię powstania „Snu o Warszawie”?

MG: Czesław Niemen wyjechał do Paryża, miał kontrakt na kilka występów i nagranie płyty (czwórki) dla firmy A-Z, co dla wielu polskich wykonawców było marzeniem niemożliwym do realizacji. Nagrał z orkiestrą Michela Colombier cztery piosenki w języku francuskim z teksami francuskiego poety i tekściarza Pierre Delanoe. Trzy z tych piosenek to były utwory Niemena nagrane w Polsce i wydane u nas na płytach („Być może”, „Hej, dziewczyno” i „Czy wiesz o tym , że”). Czwarta, pod tytułem „A Varsovie” („W Warszawie”), była nowym utworem. Niemen już wtedy myślał o nagraniu tej piosenki w polskiej wersji i przez telefon zlecił mi to. Napisałem nie znając tekstu francuskiego, wiedząc tylko, że ma to być coś o Warszawie. Po powrocie z Paryża w studiach Polskich Nagrań przy ulicy Długiej nagrał to na francuski podkład z moim tekstem. To wszystko, c’est tout.

R: Pamięta Pan, kiedy pierwszy raz ją Pan usłyszał?

MG: Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem w radio inny przebój, który napisałem dla Niemena – „Czy wiesz o tym, że”. To było dla mnie wielkie przeżycie. Miałem dwadzieścia parę lat. Usłyszenie mojej pierwszej piosenki w radio było niezwykle wzruszające. Dużym przeżyciem było wysłuchanie „Snu o Warszawie” na otwarciu nowego stadionu Legii, która wtedy zgodziła się przegrać z Arsenalem 3:5. Przed rozpoczęciem meczu piłkarze wyszli na murawę. Stadion ogarnęła cisza i nagle na cały głos zabrzmiał „Sen o Warszawie”. Oniemiałem. Wszyscy zaczęli na mnie patrzeć. Łzy kapały mi jak groch. Niedawno mój syn Michał pokazał film, na którym piłkarze po wygranym meczu wybiegają na murawę i śpiewają z wielką pasją i zacięciem tę piosenkę.

R: A słyszał Pan hip-hopową przeróbkę?

MG: Tak, Wzgórze YaPa3.

R: Podobało się Panu?

MG: Bardzo.

R: Pisał Pan piosenki o sobie?

MG: Prawie wszystkie w różnych wariantach czasoprzestrzennych. Najbardziej biograficzną piosenką jest „Ojciec żył tak jak chciał”. Opowiada o okresie, kiedy miałem dość luźne podejście do życia i rodziny. Większość piosenek pisałem o takim facecie, jak ja. Tematem była zazwyczaj miłość. Teraz już nie piszę o miłości. Poruszam tematy wolnościowe, filozoficzne.

R: Lubi Pan Warszawę?

MG: Kocham Warszawę. Uważam, że się wspaniale rozwija. Zawsze gdy wracałem pociągiem z wakacji i widziałem napis „Warszawa”, czułem wzruszenie. Samo brzmienie tego słowa mnie cieszy. Bohaterska historia. Może brzmi to podniośle, ale to nie jest sztuczny patos. Jak myślę o Warszawie, to widzę jasność i słońce.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Zdjęcia: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik