Noam Zylberberg

Mieszkanie w Śródmieściu

Te piękne piosenki zniknęły na wiele lat i teraz dostają drugie życie.
Może kiedyś były hitami, które nucili mieszkańcy Warszawy lat 30.?


Zanim Noam Zylberberg przyjechał do Polski, studiował w Jerozolimskiej Akademii Muzyki. Później dyrygował i aranżował w Izraelu, ale pewnego dnia postanowił wrócić do miasta swoich przodków żeby założyć tu Małą Orkiestrę Dancingową, która przywraca zapomniane dźwięki przedwojennej Warszawy. Na początku lipca wydadzą pierwszą płytę. Z Noamem spotykamy się w jego słonecznym mieszkaniu w Śródmieściu. Rozmawiamy o muzyce, przeszłości, dziadkach, polskiej kuchni i współczesnej Warszawie. Ale przede wszystkim popijamy kawę mieloną w drewnianym młynku. I słuchamy muzyki.

Rozmowwa: Zacznijmy od historii Twojej rodziny. Twoi dziadkowie pochodzą z Warszawy.

Noam Zylberberg: Tak, babcia urodziła się w Warszawie w 1911 roku. Pochodziła z prawdziwie warszawskiej rodziny, związanej z tym miastem od ponad dwustu lat. Była dumna, że jest stąd i uwielbiała język polski. Chodziła do warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Rodzina babci była bardzo religijna, ale też wykształcona i otwarta. Jej tata znał polski, rosyjski, jidysz i hebrajski. Mieszkali przy Świętojerskiej. Rodzina dziadka przyjechała ze sztetlu, Ożarowa Świętokrzyskiego. Dziadek urodził się w 1907 roku i był pierwszym pokoleniem urodzonym w Warszawie. Dziadkowie wzięli tajemny ślub.

R: Naprawdę?! Opowiedz o tej historii.

NZ: Poznali się w ruchu młodzieży syjonistycznej. Dziadkowie byli syjonistami i chcieli wyjechać do Palestyny. Brat mojego dziadka już tam mieszkał. W tamtym okresie trzeba było dostać pozwolenie, żeby móc wyemigrować. Dziadek dostał zgodę i chciał zabrać babcię ze sobą. Była najmłodsza w rodzinie – jej starsze siostry jeszcze nie wyszły za mąż.

R: Ile lat miała Twoja babcia, kiedy wyszła za mąż?

NZ: Dwadzieścia dwa. Bardzo młoda. Babcia niezwykle podziwiała i szanowała swojego ojca. To jego reakcji bała się najbardziej. Obawiała się powiedzieć mu, że chce wyjść za mąż, wyjechać do Palestyny i do tego związać się z „prostszym chłopakiem”. Wzięli ślub po kryjomu. Po ceremonii każdy wrócił do swojego domu. Po jakimś czasie ojciec się dowiedział. Powiedział do niej: „Broniu, słyszałem, że wzięłaś ślub z jakimś chłopakiem. Mogłabyś przynajmniej zaprosić swojego ojca” (śmiech). Wyjechali do Palestyny i zamieszkali w Tel Awiwie. Reszta rodziny została w Warszawie i wszyscy tu zginęli. Moi dziadkowie nigdy później nie wrócili do Warszawy. Nie wiem, czy dziadek czuł się mocno związany z tym miastem, ale babcia na pewno. Myślę, że powrót byłby dla niej zbyt trudny. Nic tu dla niej nie zostało. Nic na nią nie czekało. Jej miasto się nie zachowało. Babcia mieszkała w Izraelu siedemdziesiąt lat, ale zawsze w głębi duszy została Polką. Moi rodzice nie mówili po polsku. To bardzo typowe, że drugie pokolenie nie zna języka. Rodzice chcą, żeby dzieci jak najbardziej wtopiły się w społeczność, nie byli „inni”. O Polsce i o przeszłości nie chcą opowiadać, a dzieci nie chcą słuchać. Otwierają się dopiero przed swoimi wnukami, które mają już więcej dystansu.

R: Jak zapamiętałeś swoich dziadków?

NZ: Pamiętałem ich, jak mieli już koło dziewięćdziesięciu lat. Babcia bardzo lubiła opowiadać o dzieciństwie w Warszawie. To miasto było zawsze mocno obecne w moim życiu. Wiedziałem, że babcia jest stąd, ale wtedy to brzmiało dla mnie jak dalekie miejsce, w nieprawdziwym, trudnym do wyobrażenia świecie. Babcia była niesamowicie dumna, że pochodzi z zamożnej rodziny Raabe, która miała fabrykę produkującą drewniane sztyfty do butów. Fabryka nazywała się „H.B. Raabe”. Ta nigdy niesprawdzona historia, wielokrotnie opowiadana przez babcię podczas rodzinnych spotkań, stała się dla nas nieprawdziwą anegdotą – traktowaliśmy ją jak zabawny żart. Po śmierci babci próbowaliśmy odnaleźć w internecie informacje o tej fabryce, ale nie wiedzieliśmy nawet, jak napisać tę nazwę. Myśleliśmy, że chodzi o zapis „Habe Raabe” i nic nie mogliśmy znaleźć. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że może chodzić o inicjały „H.B”. To świetny przykład braku komunikacji i porozumienia pomiędzy pokoleniami. Babcia opowiadała o fabryce tysiące razy, ale nigdy nie pomyślała, by wyjaśnić skrót „H.B”. A rodzice nigdy nie pomyśleli, by zapytać. Myślę, że w ten sposób straciliśmy bezpowrotnie wiele historii.

R: Chcieli umożliwić swoim dzieciom nowy start, bez bagażu wspomnień.

NZ: Tak. Z dziadkami rozmawialiśmy tylko po hebrajsku. Nigdy nie słyszałem, żeby babcia mówiła po polsku, ale przez siedemdziesiąt lat mieszkania w Izraelu co tydzień robiła nam na obiad rosół z makaronem, kotlety mielone z ziemniakami, a na deser szarlotkę i kompot (śmiech). Często ludzie pytają mnie o izraelską kuchnię, a dla mnie to jest właśnie izraelskie jedzenie! Lubię hummus. Mogę zjeść falafel. Czasem robię szakszukę, ale to nie jest moje jedzenie, które znam z najmłodszych lat. Gdy wychodzę na klatkę schodową, na której roznosi się zapach rosołu czy kotletów, przypomina mi się dzieciństwo i czuję wokół ducha mojej babci… Po jej śmierci zacząłem szukać informacji o historii rodziny. Dowiedziałem się, że „H.B” jest skrótem od Hersz Ber Raabe. Rodzina Raabe miała kamienicę na ulicy Zamenhofa i fabrykę w Białej Podlaskiej i Łomiankach. Jednym z kuzynów babci był Tadeusz Raabe. W czasie I wojny światowej jego rodzina musiała uciekać do Rosji – w młodości Tadeusz spędził dużo czasu w Moskwie i Sankt Petersburgu. Zobaczył tam nowoczesne, artystyczne kawiarnie. Kiedy po wojnie wrócił do Warszawy, chciał przenieść ten format tutaj. Razem ze swoimi przyjaciółmi Antonim Słonimskim i Julianem Tuwimem założyli kawiarnię „Pod Picadorem” przy Nowym Świecie 57. Babcia mi tego nie opowiadała, ale myślę, że musiała o tym wiedzieć. Mało ludzi pamięta o Tadeuszu Raabe, ale grupa, Skamander z którą był związany, mocno wpłynęła na polską kulturę. Tadeusz Raabe był prawnikiem, ale pisał wiersze. Mówiono o nim: „Najlepszy poeta wśród adwokatów i najlepszy adwokat wśród poetów”. Później został mężem Toli Mańkiewiczówny, aktorki i wielkiej gwiazdy, która w tamtym czasie grała w filmach z Aleksandrem Żabczyńskim. Odnalazłem na youtubie fragment filmu z Tolą, która śpiewa. Wtedy pierwszy raz usłyszałem polskie tango.

R: Niesamowite, że sam odkrywałeś te fascynujące historie. Jak rodzice zareagowali na Twój pomysł studiowania muzyki?

NZ: Studiowanie na Akademii Muzycznej było dla mnie najbardziej naturalnym wyborem. Wcześniej długo grałem klasykę i trochę jazz, ale na studiach poszedłem w kierunku dyrygentury. Skończyłem naukę, ale targało mną wiele wątpliwości. Ciągle myślałem, że nie jestem wystarczająco dobry w tym, co robię.

R: To typowo polska cecha – pesymizm.

NZ: Ja mam wszystko polskie. Zostałem wychowany na kotletach mielonych, więc czy mogę być Izraelczykiem? (śmiech) I co to właściwie znaczy „być Izraelczykiem”? Wiesz, że jak zapytasz w Izraelu: „Kim jesteś?”, to nikt nie odpowiada: „Jestem Żydem” albo „Jestem Izraelczykiem”. Tożsamość buduje się tam między innymi na podstawie miejsca, z którego pochodzą dziadkowie. Jak ktoś tam mnie pyta, kim jestem, odpowiadam, że jestem Polakiem.

R: Myślisz, że to się zmieni za kilka pokoleń? Czy mieszkańcy Izraela będą się czuli Izraelczykami?

NZ: Dobre pytanie. Myślę, że tak, ale na pewno potrzeba na to więcej czasu. W większości mają silną tożsamość izraelską, ale jednocześnie mają świadomość drugiej tożsamości – po dziadkach. A czasem nawet trzeciej i czwartej.

R: Co robiłeś po studiach?

NZ: Historią rodziny zacząłem się interesować po śmierci dziadków, gdy byłem w gimnazjum. Po studiach mieszkałem w Tel Awiwie i pracowałem nad różnymi projektami muzycznymi. Zacząłem chodzić na lekcje języka polskiego do Instytutu Polskiego, bo chciałem poznać język babci. Już kilka lat minęło odkąd usłyszałem jak Tola Mankiewiczówna śpiewa polskie tango i zacząłem się coraz bardziej interesować tą muzyką. Pomyślałem, że mógłbym z tym coś zrobić. Chciałem grać polskie piosenki tak, jak były grane kiedyś.

R: Co to dokładnie znaczy?

NZ: Od początku XX wieku istnieje w wykonaniu muzyki klasycznej ruch „historically informed performance (HIP)”. W historii muzyki klasycznej nie było tradycji grania utworów z przeszłości – każda generacja grała własną muzykę. Po śmierci Jana Sebastiana Bacha nikt o nim nie pamiętał przez sto lat? Dopiero w XIX wieku Mendelssohn zagrał utwór Bacha i od tego czasu zaczął się właściwie ustanawiać kanon muzyki klasycznej. Ale wszyscy wtedy grali Bacha w ten sam sposób, w stylu swoich czasów. Jeśli posłuchasz nagrań z lat 20., 30., 40., a nawet 50., okaże się, że styl wykonania muzyki jest podobny do stylu wykonania Piotra Czajkowskiego. HIP postuluje, by grać muzykę zgodnie ze stylem panującym w epoce, z której ona pochodzi. Kompozytorzy z czasem dodawali coraz więcej informacji przy zapisach nutowych. Partytura Bacha ma bardzo mało instrukcji. Natomiast kompozycje z końca XIX wieku np. Mahlera będą miały notatki zawierające emocje związane prawie z każdą nutą. Nie ma nagrań wcześniejszych kompozycji, nie ma wskazówek, jak je grać. Jedynym źródłem są książki i eseje, które pisali kompozytorzy i muzycy. Słynne książki na ten temat pisał m.in. ojciec Mozarta. Był znany w całej Europie dzięki swojemu podręcznikowi gry na skrzypcach: „Versuch einer grundlichen Violinschule”. W tych podręcznikach jest zawarta cała wiedza, jak grać na instrumentach. Pisał o współczesnej mu muzyce, tak jak ją postrzegał – to co dla niego było oczywiste, ale dla nas już nie jest – dlatego ten podręcznik pomaga nam zrozumieć podejście tamtych czasów. Dawne instrumenty różniły się od tych współczesnych. Na przykład smyczek do skrzypiec był skonstruowany jak łuk, a dziś jest proste. Budowa niezwykle wpływa na dźwięk – brzmienie starych i nowych instrumentów jest inne. Podejście „historically informed movement” jest dziś właściwie mainstreamowe. Nawet jeśli muzycy często dziś grają Bacha na pianinie, mają świadomość że w jego czasach nie było pianina.

R: Postanowiłeś zastosować ,,historically informed performance” w polskiej muzyce?

NZ: Chciałem w podobny sposób podejść do polskiej muzyki okresu międzywojennego. Można stwierdzić, że nie ma w tym sensu – co muzyka do tańca z lat 30 ma wspólnego z muzyką klasyczną z XVIII wieku? Ale chodzi przede wszystkim o podejście. A oprócz tego, może to śmieszne, ale uważam, że francuska muzyka barokowa to najlepsza muzyka do tańca! Każdy zna „Tą ostatnią niedzielę” Mieczysława Fogga, ale niewielu ludzi zna jego oryginalne wykonanie z lat 30. Doceniałem tę muzykę i chciałem ją grać z zachowaniem oryginalnego stylu. Byłem ciekawy, jak to by brzmiało bez szumu starej płyty. Pierwotnie, chciałem założyć orkiestrę w Tel Awiwie. Myślałem, że to będzie hit wśród hipsterów (śmiech). Przed przeprowadzką do Polski na stałe przyjechałem tu trzy razy: najpierw z tatą, a później sam. Za trzeciem razem zamieszkałem u znajomego. Miał piękne mieszkanie w starej kamienicy na Żoliborzu, wnętrze wypełnione było antykami, a z okna rozciągał się widok na kwitnące drzewa. Szczególnie spodobał mi się stary drewniany młynek do kawy. Pomyślałem, że mógłbym tak żyć. Po przeprowadzce do mojego obecnego mieszkania specjalnie kupiłem podobny młynek do kawy. Tak naprawdę zamieszkałem w Polsce tylko przez ten młynek (śmiech). Przy czwartym wyjeździe do Polski niewiele planowałem. Chciałem zostać na tydzień, może na miesiąc. Po tygodniu zapisałem się na półroczny kurs polskiego i dostałem pracę. Zostałem.

R: Co na to rodzice?

NZ: Obawiali się czy sobie poradzę. Nikogo nie znałem. Kontakty zostawiłem w Jerozolimie i Tel Awiwie. Nie miałem pieniędzy, żeby założyć orkiestrę – to przecież drogi projekt.

R: Czemu zostałeś?

NZ: Złożyło się na to kilka powodów. Interesowałem się Warszawą i chciałem spróbować tu żyć i pracować nad projektem muzycznym.

R: Odważnie.

NZ: Nie wiem, czy to było odważne. To była raczej spontaniczna decyzja, chociaż nie jestem bardzo spontaniczną osobą. Muszę mieć wszystko dokładnie zaplanowane.

R: Jak zaczęła się przygoda z Małą Orkiestrą Dancingową?

NZ: Znowu wielką rolę odegrał przypadek. Poznałem Mikołaja Trzaskę w samolocie, w drodze z Tel Awiwu do Warszawy. Mikołaj opowiedział o moim pomyśle znajomemu z Polskiego Instytutu w Berlinie. Zaproszono mnie na festiwal wczesnej muzyki rozrywkowej w Berlinie. Haus der Kulturen der Welt dał mi pieniądze na założenie orkiestry i wyjazd do Niemiec. Bardzo mi zaufano – nie byłem rozpoznawalny, nie miałem zespołu i niczego jeszcze nie nagrałem. Wtedy poznałem też Michała Gorczyńskiego, który pomógł mi zebrać zespół. Spotkaliśmy się w Warszawie. Odbyliśmy dwa dni prób i pojechaliśmy na festiwal. Michał do dziś z nami gra na klarnecie i na saksofonie. Największym wyzwaniem w naszej pracy jest odtworzenie przedwojennego stylu. Musimy pamiętać, że do tamtego czasu nie istniało coś takiego jak popowa muzyka. Dopiero po pierwszej wojnie wytworzył się nowy koncept klasy średniej, która w czasie wolnym od pracy chciała się bawić i to dla niej tworzono muzykę. Zaczął się rozwijać koncept muzyki rozrywkowej. Wtedy w Stanach Zjednoczonych pojawiła się muzyka swingowa. Polscy muzycy byli nią zainspirowani, ale swingowe granie było dla nich kompletnie nienaturalne. Ich “swing” był inny niż ten w Nowym Jorku. Podczas pierwszych prób musieliśmy oduczyć się grać swingowo. A to tylko jeden przykład wyzwań naszej pracy. Moja orkiestra wie, że najbardziej trzeba uważać na swing (śmiech). Najbliżej swingu był Henryk Wars – jeden z najwybitniejszych kompozytorów tamtych czasów. On był naprawdę zafascynowany amerykańskim stylem. Ale wśród warszawskich utworów, fokstroty i walce miały międzynarodowe brzmienie.

R: Mieliśmy gatunek muzyczny charakterystyczny tylko dla Warszawy?

NZ: Warszawskie tanga są takim gatunkiem. To ciekawe, ale w latach 20. Polacy tworzą własne fokstroty, slow-foxy, walce, które brzmią jak zagraniczne, ale mają polskie teksty. Ale nie ma ani jednego przykładu polskiego tanga. Polscy muzycy nie tworzyli własnych kompozycji – autorzy pisali tylko nowe teksty do zagranicznych tang. Dopiero w późnych latach 20. kompozytorzy zaczynają tworzyć własne. Tango już wczesniej fantastycznie się przyjęło w Warszawie i wzrosło zapotrzebowanie na tę muzykę. Pionierami polskiego tanga byli Artur Gold i Jerzy Petersburski. Od czasu, gdy oni zaczęli je tworzyć, narodził się właściwie nowy styl. Ci kompozytorzy mieli niesamowite „laboratorium” do tworzenia muzyki. Beethoven, Czajkowski czy Mahler siedzieli przez rok w domu i pisali symfonie. Jeśli mieli szczęście, usłyszeli ją raz w życiu. A Gold i Petersburski mieli własną popularną orkiestrę – rano pisali piosenkę, grywali ją wieczorami i mogli obserwować, jak jest odbierana, dokonywać zmian i następnego dnia prezentować ulepszoną wersję. W swoich czasach świetności 60% wszystkich pisanych tu piosenek stanowiły tanga. Połowa repertuaru Małej Orkiestry Dancingowej to właśnie tanga.

R: To typowo taneczna muzyka?

NZ: Tak. Kroki do tanga i fokstrota są bardzo podobne.

R: Ciężko było Wam odtworzyć tamten styl? Uchwycić tamtego ducha?

NZ: Przed założeniem orkiestry pracowałem sam nad materiałem muzycznym. Na początku trudno było mi wyrazić słowami, o co mi dokładnie chodzi, ale im dłużej gramy, tym staje się to dla nas bardziej naturalne. Właściwym celem nie jest imitacja. Jesteśmy innymi ludźmi, żyjemy w innym świecie, więc siłą rzeczy kreujemy pewną nowość. Ludzie chodząc do filharmonii na koncerty muzyki klasycznej, nie patrzą na nią przez pryzmat nostalgicznych wspomnień. Doceniają dobrą kompozycję i kunszt wykonania. Chcemy, żeby tak samo patrzyli na naszą muzykę. Nie lubię słowa retro, bo jeśli podchodzisz do czegoś z dużą dozą nostalgii, nie możesz traktować tego poważnie. A ta muzyka jest naprawdę dobra. Druga generacja autorów tekstów – Emanuel Schlechter, Marian Hemar, Józef Lipski, Jerzy Ryba – zrozumiała, jak napisać genialny tekst. Inny ciekawy aspekt: ci muzycy tworzyli dla własnych orkiestr. Dostosowywali kompozycje do instrumentów, na których muzycy orkiestry grali danego wieczoru. Świetnym przykładem jest Wiktor Tychowski, który uwielbiał hawajską gitarę. Prawdopodobnie był jedynym muzykiem grającym na hawajskiej gitarze w tamtych czasach w Warszawie. Grał często w warszawskich orkiestrach – na pewno był bardzo lubiany i fajnie im się razem grało. Można go rozpoznać po dźwięku tej gitary. Charakter jednej osoby mógł wpłynąć na cały styl. To niesamowite.

R: W jaki sposób rekonstruujesz piosenki?

NZ: Korzystam ze starych nagrań żeby pisać partytury oryginalnych wersji, ponieważ oryginalne się nie zachowały. Na podstawie tych transkrypcji piszę aranżacje dla mojej orkiestry. Większość z tych piosenek jest nieznana – przedstawiamy je na nowo współczesnym słuchaczom. Może kiedyś były hitami, które nucili mieszkańcy Warszawy lat 30.? Te piękne piosenki, które zniknęły na wiele lat, teraz dostają drugie życie.



R: Porozmawiajmy o Twojej Warszawie. Co Cię zaskoczyło w mieście?

NZ: Pamiętam, co mnie zaskoczyło podczas pierwszej wizyty z tatą. Miałem dwadzieścia jeden lat. Byliśmy turystami. Poszliśmy na starówkę. Był kwiecień, ale padał śnieg. Miasto wydało mi się wtedy szare i smutne. Pamiętam, że nic wtedy nie poczułem. Spodziewałem się wielkich wrażeń, wzruszenia… Moje uczucie do tego miasta narodziło się z czasem.

R: Co Cię w Warszawie denerwuje?

NZ: Krótkie dni w zimie.

R: Jakie są Twoje warszawskie miejsca?

NZ: Lubię moją okolicę, ulicę Mokotowską i ukrytą Dolinkę Szwajcarską. Uwielbiam warzywniak na dole – można tam kupić najlepszy szpinak w Warszawie. Często chodzę do Parku Ujazdowskiego, na Jazdów i do domków fińskich. Gramy regularnie w SPATiFie. Czasem gram solo z zespołem aktorów w Klubie Komediowym. Regularnie chodzę na polskie stare filmy do Iluzjonu. Pierwszym filmem, który tam obejrzałem był: „Ada! To nie wypada!”.

R: Gdzie chodzisz posłuchać muzyki?

NZ: Bardzo lubię Warszawską Operę Kameralną. Mają siedzibę przy Alei Solidarności. Opera Kameralna ma świetne produkcje. Założono tam zespół instrumentów dawnych, który gra muzykę barokową i co lato organizuje Festiwal Oper Barokowych. Czasem chodzę też do Ambasady Muzyki Tradycyjnej na Jazdowie.

R: Co Ci się podoba w Warszawie?

NZ: Podoba mi się, że tu naprawdę czuję wszechobecną historię. Doceniam zieleń i czystość. Teraz tu jest moje życie – mieszkanie, zdjęcia dziadków, kwiaty, piękny widok i… młynek do kawy.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Zdjęcia: Maciek Niemojewski
Korekta: Kinga Słowik