Paulina Puchalska
Monika Kucel

Królikarnia

Jesteśmy w Polsce mocno na bakier z poczuciem własnej wartości.
To z kolei przeradza się
 w zadęcie, które przykrywa kompleksy.

Monika Kucel i Paulina Puchalska stworzyły dziewczyński portal, który stał się niezwykle ważny dla wielu kobiet. Jak same mówią „Element Żeński to nie strona o kosmetykach, ale o dziewczynach, które ich używają”. Monika i Paulina pokazują sposoby na pielęgnację ciała, dobre samopoczucie, zdrowe życie, ale przede wszystkim rozmawiają ze zwykłymi dziewczynami i ukazują ich fascynujące światy. Oswajają niedoskonałości, podnoszą na duchu, przywracają wiarę w siostrzeństwo. Zapytane o ulubione miejsce w Warszawie, jednogłośnie wybierają Królikarnię. Rozmawiamy o Mokotowie, o najlepszych warszawskich punktach beauty, i o tym, jakie są warszawianki w ich oczach.

Rozmowwa: Jakie skojarzenia przychodzą Wam do głowy, kiedy myślicie o Waszych domach rodzinnych?

Paulina Puchalska: Pierwsze – chłodny burzliwy Bałtyk. Owszem, mówię, że wracam do domu, gdy jadę do Trójmiasta, ale, choć uderzę w pretensjonalny ton, to właśnie morze nim jest. Mój komfort psychiczny jest ściśle związany z wodą, nad nią i w niej czuję się najlepiej i prawdziwie odpoczywam. Jeśli potrzebuję oddechu, jadę na plażę w Karwieńskim Błocie. Spędziłam w tym miejscu sporą część dzieciństwa, mam do niego ogromny sentyment.

Monika Kucel: Moje życie jest podzielone na dwa etapy. Pierwszy etap to czas do szesnastego roku życia, kiedy mieszkałam w Szczytnie, na Mazurach. To rozdział, za którym zamknęłam drzwi. Drugi etap zaczyna się od mojej przeprowadzki do Warszawy w 1996 roku, gdzie zamieszkałam sama, bez mojej rodziny. Warszawa kojarzy się mi wejściem w dorosłość. Cieszyłam się na naszą rozmowę, bo mam ciekawą relację z tym miastem. Od 1996 do 2015 roku przeprowadzałam się chyba trzydzieści razy. Przez wiele lat nie byłam związana z jednym mieszkaniem czy chociażby dzielnicą – w związku z tym to Warszawa stała się dla mnie domem i dawała poczucie bezpieczeństwa. Naszą więź mogłabym porównać do związku z bliską rodziną: ciężko nam wybaczać małe grzeszki najbliższych i często na nich narzekamy, ale tak naprawdę kochamy ich najbardziej. Mam podobnie z Warszawą –narzekałam na nią, dopóki nie wyjechałam na dłużej. Najpierw do Neapolu, potem do Mediolanu. Przy każdej wyprowadzce, wpadałam w obsesyjną tęsknotę – puszczałam sobie piosenki o Warszawie, Czesława Niemena i T-Love (śmiech). Wróciliśmy do Warszawy, gdy na świat miał przyjść nasz synek. Po kilku lat na miejscu, znów nas nosi.

R: Może to przez pogodę?

MK: Ta potrzeba kiełkuje w nas od co najmniej roku. Przeprowadzki dobrze mi robią. Przenosiłam się właściwie co pięć, sześć lat i za każdym razem po powrocie bardzo doceniałam Warszawę.

R: Paulina, kiedy Ty po raz pierwszy przyjechałaś do Warszawy?

PP: Odkąd pamiętam, przyjeżdżałam do Warszawy z rodzicami – na Ochocie mieszka brat mojego taty, więc zawsze mieliśmy metę. Z kolei pierwsze samodzielne podróże zbiegły się w czasie z okresem dorastania. Warszawa zafascynowała mnie jako miasto wielkich możliwości i fajnych sklepów (śmiech), kiedy byłam nastolatką. Mogłam mieć góra piętnaście lub szesnaście lat. 
W 2015 roku zjechałam do Warszawy na wakacyjny staż, wiedząc już, że jak tylko skończę studia w Gdańsku, przeniosę się tu na stałe.

R: Jaka była pierwsza rzecz, którą zapamiętałyście z przyjazdu do Warszawy?

MK: W 1992 roku odwiedziłam w Warszawie moją kuzynkę – pamiętam ciągnącą się kolejkę do butiku Moda Polska. To było niezwykłe. Do tej pory został mi w pamięci obraz ogromnego sklepu z pięknymi, w moim ówczesnym odczuciu, ubraniami.

PP: Zderzenie z PKiN, który do dziś robi na mnie ogromne wrażenie. Od zewnątrz, od wewnątrz, na dół i na górę. I te zatkane uszy w windzie… Za radą mamy przełykałam ślinę jak szalona! Pamiętam też wystawę figur woskowych i długie godziny spędzone w nieistniejącym już Muzeum Techniki.
R: Czy teraz nazywacie Warszawę domem?

PP: Mamy rwaną relację, pełną wzlotów i upadków, ucieczek i powrotów, ale pierwszy raz w życiu czuję, że gdzieś zapuszczam korzenie. Po kolejnej półrocznej tułaczce między Trójmiastem i Warszawą, a potem sypiania po znajomych kątach, wprowadziłam się do mieszkania nad Morskim Okiem. Bardzo je lubię, ma dobrą energię, co w końcu daje mi upragnione poczucie bezpieczeństwa.

R: Życie w ciągłej podróży musi być fascynujące, ale też niesamowicie trudne.

PP: Świadomość, że ludzie przyjmują cię i pomagają, jest niesamowicie budująca. Ale prawdę mówiąc, bardzo zmęczyło mnie życie w zawieszeniu, potrzebowałam własnego miejsca, w którym mogę rozwalić ciuchy bez poczucia, że zagarniam cudzą przestrzeń. W pewnym momencie, niezależnie od stopnia zażyłości, jest to uciążliwe dla obu stron.

R: A Ty, Monika?

MK: Warszawa jest moim domem, ale odkąd mam rodzinę i mieszkanie na Mokotowie, to przywiązania do miasta trochę osłabło. Przede wszystkim rodzina jest moim domem.

R: Miło osiąść w takiej ostoi po długim czasie tułaczki.

MK: To prawda, chociaż zawsze mnie fascynowało to, że mogę zmieścić wszystko, co ważne do jednej walizki. Do dzisiaj pozostała we mnie niechęć do gromadzenia rzeczy. Wolę być w każdej chwili przygotowana do przeprowadzki.

R: To chyba bardzo wyzwalające uczucie.

PP: To prawda. Nie przeprowadzałam się tak często i intensywnie jak Monika, ale ostatnie miesiące spędzone na migrowaniu z miejsca na miejsce uzmysłowiły mi, ile rzeczy (materialnych) nie potrzebuję na co dzień. 
W każdym razie bardzo się cieszę, że w końcu osiadłam na Mokotowie.

MK: Dzielą nas tylko dwa przystanki tramwajowe.

R: W takim razie porozmawiajmy o waszej okolicy. Świadomie wybrałyście tę dzielnicę? Czujecie się lokalnymi patriotkami?

MK: Mieszkałam prawie we wszystkich dzielnicach Warszawy, więc naprawdę mam porównanie. Kocham Starą Ochotę i Żoliborz, ale gdy przyszło wybierać miejsce do zapuszczenia korzeni, wybraliśmy z Kubą Mokotów. Moja siostra mieszka tu z rodziną od 12 lat. Zawsze chciałyśmy mieszkać blisko siebie, więc gdy kupowaliśmy mieszkanie, jednym z kryteriów był „walking distance” na Wiktorską. Poza tym bardzo lubię mokotowską społeczność. Słyszałaś o Gangu Stary Mokotów?

R: Gang Stary Mokotów?

MK: To facebookowa grupa wymiany sąsiedzkiej. Wymieniamy się poradami. Można się dowiedzieć, gdzie kupić tofu w niedzielę albo gdzie na ostatnią chwilę znaleźć dobrą krawcową.

PP: Można też np. odsprzedać coś za symboliczną kwotę. Walutą jest czw i bw – czerwone i białe wino.

MK: No i jest też kawiarnia Relaks. Siedem lat temu nie było wielu takich miejsc. Może teraz odwiedzam ją rzadziej, ale kiedyś często tam bywałam. Wielu ludzi znam właśnie z Relaksu. Klimat trochę jak w serialu Friends, zawsze wpadniesz na kogoś znajomego. Mokotów to dla mnie również Królikarnia. Teraz jest bardziej zatłoczona, ale kiedyś w weekend można było tam przyjść z kocem, położyć się na trawie i pobyć z dala od miejskiego zgiełku.

PP: Dla mnie Królikarnia to namiastka nadmorskiego spokoju. Idę zatłoczoną Puławską i nagle skręcam do pięknego, cichego parku. Latem chodzę tam na Brzaski. Nie są dla mnie jednak formą afteru, bo rzadko kiedy imprezuję. Po prostu nastawiam budzik na 3:30, wstaję, zabieram herbatę w termosie i idę. A na miejscu jem tosty. To najlepszy wakacyjny początek dnia.
Ale wracając do pytania o to, czy czuję się mokotowskim lokalsem – nie wiem, czy już mogę się nim nazwać, ale dobrze mi tu. Zza okna widzę Morskie Oko, vis a vis mam ulubiony warzywniak Zielony Raj. Najlepszy w mieście, bez dwóch zdań.

R: Gdzie on jest?

PP: Przy Puławskiej, zaraz za kamienicą Wedla. Jedyne, co bym w nim zmieniła, to pakowanie owoców i warzyw w plastikowe torby, ale Gang już nad tym pracuje.

MK: Jest jeszcze Nowy Teatr!

PP: To też wspaniałe miejsce. Często się tam spotykamy i pracujemy.

MK: Dodatkowo na Mokotowie są przepyszne lody Jednorożec, fantastyczne Kino Iluzjon i kawiarnio-ciastkarnia Kryś. Ze względu na dietę, odwiedzam ją rzadziej niż kiedyś, ale gdy przyjeżdżają do nas w gości teściowie, kupujemy tam rogaliki z białym makiem i ciasto drożdżowe z kruszonką. Na rogu Dąbrowskiego i Alei Niepodległości, dwa kroki od mieszkania mojej siostry, mieści się mój ulubiony warzywniak, tak zwana Buda. Pracuje tam duża przesympatyczna rodzina. Gdy zabraknie mi gotówki, mówią mi, żebym się nie przejmowała, dopłaci za mnie moja siostra (śmiech).

PP: Tak naprawdę na Mokotowie wszystko jest w zasięgu ręki. Mamy też świetne knajpy i jadłodajnie – Tbilisi, Syryjka, Ciao a Tutti, Wege Małpa, Regeneracja, przywoływany już Relaks.

MK: Mokotów to dla mnie przede wszystkim ludzie. Mamy tu mnóstwo znajomych. Czasem nie jestem pewna, czy znałam ich wcześniej, czy poznaliśmy się na Mokotowie.

R: Myślicie, że Warszawa to miejsce, w którym można być samotnym?

MK: Wszędzie można się poczuć samotnym.

PP: Samotność jest pojęciem względnym. Można czuć się odizolowanym przez zbyt szybkie tempo życia i anonimowość. W tym sensie duże miasta jej sprzyjają, ale to żadna reguła.

R: A jak wy się poznałyście?

PP: Przez internet (śmiech).

MK: Tak, Paulinka kupowała u mnie czapki.

PP: Jako nastolatka z zapartym tchem śledziłam bloga chłopaka Moni, Kuby Dąbrowskiego. Potem przyszedł czas na pierwszą Córkę Rybaka. Byłam akurat w Warszawie, więc poszłam ją odebrać osobiście. Zostałam na śniadaniu, rozgadałyśmy się, a że akurat miałam złamane serce, od razu weszłyśmy na poziom szczerości zarezerwowany dla starych znajomych.

MK: Złapałyśmy dobry kontakt. Później narodziła się idea współpracy. Pomysł na Element Żeński, który nie był wtedy jeszcze nazwany, kiełkował w mojej głowie już od paru lat. Na początku chciałam zaglądać dziewczynom do kosmetyczek, a dopiero później pomysł ewoluował w stronę rozmów. Widziałam w Paulinie bratnią duszę i poczułam, że razem zrobimy to najlepiej.

R: Co Wam daje praca razem?

PP: Myślę, że się uzupełniamy i wzajemnie od siebie uczymy. Różnica wieku działa na naszą korzyść. Czasem się zderzamy, ale wynika to najczęściej z zupełnie innego trybu życia. Monika ma rodzinę, ja nie jestem od nikogo zależna. Kiedy ona wstaje, ja śpię dopiero od dwóch, trzech godzin. W przeciwieństwie do niej, nie należę do rannych ptaszków – najlepiej pracuje mi się w nocy.

MK: Łączy nas też miłość do przecinków (śmiech). Z przyjemnością Ci je poprawimy, jeśli będziesz chciała! Ważne są też dla nas szczerość w komunikacji i niechęć do sztuczności. Widać to w naszych rozmowach i fotografiach.

PP: I niezgrabne nogi! Podczas tworzenia Elementu, dowiedziałyśmy się, że wiele dziewczyn ma z tym problem.

MK: I ładne pupy! Mamy niezgrabne nogi, ale świetne pupy!

R: Co Wam dał Element Żeński? Co było dla Was najbardziej wartościowe? Czy to było właśnie uświadomienie sobie, że nie wszystkie jesteśmy idealne, a każda z nas inna i piękna na swój własny sposób?

MK: Dokładnie to, o czym mówisz. Mogłybyśmy rozmawiać godzinami o tym, jak wygląda wizerunek kobiet kreowany przez media społecznościowe, z jakimi frustracjami to się wiąże. Podczas rozmów okazywało się, że nasze bohaterki, w naszych oczach idealne, mają mnóstwo niepewności związanych ze swoim wyglądem i duży sprzeciw na szerzony przez kobiecą prasę i media społecznościowe przymus bycia piękną, niesamowitą, idealną. Uświadomienie sobie, że większość z nas tak się czuje, zmniejsza ciśnienie. To nie z nami jest coś nie tak, tylko ze światem, w którym żyjemy. Podczas naszych wywiadów każda dziewczyna mówi jakieś mocne zdanie, które we mnie zostaje. Olga Sikorska powiedziała na przykład, że wszystkie obsesje są w nas – ludzie z zewnątrz ich nie widzą. Powtarzam to sobie za każdym razem, gdy mam gorszy „wizualnie” dzień. Często skupiamy się na kompletnie nieistotnych drobnostkach, które nam przeszkadzają w naszym wyglądzie. Przy czym ja prędzej zauważę u kogoś ładny uśmiech niż niezgrabne nogi. Większe wrażenie robią na mnie ludzie z charyzmą i błyskiem w oku, niż ludzie o idealnych proporcjach ciała i twarzy. Oczywiście jedno drugiego nie wyklucza.

PP: Dla mnie początki Elementu były kubłem zimnej wody i lekcją samoakceptacji, której nie dostałam w domu. Te przeszło dwa lata bardzo mnie psychicznie podbudowały. Muszę dalej pracować nad poczuciem własnej wartości, ale każda rozmowa jest dla mnie jak uścisk. Przytulam się sama do siebie i do dziewczyn, które się przed nami otwierają. Pracę nad każdym materiałem traktuję bardzo personalnie.

MK: Myślę, że jesteśmy w Polsce mocno na bakier z poczuciem własnej wartości. To z kolei przeradza się czasem w zadęcie, które – umówmy się – jest również na warszawskich ulicach. Zadęcie przykrywa kompleksy. Gdyby ludzie lepiej o sobie myśleli, byliby mniej spięci swoim wyglądem. Mam wrażenie, że my Polki, bardziej staramy się ładnie wyglądać, niż nasze koleżanki z Berlina czy Paryża. Tam widzę więcej luzu.

PP: Jesteśmy strasznie spięci. Wynika to i z braku ciągłości historycznej naszego kraju, i położenia geopolitycznego, i z utartych stereotypów, i zbiorowej mentalności. Jako społeczeństwo pozwalamy sobie na często krzywdzące oceny – nie tylko wobec siebie samych, ale też obcych. Nie tak dawno rozmawiałyśmy na ten temat z Victorią Kapriz, Rosjanką, która nie mogła zrozumieć, dlaczego w Polsce kiedy się wystroi, umaluje, głośno zaśmieje, czuje na sobie pobłażliwe spojrzenia. Ludziom nie jest łatwo zaakceptować, że ktoś może po prostu ładnie wyglądać i świetnie się bawić.

MK: Po latach spędzonych w gwarnych, wesołych Włoszech, cały czas dziwi mnie grobowa cisza w środkach komunikacji miejskiej. Ludzie rzadko do siebie zagadują. Nie licząc narzekania w kolejce do lekarza.

R: Jakie są warszawianki? Za jakimi dziewczynami oglądacie się na warszawskich ulicach?

MK: Cenię u innych charyzmę, autentyczność i uśmiech. Dziewczyna, za którą się oglądam, niekoniecznie musi być modnie ubrana. Lubię zaskakujące, nieoczywiste zestawienia czy pozornie niepasujące kolory. Zwracam uwagę na ciekawe dysproporcje w twarzy. Ostatnio zaczęłam oglądać się za kobietami w wieku 50-60 lat, coraz mi do nich bliżej. Szukam pocieszenia, że menopauza nie musi być tożsama z utratą atrakcyjności.

PP: Staram się być uważna na ludzi, nie tylko na dziewczyny, choć rzeczywiście to one najczęściej przykuwają moją uwagę. Zdarza mi się na dłużej zagapić, czasem z premedytacją, czasem nieumyślnie, choć czuję, że nie zawsze jest to mile widziane. 
Tak jak Monia i większość bohaterek naszych rozmów najchętniej spoglądam ukradkiem na starsze kobiety, chociaż co raz częściej przypatruję się tym dużo młodszym. Fascynuje mnie powielanie kalek z Instagrama, próby odtworzenia konkretnych makijaży i fryzur, ich polski uliczny wymiar. Przypadki, które mnie interesują, mogłabym wymieniać bez końca – pieprzyk pod okiem, odstające uszy, buty, z którymi najchętniej bym zwiała, piękny zapach, buchająca pewność siebie.

MK: Lubię jeszcze zgrzyty. Dziura w rajstopach u idealnie ubranej dziewczyny. Sportowe buty do sukienki. Niedbała fryzura do eleganckiej stylizacji. Nudzą mnie idealne, dopracowane w każdym detalu połączenia.

PP: A ja na takie dziewczyny też zwracam uwagę. Mam ochotę je potargać (śmiech).

R: Na koniec wróćmy do warszawskich miejscówek. Jesteście ekspertkami w temacie pielęgnacji. Jakie są Wasze ulubione miejsca, do których chodzicie, aby zadbać o ciało?

PP: Numer jeden to zdecydowanie Ciach Fryzjer, gdzie strzygę się już od jakiegoś czasu. Co ciekawe, trafiłyśmy na siebie dopiero w Warszawie, chociaż obie pochodzimy z Trójmiasta. Nigdy się tam nie spotkałyśmy, mimo że przez jakiś czas mieszkałyśmy dosłownie po sąsiedzku… Katka jest pierwszą osobą, która poprawnie zdiagnozowała stan i rodzaj moich włosów, jednocześnie podsuwając proste rozwiązania, o których wcześniej nie miałam pojęcia. 
W Ciachu poznałyśmy też Mahdieh, wspaniałą dziewczynę z Iranu, która reguluje brwi tradycyjną metodą nitkowania. Zresztą nie tylko brwi – usługa można poszerzyć i o wąsik, i o męski zarost, i włoski na klatce piersiowej czy skroniach. 
Manicure w salonie zaliczyłam trzy razy w życiu – po pierwsze, to naprawdę duży wydatek, po drugie, wolę krótko spiłowaną płytkę i maźnięcie odżywką, i tego potrafię przypilnować sama. Od święta zdarzy nam się podejść do Sosny i Strachoty. Pełen profesjonalizm, blisko, przytulnie, można się i pośmiać, i popłakać.

MK: Paulinka wciągnęła mnie do Ciach Fryzjer, ale polecam też mojego poprzedniego fryzjera, do którego chodziłam przez dziesięć lat – Pawła Jaśniewskiego z Włosów Kępa. 
Usługi pielęgnacyjne są niestety kosztowne, więc nie korzystam z nich zbyt często. Jeśli chodzi o paznokcie, nie mam ogromnego rozeznania, ale również podoba mi się u Sosny i Strachoty. Manicure u nich nie przypomina wizyty w punkcie usługowym, ale fajną babską imprezę z pogawędkami. Kolejna osoba godna zaufania i polecenia to pani Małgosia Bąk, fizjoterapeutka, która wyleczyła mnie z bólu łopatki i puchnących nóg. Pacjentów przyjmuje w Ufmedzie przy Dobrej na Powiślu. Obie chodzimy do niej na drenaże limfatyczne i masaże lecznicze, w tym bardzo bolesny masaż powięziowy.
Dwa razy w tygodniu jesteśmy w Warsaw Dance Department na zajęciach z języka ruchowego Gaga z Adi Weinberg. Uczymy się kompleksowej świadomości ciała – od czubka głowy po końcówki palców.

PP: I Studio Sante – wspaniałe miejsce na relaks w bardzo przystępnej cenie. Uzdrowisko znajduje się na Żeraniu i należy do firmy produkującej zdrową żywność. To dość spory kompleks, w którym skorzystacie z fenomenalnych saun (m.in. japońskiej i fińskiej), łaźni parowej, basenów wychładzających, i jacuzzi z minerałami. W tygodniu, od poniedziałku do piątku włącznie, za, powiedzmy, dwugodzinny pobyt w Sante przyjdzie nam zapłacić czterdzieści złotych. Myślę, że każdy może sobie pozwolić na taką przyjemność raz w miesiącu.

MK: Zapomniałam wspomnieć jeszcze o niszowych perfumeriach, które lubimy: GaliLu, Mood Scent Bar, Quality Missala. Bardzo polecamy te miejsca!

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik