Michał Sufin

Klub Komediowy

Warszawa jest tyglem, przystankiem na drodze. Nie jest ani deptakiem, ani burżujlandem, ani Mordorem, ani Pragą. Ludzie podróżują po tym mieście i oblepiają się różnymi doświadczeniami.


Michał Sufin – improwizator, pisarz, scenarzysta, jeden z założycieli Klancyka – pierwszego teatru improwizowanego w Polsce. Erudyta, humorysta, twórca spektakli, które są hybrydą teatru, kabaretu, performance’u i happeningu. Kilka lat temu założył Klub Komediowy – klubokawiarnię z klimatyczną piwnicą, która niczym kawiarnia Pod Picadorem przyciąga tłumy warszawiaków, chcących zanurzyć się w abstrakcyjnym poczuciu humoru. Po godzinach Hanna Maria Kos, autorka romansów, które spodobają się accountce z Elbląga i łączniczce z Powstania. Spotykamy się w chłodny, styczniowy poranek w przytulnej kawiarni nad Klubem Komediowym. Za oknem tętni życiem Plac Zbawiciela.

Rozmowwa: Dzielnica, z którą jesteś związany od urodzenia to…

Michał Sufin: Wierzbno. Moje wspomnienia z młodości są mocno nasączone tą okolicą. W dzieciństwie przeprowadzałem się tylko w obrębie jednego osiedla. Lata 80. Kawalerka na ulicy Pułku Baszty. Blok pełen byłych pracowników administracji państwowej. Sekretarz partii próbował nam odebrać mieszkanie, kiedy miałem trzy lata. Pamiętam to wieczne poczucie zagrożenia. Moja mama była młodą, zaangażowaną społecznie nauczycielką. Przepędzała dilerów narkotykowych spod szkoły i próbowała socjalizować aspirujących recydywistów. Miałem zinstytucjonalizowaną wizję dzieciństwa. Górny, komunalny Mokotów był wtedy biednym i niebezpiecznym rejonem. Pamiętam, że ktoś sprzedał drzwi, żeby mieć na napoje wyskokowe i zastąpił je zasłonką. Odczuwałem silne doświadczenie lokalności, związane z takimi ulicami, jak Samochodowa czy Spartańska. Moje życie i najbliższe otoczenie przypominało trochę amerykańską komedię o problemach społecznych, wesoły film Mike’a Leigha. Pamiętam, że jak nie zjadałem zupy w przedszkolu, to przedszkolanki wrzucały mi do niej drugie danie (śmiech). Full Mokotów experience.

R: A inne rejony?

MS: Mam mgliste wspomnienia, że rodzina mamy miała dom we Włochach, na obrzeżach Warszawy i granicy aglomeracji. Sąsiad widział, jak zimą jeden pies z zamarzniętymi soplami na pysku przejechał kolejką WKD z Wierzbna na Włochy. Podobno. Ale to chyba rodzinna mitologia.

R: Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie związane z teatrem?

MS: Mam wczesne wspomnienia związane z rodzinnym rytuałem chodzenia do koszmarnych warszawskich teatrów dziecięcych. Później już było lepiej: Komedia, Kwadrat, Współczesny i Powszechny. 

R: Można powiedzieć, że mama zaszczepiła w Tobie fascynację teatrem?

MS: Myślę, że tak, chociaż bardzo długo nie chciałem zaakceptować tej pasji. Nikt nie wywierał presji, ale teatr był zawsze obecny w moim życiu. Zabawne, dwa tygodnie temu w Klubie Komediowym graliśmy jako Klancyk z Janem Peszkiem. On odgrywał fragmenty swoich spektakli, a my improwizowaliśmy dodatkowe sceny. Przypomniałem sobie, że miałem nagrane na kasety VHS przedstawienia ,,Kwartet dla czterech aktorów” i ,,Scenariusz dla trzech aktorów” z udziałem Jana Peszka i Andrzeja Grabowskiego. Oglądałem je w kółko. W trakcie występu z Klancykiem uświadomiłem sobie, że znam sceny, które odgrywał Peszek. Pamiętałem każde słowo.

 

  

R: Byłeś mocno związany z teatrem. Akademia Teatralna nie była naturalnym, pierwszym wyborem? Jak znalazłeś się na studiach socjologicznych i kulturoznawczych?

MS: Można powiedzieć, że stosowała się do mnie formuła ,,ucznia leniwego”, ale z naturalnych predyspozycji wynikało, że powinienem być matematykiem. Miałem indywidualny tok nauczania z matematyki i byłem w klasie matematyczno-fizycznej w liceum Batorego. Wszyscy moi koledzy skończyli matematykę lub informatykę i zajmują się teraz robieniem aplikacji. W trzeciej klasie stanąłem w obliczu prawdy, że nie dostanę się na studia humanistyczne, bo mam szóstkę z matematyki i czwórkę z polskiego. W podstawówce historyczką była moja matka, więc w ramach młodzieńczego buntu nie znałem historii.
Jeśli chodzi o socjologię, to był jedyny kierunek, na który przyjmowali z egzaminem z matematyki. Łączyła moje dwie wrażliwości – humanistyczną i ścisłą. Później poszedłem na kulturoznawstwo i teatrologię. Bardzo krótko studiowałem też reżyserię. Przeszedłem trasę rozmiękczania umiejętności i osłabiania kompetencji (śmiech). Nie wybierałem kierunków zupełnie w ciemno, bo cenię intuicję genetyczną – mój dziadek był socjologiem, mama filozofką, ale z ducha kulturoznawczynią, a tata teatrologiem.
Zresztą – podobnie jak moi rodzice – skończyłem Batorego. To był ważny punkt na mojej mapie. Liceum mieściło się przy Legii, więc regularnie nas tam ,,iskali”. Mieliśmy nawet lekcje wychowawcze o tym, jak wychodzić ze szkoły, żeby nikogo nie prowokować. Dziewczynom (których było niewiele w naszej klasie, 7 w 35-osobowej grupie – pamiętam te liczby do dziś) sugerowano, żeby zawsze wychodziły z kolegami.

R: W takim razie wróćmy do czasów licealnych. Jak je wspominasz?

MS: Liceum było czasem absolutnego rozpadu porządku w moim domu. Mama spędziła wiele lat w szpitalu i musiałem się sobą zająć. Nauka nigdy nie sprawiała mi trudności, więc nie poświęcałem jej zbyt wiele czasu. Zacząłem zapoznawać się z pikarejsko-birbanckim trybem życia. Znałem dosyć dobrze Bar Źródełko. Dużo czasu spędzałem na Agrykoli – jeszcze w dniu matury graliśmy tam w kosza. Mieliśmy nieustający karnawał. Nie najlepszy, bo podszyty chorobą. Batory kojarzy mi się też z etosem Pokolenia Kolumbów. Pamiętam pamiątkową tablicę z ich nazwiskami. Czuło się ich oddech, szlachetność tamtych gestów.

R: Opowiedz o liceum Batorego.

MS: W Batorym była grupa uczniów, która dostawała się do szkoły długo po oficjalnej rekrutacji. Zazwyczaj wymagali szczególnej atencji dydaktycznej, ale mieli dużo innych walorów. Klasy dzieliły się na dwa typy: specjalistyczne, do których chodzili ludzie utalentowani, olimpijczycy i ogólne, do których dostawali się bogaci. Ja byłem z biednego domu. Nie doskwierało mi to, ale różnice w zamożności były widoczne. Tata jednego znajomego sprowadzał zza granicy części do amerykańskich samochodów. Ten znajomy miał Pontiaca i obsypywał nas czasem gwiezdnym pyłem luksusu. Pamiętam, że w pierwszej klasie podjechał z piskiem opon pod kościół, w którym siedzieliśmy na rekolekcjach. Urwaliśmy się i pojechaliśmy w pięciu na wagary. Bardzo dobrze wspominam liceum, ale niespecjalnie brało udział w rozwijaniu moich pasji. Nasza polonistka bardzo nie chciała mieć lekcji w klasie matemtyczno-fizycznej. Miała nas w głębokiej pogardzie. Na zajęciach pisała smsy. Matematyka była natomiast na wysokim poziomie. Przydała mi się na całe życie. Miałem nieludzką matematyczkę. Krążyła legenda, że uczennica zemdlała przy tablicy. Wynieśli ją na zewnątrz. Ocucili. Wróciła i dokończyła odpowiedź. Jestem przeciwnikiem stwierdzenia, że humaniści nie potrzebują wykształcenia ścisłego. Najwięksi pisarze to umysły ścisłe i lekarze – ludzie, którzy porządkują swój emocjonalny chaos wewnętrzny. Miałem to szczęście, że kiedy byłem mały, mama i dziadek wyłapali moją słabość do liczb. W związku z tym bardzo dużo ćwiczyłem i kiedy szedłem do pierwszej klasy podstawówki, umiałem rozwiązywać równania z dwoma niewiadomymi. Moja partnerka, która z zawodu jest projektantką i przedsiębiorcą, też miała indywidualny tok nauczania z matematyki. Chyba dobraliśmy się pod kątem umiejętności wykonywania złożonych działań matematycznych w przedszkolu.

R: Przetrwały jakieś przyjaźnie z czasów młodości?

MS: Wiele znajomości przetrwało. Współprowadzę Klub Komediowy i gram w Klancyku z Bartkiem Młynarskim, którego znam od czwartej klasy podstawówki. Bartek był stałym gościem w moim domu. Przesiadywaliśmy u siebie godzinami. Dzieliliśmy doświadczenie odkrywania miasta jak Tomek Sawyer. Przyjaźń na całe życie. W liceum poznałem też Marię Niklińską. Przeszkadzaliśmy jej z kolegą całe zajęcia w niezbyt wyrafinowany sposób. Spotkaliśmy się później na Akademii Teatralnej i przyjaźnimy się do dziś.
W ogóle Batory to klika – Maciej Nowak niespecjalnie cenił teatrologię, ale przyjął mnie do pierwszej pracy – w Instytucie Teatralnym – bo zauważył, że skończyłem Batorego.

R: Jak wspominasz studia na Akademii Teatralnej?

MS: W trakcie studiów miałem praktyków teatralnych w głębokiej pogardzie. Myślałem, że nie ma nic gorszego niż bycie artystą. Na teatrologii byliśmy pierwszym rocznikiem, który obrodził w męskich absolwentów. Zmieniliśmy energię – stworzyliśmy grupę klaunów i trochę rozwalaliśmy wykłady.
Na pierwszych zajęciach powiedziano nam: ,,Tu nie stawia się niedostatecznych, bo wykładowcy nie uważają, że jesteście tego godni. Jeśli nie chcecie przychodzić, nie musicie. Jeśli macie jakieś pasje, rozwijajcie je”. Zastosowałem się do tych rad. Po Barze Źródełko nastąpił Bar Marcinek przy Akademii Teatralnej (śmiech).

R: Twoja przygoda z improwizowanym Teatrem Klancyk zaczęła się już w trakcie studiów teatrologicznych?

MS: Podczas jednego z posiedzeń w palarni Reda Haddad, reżyser i animator muzyki Ska studiujący na Akademii, podbiegł do mnie, złapał za rękę i zaczął opowiadać o improwizacji. Przyniósł nam mały wycinek dialogu z festiwalu teatralnego. Zostaliśmy zainspirowani. Założyliśmy koło naukowe – sprowadzaliśmy książki, czytaliśmy, badaliśmy i obejrzeliśmy amerykański program „Whose Line is it Anyway?”. Na trzecim roku studiów z grupą jedenastu osób zaczęliśmy grać spektakle dla publiczności. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że były absolutnie koszmarne. Grupa się rozpadła i później powstał Klancyk.

R: W składzie klancykowej grupy gracie do dziś?

MS: Z tamtego składu zostały trzy osoby: ja, Krzysztof Wiśniewski i Bartosz Młynarski. Od początku prowadziłem wiele warsztatów. Miałem silną determinację, żeby się z tego utrzymać. Po warsztatach, które robiłem u Macieja Nowaka, do Kancyka dołączyły cztery nowe osoby: Maciej Buchwald, Błażej Staryszak, Paweł Najgebauer i Piotrek Sikora. W międzyczasie na próbę przyszedł też Krzysztof Dziubak. Okazało się, że jest świetny i został.

R: W jakich warszawskich miejscówkach grywaliście na początku?

MS: Często budzę się zlany potem, gdy wspominam te koszmary. Na początku była Akademia Teatralna. Później graliśmy przez rok w Galerii R.I.O przy ulicy Pięknej 66 A. Na ścianach wisiały okropne obrazy pierwszego roku ASP. Klancyk rozkręcił się dzięki portalom społecznościowym – pierwszą popularność zdobyliśmy na Gronie. Mieliśmy typowy, szeptany marketing. Na spektakle przychodziło wiele osób. Graliśmy we wszystkich kulturotwórczych miejscówkach: Powiększenie, Sen Pszczoły, U Artystów, Solec 44. Od zawsze byliśmy też związani z Chłodną 25. Po wojnie z sąsiadami i odebraniu koncesji Chłodnej Grzegorz Lewandowski, Rafał Rutkowski i Michał Walczak we współpracy ze mną przemianowali to miejsce na teatr. Przez ostatnie półtora roku działalności istniał Klub Komediowy Chłodna, który był kokonem dla Klubu Komediowego.

 

R: Improwizowaliście improwizację? Skąd wiedzieliście, co robić?

MS: Przez pierwsze pięć lat działaliśmy poszlakowo. Bazowaliśmy na książkach, zapisanych doświadczeniach innych twórców i próbowaliśmy dokonywać nowych interpretacji. Popełnialiśmy wiele błędów. Szukaliśmy własnej drogi. Później pojechaliśmy do Chicago na dwumiesięczny kurs improwizacji i od tej pory regularnie pielgrzymowaliśmy tam po wiedzę. Wiesz, że w Chicago jest więcej improwizatorów niż w sumie na świecie? To miasto jazzu, bluesa i improwizacji. Przynajmniej wtedy tak było. Nie wiem, jak jest teraz – jak wiadomo, teatr wydarza tylko w danej chwili. Od Chicago zaczynali m.in. Bill Murray, Jim Belushi, Tina Fey i połowa The Tonight Show. Tam miał miejsce nowy początek Klancyka. Improwizowałem z 72-letnim gościem, który występował na scenie od 53 lat. Miał zupełnie inną skalę doświadczenia – patrzył na mnie oczami jaszczura, który wszystko już widział. Klancyk był pierwotnym plemieniem, które przyjechało do cywilizacji. Nikt nas nie odkrył – to my przyjechaliśmy prosić o odkrycie. Teraz Warszawa stała się ważnym punktem na mapie improwizacji. Co roku z Polski do Chicago jeździ kilkunastu improwizatorów na wakacyjne warsztaty. Nie ma to nic wspólnego z Polonią, która nie ma pojęcia o improwizacji. Tworzymy kontrobraz Warszawy w USA.

R: Czym dla Ciebie jest improwizacja?

MS: Improwizacja miała wiele funkcji w moim życiu. Oswobodziła mnie z indywidualnych ambicji. Klancyk jest zbiorem ,,eg”, a improwizacja pozwala okiełznać bardzo silne osobowości. Jednocześnie posługuje się narzędziami, które znaczenie tych osobowości wymazuje. Kilkanaście osób na scenie musi zrozumieć, że kompozycja całości jest ważniejsza od indywidualnego pomysłu. Trzeba tworzyć coś z kimś na bieżąco.

R: Bardzo życiowe.

MS: To prawda. W Klancyku jestem z ludźmi, z którymi mogę nie zgadzać się na poziomie światopoglądowym, ale łączy nas poczucie humoru. Przeczytałem ostatnio cytat z Thomasa Bernardta: ,,Nie powinno się potępiać, rozliczać, ale trzeba się często śmiać, bo wiele rzeczy jest bardzo śmiesznych w kontekście śmierci”. Typowy przykład austriackiego poczucia humoru – w puencie występuje zawsze słowo ,,śmierć”. Soczewka komizmu i ironii sprawdza się dla nas. W Klancyku ludzie są szalenie dowcipni. Łączy nas improwizacja, która jest obdarta z egocentryzmu i to pozwala nam funkcjonować. Improwizacja jest tożsama z bilansem i zrównoważeniem. Jesteś wycofany? Musisz się przełamywać.

R: Można w ogóle improwizować, jeśli jest się wycofanym?

MS: A czy można biegać, jeśli się ma kiepskie wyniki? Można i trzeba. A można improwizować, jak się jest bezczelnym egotykiem, który nie słucha innych?

R: Czy improwizacja może mieć funkcję terapeutyczną?

MS: Na pewno może być drogą do samorozwoju. Stworzyliśmy Szkołę Impro. Co tydzień sto osób przetacza się przez zajęcia. To miękki, luźny trening osobowości. Nie ma w tym nic z coachingu. Kiedy stoisz przed publicznością, musisz wyłączyć samoocenę i zacząć słuchać drugiej osoby. Wyobraź sobie, że jesteś zdruzgotaną aktorką, która nie ma pracy. Jesteś pięć lat po studiach i zaczynasz rozważać porzucenie zawodu. Nagle dostajesz telefon, że masz iść na casting do bardzo znanego reżysera. Zostajesz zaproszona na zdjęcia próbne – masz odegrać scenę z innymi aktorem przed kamerą. Wchodząc na plan, potykasz się o kabel i uderzasz głową o ziemię. Masz przypadek jednostkowej amnezji. Nie wiesz, o czym jest film i nie pamiętasz tekstu. Jesteś niedoświadczona, nieznana – jeśli teraz nie dasz rady, to nikt Cię nigdy nie zaprosi na żadne przesłuchanie. Rozbrzmiewa słowo: ,,Akcja!”. I tylko reagując na zachowanie drugiego aktora, możesz zagrać tę scenę. A improwizacja istnieje wtedy, gdy drugi aktor ma tę samą sytuację. Bardzo ważny jest warsztat – nie masz wpływu na drugą osobę, ale możesz nieustannie nad sobą pracować. Widziałem ostatnio ciekawy film z konferencji, w której jeden mężczyzna sugeruje, że w świcie ery robotów powinniśmy zrewolucjonizować system edukacji. Nasz sposób nauczania propaguje zdobywanie wiedzy, bazując na systemie z XIX wieku. A powinniśmy uczyć dzieci miękkich umiejętności, takich jak sport, muzyka, plastyka – wszystkich zdolności, których maszyny nie posiadają. To oczywiście prowokacja, ale jest w tym trochę prawdy i do tych umiejętności należy również improwizacja. Występowanie na scenie to także trening optymizmu – łatwo się zdeprymować, bo często coś nie wychodzi. Dziś improwizacja jest dla mnie narzędziem do eksperymentowania, tworzenia nowej dziedziny sztuki. To próba mozolnej pracy, która ma na celu rozwinięcie improwizacji jako dziedziny scenicznej.

 

R: A jakie funkcje pełnią spektakle Klubu Komediowego dla publiczności?

MS: Dobry teatr jest terapeutyczny. Psychoterapia jest przepisaną koncepcją katharsis. Nauki społeczne i psychologia stosują nomenklaturę teatralną. Metafory roli, sceny, scenariusza są wszechobecne. Doświadczenie interaktywności, obserwowanie, jak powstaje spektakl, jest dla widzów ciekawe. Są ludzie, którzy mówią, że powinno się chodzić na improwizowany spektakl raz w tygodniu po kościele. Ale my nie staramy się, żeby to był kościół nowej wiary, tylko żeby te spektakle były po prostu dobre. Mądry, zdrowy śmiech, który nie jest rechotem, oczyszcza. To inteligentny rodzaj terapii.

R: Macie potrzebę komentowania rzeczywistości w taki sposób, jak robią kabarety? Interesuje was polityka?

MS: Może to zdanie zabrzmi jak wyjęte z jakiegoś komunistycznego manifestu, ale komedia jest dialektyczna – wyśmiewa coś względem czegoś. Często igra z rozumem. Osiem osób, które jest w Klancyku, bardzo ceni absurd w swoim poczuciu humoru. Mówi się, że podczas procesu tworzenia w mózgu wydziela się dopamina. Podobnie – sprawia nam przyjemność, jeśli robimy coś niestereotypowego, gdy improwizujemy. Uprawiamy ćpuństwo dopaminy. Generalnie nie zaprzątamy sobie głowy tym, jak mocno nasza improwizacja jest zakorzeniona w rzeczywistości. Dobra improwizacja jest wyrazem osobowości, a tym samym między innymi jakości poglądów. W Klubie były projekty zahaczające o politykę, ale osiem osób w Klancyku nie ma ani jednego wspólnego poglądu politycznego. We wszystkim się wesoło różnimy. Staramy się być prawdziwi i osadzeni na emocjach, a nie odtwarzać głębokie, traumatyczne doświadczenia ofiar. To niesceniczne i niekomediowe. Kabaret Starszych Panów komentował rzeczywistość PRL-u w najbardziej wyrafinowany sposób, piętrzył, parafrazował formy kabaretowe i pastiszował sam siebie. Błąd współczesnych kabaretów nie leży w potrzebie komentowania rzeczywistości, ale w stereotypowości narzędzi estetycznych. W pewnym momencie stał się kiepskim szmoncesem. Tym się różnimy. Unikamy nudy. Nie odtwarzamy inspiracji, tylko ją przetwarzamy.

R: Opowiedz o historii Klubu Komediowego.

MS: Klub założyła dziwna grupa. Trzy osoby miały wcześniej knajpy. Byliśmy entuzjastycznie nastawieni, mieliśmy dużo pomysłów, a spotkaliśmy się z chłodem wspólnoty. Przez pierwsze pół roku nie uzyskaliśmy koncesji na wino. Nadal nie możemy sprzedawać mocnych alkoholi. A nie jest tajemnicą, że w wieczornych doświadczenia artystycznych alkohol odgrywa ważną rolę. Mieliśmy kreatywne zadanie – zrobić wszystko, żeby nie zatonąć. Na początku użyczaliśmy grupom przestrzeń za dorzucenie się do czynszu i organizowaliśmy eventy biznesowe. Dziś Klub jest think tankiem, fabryką pomysłów, kreatywną agencją, która skupia twórczych ludzi. Jesteśmy też klubokawiarnią, sceną repertuarową, która generuje własne produkcje, oraz miejscem spotkania. Fajnie jest zostać po spektaklu i pogadać z ludźmi.

R: Warszawiacy przychodzą tu pogadać?

MS: Nie wiem, na ile Klub Komediowy żyje w świadomości warszawiaków. Teatr na granicy sztuki i rozrywki charakteryzują widzowie wędrowni, którzy szukają różnych ofert. Mamy ciągle nowych widzów. Jest na pewno widownia, która jest prawie na każdym spektaklu. Nazywamy ich impro-sektą. Myślę, że ten element spotkania jest ważny – publiczność przychodzi tu porozmawiać z błyskotliwym kolegą.
Głównymi odbiorcami naszej komunikacji są kobiety. Z mojego doświadczenia jako trenera wynika, że na zajęciach jest właściwie zawsze parytet, ale później dziewczyny nie zostają w komedii – nie dlatego, że nie są w niej dobre. Po studiach kulturoznawczych mam parę pomysłów, dlaczego tak się dzieje.

 

 

R: Porozmawiajmy o Twojej Warszawie. Lubisz to miasto?

MS: Jeden z wykładowców poradził mi, żeby unikać wypowiadania twardych opinii i mocnych kwantyfikatorów, bo rzadziej się wychodzi na idiotę. Po prawie trzydziestu pięciu latach w relacji, trudno mi powiedzieć, że nie lubię Warszawy. Mieszkałem w siedmiu dzielnicach, więc dobrze znam to miasto.

R: A lubisz warszawiaków?

MS: Lubię fakt, że to miasto jest tyglem, przystankiem na drodze. Dosyć trudno żyć w Warszawie i nie mieć w sobie różnorodności ogólnopolskiej perspektywy. Warszawa nie jest deptakiem, ani burżujlandem, ani Mordorem, ani Pragą. Ludzie po niej podróżują i oblepiają się różnymi doświadczeniami. Przez to mają bogatsze spojrzenie na świat.

R: Podoba Ci się to miasto?

MS: Warszawa jest brzydka, zniszczona, zgrzebnie zurbanizowana i źle planowana. Ma twardą, wojenną mitologię na swój temat, ale nie ma manieryzmów. Nie ma studenckości Wrocławia, dyscypliny Poznania ani artyzmu Krakowa. Jest również urzędnicza i zatopiona w biurokracji. Wiesz, że Warszawa ma najwyższy odsetek przestępstw, a 90% z nich stanowią przekręty administracyjne i łapówki? Gdy tworzyłem lokal, spędziłem pięć lat, posługując się językiem administracyjno-urzędniczym. Perygrynowałem pomiędzy lokatorską wspólnotą, Zarządem Gospodarowania Nieruchomościami a Urzędem Miasta. Brałem udział w prawdziwym spektaklu. Było to bardzo gogolowskie, może nawet czechowowskie doświadczenie.
Bardzo ładnie o tym mówił mój nieżyjący już przyjaciel Mirek Nahacz, który był z Podbeskidzia. Przyjeżdżał tu autobusem. Zasypiał w drodze i budził się w zupełnie nowym świecie. Warszawa była dla niego potworem, molochem, lewiatanem. Dla mnie taka była Ameryka. Stolice europejskie też są określone –  oprócz Berlina, który jest bardzo warszawski. A właściwie Warszawa jest bardzo berlińska. Nie pachnie przeszłością. Pachnie katastrofą.

R: Zgadzam się. Na przykład w Dreźnie dużo mocniej widać wojenną przeszłość.

MS: Historia zabazgrała Warszawę.

 

R: Mam jeszcze pytanie o Twoją książkę.

MS: Którą? Bo napisałem dwie. Jedną pod pseudonimem.

R: Myślałam o ,,Warszawskich wersetach”.

MS: ,,Warszawskie wersety” to było pierwsze podejście pod kabaret literacki. Najchętniej spaliłbym tę książkę. Byłem mocno zakorzeniony w doświadczeniu studiowania w Instytucie Kultury Polskiej – miałem w grupie trzech pisarzy: Dorotę Masłowską, Agnieszkę Drotkiewicz i Mirka Nahacza.

R: O czym jest ta książka?

MS: To zbiór mikroopowiadań, układających się w fabułę opowiadającą o chłopaku, który próbuje poderwać dziewczynę. To zabawa stylem – miejscami śmieszna, miejscami pretensjonalna. Jest zapisem pogoni za pomysłem. Jakiś chłopak na spotkaniu autorskim powiedział, że to połączenie Monty Pythona i Franza Kafki. To oczywiście przesadny komplement, ale dobrze opisuje charakter tej książki. Wydawnictwo Czarne określiło ją nawiązaniem do tradycji gombrowiczowsko-witkacowskiej – to jakby podciąć biegaczowi na sto metrów jedną pęcinę tuż przed startem. Miałem jedenaście spotkań autorskich, na których chciałem już tylko zniechęcać ludzi do czytania.

R: A druga książka?

MS: Napisałem romans dla wydawnictwa Pruszyński i Spółka i scenariusz do spektaklu.

R: Pod jakim pseudonimem?

MS: Hanna Maria Kos. Geneza pseudonimu była prosta. Chciałem, żeby tę książkę kupiły młoda accountka z Elbląga i łączniczka z Powstania. Dosyć wyrachowane. Pierwszy pseudonim brzmiał Hanka Kos. Hanka napisała powieść ,,Monika” w serii wydawniczej ,,Imiona miłości’’. Napisałem to tuż przed egzaminem na reżyserię. Była bardzo długa – strasznie się bałem, że będę musiał ją redagować. Ale dostałem tylko e-mail: ,,Siema Misiek, czy Hanka może mieć na drugie imię Maria? Mamy wolne miejsce na okładce”. Cała tajemnica o rynku wydawniczym w Polsce. Ta książka sprzedała się chyba lepiej niż pierwsza. Jako Hanna Maria Kos zrobiłem scenariusz do spektaklu ,,Hallo Szpicbródka” dla Teatru Syrena. Po jakimś czasie opłacało mi się rozwijać jej biogram zleceniowy bardziej niż mój własny.

R: Do jakich miejsc w Warszawie lubisz chodzić?

MS: Lubię knajpy. Jak Tuwim, który miał na wizytówce: ,,Do tej godziny przyjmuję na Ziemiańskiej, a od tej godziny w Picadorze”. W młodości do późnych godzin wieczornych żyłem w kulturotwórczych kawiarniach. Miejscem ucieczki były dla mnie biblioteki – w Akademii Teatralnej i na Koszykowej. Przez pół roku pracowałem w Teatrze Narodowym – mam żywe wspomnienie związane z tym miejscem, bo zeszliśmy do piwnic poniżej trzeciego piętra. Byłem też w podziemiach Pałacu Kultury. Pamiętam maszynownie z planami w cyrylicy – jak z filmu z Louisem de Funèsem. Śródmieście było zawsze moją ukochaną dzielnicą – mieszkałem vis-à-vis Pałacu Kultury, w budynku, w którym był pierwszy sklep z telewizorami w Warszawie. Mógłbym też zrobić poradnik survivalowy po warszawskich szpitalach – pod tym względem miasto znam na wylot. Mógłbym napisać ,,Paragraf 22” polskiej służby zdrowia.

R: A co Cię najbardziej denerwuje w Warszawie? Moi rozmówcy często narzekają na smutnych ludzi na ulicach.

MS: Pewnie to ja jestem tym smutnym człowiekiem, który ich denerwuje. Żyjemy w mieście, które szorstko się z nami obchodzi na poziomie przestrzeni i proksemiki. Nie wiem, czy smutek to charakterystyczna cecha warszawiaków. Przez osiem miesięcy w roku jest listopad. Trochę trudno się tym cieszyć. Przez większą część roku ludzie chodzą w uniseksowych, odpłciawiających uniformach, które wyglądają jak odrzuty kostiumograficzne z serialu ,,Przybysze z Matplanety”. Jeździmy autobusami, w których bezdomni kryją się przed mrozem i utrudniają wszystkim podróż do pracy w mroczne poranki. Może gdybyśmy byli na riwierze i jechali rykszami, trzymając drinka z palemką, to bylibyśmy bardziej uśmiechnięci. Ale ja to lubię. Niepokoję się, gdy jest za długo przyjemnie. Jeśli jest za dobrze, odczuwam paranoję, że może jestem poddawany społecznemu eksperymentowi. Jak wyjeżdżam, to jednak tęsknię za Warszawą.

 

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik