Salar Farsi

Brunet Kafe przy ul. Miodowej

Brakuje nam ciekawości. Widzimy człowieka i zakładamy, że już wszystko o nim wiemy.

Salar Farsi pochodzi z Iranu. Mieszka w Polsce od dziesięciu lat. Przy ulicy Miodowej stworzył Brunet Kafe – kawiarnię w starym stylu – gdzie ludzie mogą godzinami gadać i zawsze spotkać właściciela. Salar opowiada nam o swojej Warszawie, ale z jego opowieści wyłania się właściwie obraz całej Polski – kraju, który się kocha, ale który jednocześnie potrafi sprawić wiele bólu. W Brunet Kafe kilkakrotnie wyłamywano zamki, rysowano szyby i zostawiano w drzwiach kartki z groźbami. Salar padał wiele rady ofiarą rasistowskich zaczepek. Kiedyś czuł strach przed atakującymi, ale teraz się do nich uśmiecha – kiedy tak wiele razy odczuwasz lęk, przestajesz się bać. W Brunet Kafe – przy pysznej herbacie – rozmawiamy o dorastaniu w Teheranie, samotności w Warszawie i strachu Polaków przed odmiennością.

Rozmowwa: Urodziłeś się w Iranie podczas trwania wojny iracko-irańskiej. Jak wojna wpływała na wasze życie?

Salar Farsi: Urodziłem się w Teheranie w 1986 roku. Nie mam zbyt wielu żywych wspomnień związanych z wojną, bo konflikt zakończył się w 1989 roku. To najdłuższa wojna konwencjonalna XX wieku – z walką pozycyjną i użyciem broni chemicznej. Zginęły w niej setki tysięcy ludzi.
Pamiętam dźwięk syren, które wyły podczas bombardowań. Pewnego razu w czasie takiego bombardowania bawiłem się w moim pokoju na górze i nagle zorientowałem się, że jestem sam. Cała moja rodzina schowała się do schronu – dopiero po wszystkim okazało się, że o mnie zapomnieli (śmiech).

R: Co pamiętasz z wczesnych lat dzieciństwa?

SF: Miałem cudowne dzieciństwo. Mieszkaliśmy z rodziną w wielkim dwupiętrowym domu. Najwcześniejsze wspomnienie? Mama robiła pyszny sos pomidorowy. Kazała mi i bratu wchodzić do wielkich garnków i ugniatać pomidory stopami (śmiech). Pamiętam, że co piątek jeździliśmy całą rodziną na piknik. W ogóle posiłki były w naszej rodzinie najważniejszym rytuałem w ciągu dnia – czekaliśmy, aż wszyscy wrócą do domu i zawsze jedliśmy razem.

R: Opowiedz o swoich rodzicach.

SF: Mój tata był elektrykiem. Miał sklep z AGD i naprawiał sprzęty. Pewnego dnia przyszła do jego sklepu piękna kobieta z zepsutym radiem. Zaczęli rozmawiać. Okazało się, że mieszkają bardzo blisko siebie. Od tego czasu wybierał inną drogę do pracy, żeby przejść obok jej domu. Tą kobietą była moja mama. Pracowała jako pielęgniarka, a później zajęła się domem i wychowywaniem nas.

R: Byłeś dobrym uczniem?

SF: Raczej przeciętnym. Nigdy nie byłem najlepszy. Wiedziałem, że muszę pracować więcej niż inni. Ale nie poddaję się łatwo i nie boję się ryzyka. Jeśli coś mi sprawia przyjemność, próbuję do skutku. A lubię zdobywać wiedzę.

R: Jak wygląda szkoła w Iranie? Jak oceniasz tamtejszą edukację?

SF: Wydaje mi się, że system edukacji źle działa, niezależnie od miejsca. Nieważne, czy żyjesz w demokratycznym kraju, czy w autorytarnym. W szkole od najmłodszych lat uczą nas przede wszystkim patriotyzmu, nastawionego wrogo do odmienności. Nie kształcimy się w przekonaniu, że każde miejsce na świecie jest naszym domem. Wydaje mi się, że dzieci mają bardzo otwarte głowy, dopóki szkoła, społeczeństwo czy media nie wpoją im strachu przed innością. Nie uczymy się szacunku dla wartości odmiennych od naszych.

R: Wyjechałeś z Iranu w wieku 17 lat.

SF: To był przypadek. Leżałem na kanapie przed telewizorem. Wpatrywałem się w gazetę leżącą na ziemi i przeczytałem ogłoszenie o studiach w Armenii. Myśl o studiach za granicą nie dawała mi spokoju. Żeby pokazać rodzicom, jak bardzo mi zależy, mówiłem do nich tylko po angielsku (śmiech). Nie możesz mówić po persku? – pytała mama. „Muszę ćwiczyć, będę międzynarodowym studentem!” – odpowiadałem. W końcu mój tata powiedział, że jeśli chcę wyjechać, muszę załatwić wszystko sam. Sprawdziłem adres biura, do którego miałem zanieść dokumenty. Nie było wtedy internetu, więc rozłożyłem wielką mapę Teheranu i zacząłem rozpracowywać drogę. Teheran jest ogromnym miastem, dziesięć razy większym niż Warszawa. Dojazd do biura zajął mi kilka godzin. Otrzymałem listę dokumentów i zaczął się długi proces ich kompletowania. Dostałem paszport i wyjechałem.

R: Jak myślisz, dlaczego chciałeś wyjechać? Jakie myśli towarzyszą siedemnastolatkowi, który sam wyrusza w świat?

SF: Byłem ciekawy świata. Cieszę się, że rodzice mi zaufali i zgodzili się na mój wyjazd. Nie było wtedy tak rozwiniętej technologii jak dziś. Nie mogliśmy porozmawiać przez Skype – międzynarodowe rozmowy telefoniczne kosztowały fortunę. Jestem wdzięczny rodzicom za wsparcie i za to, że chcieli, żebym znalazł moją życiową drogę.

R: Tęsknisz za nimi?

SF: Kocham rodziców. Jesteśmy bardzo blisko – nawet jeśli nie jest to związane z fizyczną obecnością.

R: Pojechałeś na studia do Armenii. Jak wspominasz ten czas?

SF: Młodość moich rodziców przypadła na czasy przed rewolucją. Mogli podróżować. Po rewolucji wszystko się zmieniło – Iran stał się zamkniętym krajem. Wyjazd był dla mnie szokiem. Myślałem, że cały świat wygląda jak Teheran, a zobaczyłem zupełnie inną rzeczywistość. Zacząłem studia informatyczne na Politechnice. Na początku byłem zachwycony, ale wraz z upływem czasu zacząłem dostrzegać, jak bardzo ten kraj jest komunistyczny. Panowała korupcja – jeśli chciałeś coś załatwić, musiałeś dać łapówkę. A ludzie? Też nie zachowywali się zbyt miło i tolerancyjnie. Chociaż nie było w Armenii dyktatury jak w Iranie, to panowały bardzo silnie zakorzenione tradycje. Ze śmiesznych historii pamiętam, że przezywali mnie „dziewczyną”, bo chodziłem w jeansach, które były zarezerwowane dla kobiet – mężczyźni musieli nosić materiałowe spodnie. Lubiłem ubierać się kolorowo, a kolor był domeną kobiet – mężczyźni chodzili w czerni i nosili bardzo krótkie włosy, przycięte na milimetr. Wydaje mi się, że byliśmy pierwszą falą obcokrajowców na wymianie naukowej.

R: Po studiach wróciłeś do Iranu?

SF: Tak, ale pod koniec pobytu w Armenii już myślałem o wyjeździe do Polski.

R: Nie chciałeś wrócić? Nie tęskniłeś za rodziną?

SF: Przyzwyczaiłem się. Wydaje mi się to piękne – potrafimy się adaptować do nowych warunków. Ale chyba nie mam też takiej osobowości, że tęsknię. Uważam, że tęsknota to uczucie wewnątrz, o którym nie trzeba mówić.

R: Skąd pomysł wyjazdu do Polski?

SF: Przypadek (śmiech). W ogóle wydaje mi się, że przypadki warunkują nasze życie. Należeliśmy ze znajomym do młodzieżowej organizacji AIESEC i on podrzucił mi pomysł wyjazdu do Polski. Myśleliśmy, że będzie to kraj mniej komunistyczny i bardziej interesujący niż Armenia. Złożyliśmy dokumenty również do Węgier i Czech, ale nie braliśmy pod uwagę krajów zachodnich, bo było w nich bardzo drogo. Zostaliśmy przyjęci na Uniwersytet Warszawski na kierunek International Business Management. Nie znaliśmy nikogo w Polsce. Na początku mieszkaliśmy w hotelu Atos. Na szczęście jedna z wykładowczyń wynajęła nam mieszkanie przy ulicy Nowolipki. Po roku zmieniłem kierunek. Poszedłem na stosunki międzynarodowe.

R: Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po przyjeździe do Warszawy?

SF: Muszę być z Tobą szczery. Pierwsze wspomnienie? Na lotnisku Chopina dałem policjantowi paszport. Popatrzył na mnie. Na paszport. Znowu na mnie. I powiedział: „Kurwa, paszport”.

R: Naprawdę? Chciał w ten sposób wyrazić rozczarowanie, że masz dokument?

SF: Nie mam pojęcia. Byłem bardzo ciekawy, co znaczy „kurwa”. Na zajęciach od razu zapytałem o to koleżanki (śmiech). A drugie wrażenie? Pomyślałem, że Warszawa jest bardzo czystym miastem.

R: A ludzie?

SF: Jak tu przyjechałem, nie wiedziałem, że “no” znaczy po polsku „tak”. Cały czas słyszałem to słowo w rozmowach i pomyślałem sobie, że Polacy są strasznymi pesymistami (śmiech).

R: Czułeś, że ludzie Cię akceptują?

SF: Wiesz, jeśli jesteś obcokrajowcem w Polsce, to chyba lepiej, żebyś się nie uczył języka polskiego. Nie rozumiesz wtedy obelg i nieprzyjemnych haseł. Odkąd więcej rozumiem, więcej czytam, zmieniłem zdanie o Polakach. Wcześniej miałem ich za bardzo otwartych i tolerancyjnych.

R: Czułeś się tu obco, ale nie mogłeś wrócić do Iranu z powodu pracy magisterskiej, którą napisałeś w Polsce.

SF: Tak. Napisałem pracę „Polityka zagraniczna Iranu po rewolucji 1979 roku”. Mocno skrytykowałem władze. Napisałem prawdę. Przykład? Iran sprzedając ropę, wspiera Hamas i Hezbollah. Państwo nie nazywa ich terrorystami, ale dla mnie każdy, kto zabija niewinnych ludzi, jest terrorystą. To, co Amerykanie robili w Iraku, to dla mnie również akt terrorystyczny. Nieważne, że robili to w imię demokracji.

R: Jak władze w Iranie dowiedziały się, o czym napisałeś swoją pracę?

SF: Kiedy skończyłem studia, nie chciałem zostać w Polsce. Wróciłem do Iranu. Problem był taki, że moje dyplomy nie miały w Iranie żadnej wartości. Musiałem iść do Ministerstwa Edukacji i ubiegać się o nostryfikację stopni naukowych. Zaniosłem tam wszystkie dokumenty m.in. pracę magisterską. Spytałem nawet taty, czy jego zdaniem to nie problem, że krytykowałem w niej władze. Myśleliśmy, że nikt jej nawet nie przeczyta. Że to tylko biurokratyczne procedury.

R: A jednak przeczytali.

SF: Tak (śmiech). Trwało to bardzo długo. Miałem mieszkanie w Warszawie i tata poradził mi, żebym czekając na odpowiedź z ministerstwa, wrócił do Polski i je sprzedał. Przyjechałem, zgłosiłem się do agenta nieruchomości i czekałem. Trwało to chyba ze dwa miesiące. Pewnego dnia zadzwoniłem do domu, ale tata nie odebrał. Powtórzyło się to kilka razy. Od razu pomyślałem, że babcia umarła i nie chcą mnie martwić. Po jakimś czasie ojciec zadzwonił z anonimowego numeru i powiedział, że służby wtargnęły do domu i zabrały mój laptop. Zorientowałem się, że chodzi o moją pracę magisterską. W Iranie za takie rzeczy idzie się do więzienia. Władza w latach 1982-1986 zabiła za poglądy około milion osób. Istniała więc realna szansa, że jeśli wrócę, pójdę do więzienia. Musiałem zostać w Polsce. Poszedłem do Biura Spraw Uchodźców i złożyłem wniosek o azyl polityczny.

R: Czyli pisząc swoją pracę, nie zdawałeś sobie sprawy z konsekwencji?

SF: W Iranie obracałem się w liberalnych środowiskach. Później jako bardzo młody człowiek wyjechałem. Nie znałem tych realiów. Nie wiedziałem, że ryzyko jest tak wielkie. Jak teraz o tym myślę, żałuję. Mogłem siebie ocenzurować. Przez jedną głupotę musiałem zmienić całe swoje życie.

R: Gdybyś nie wrócił, aby sprzedać mieszkanie, mógłbyś zostać aresztowany.

SF: Znowu przypadek (śmiech).

R: Co pomyślałeś, gdy dotarło do Ciebie, że musisz tu zostać? Dlaczego nie pojechałeś na zachód?

SF: Nie wiem. Nigdy nie byłem i nadal nie jestem gotowy na bycie uchodźcą. Pomyśl, że jesteś w ciąży i nie jesteś zupełnie gotowa, żeby być matką. Ale ten proces już się rozpoczął. Byłem w szoku. Nie miałem nikogo w innych krajach. A w Polsce miałem znajomych. Wiedziałem, gdzie są urzędy (śmiech). Chyba im jestem starszy, tym mniej chcę ryzykować.

R: Co robiłeś przed Brunet Kafe?

SF: Zawsze lubiłem próbować nowych rzeczy. Przed założeniem kawiarni odbyłem kilka staży w organizacjach pozarządowych, ale to nie było dla mnie. Później zacząłem pracę w gastronomii. Zrobiłem szkolenie, żeby zostać baristą – zacząłem pracować kolejno w Flying Bistro na lotnisku, Empik Cafe, So Coffe!, Cheers Bar i Coffe Tube. A potem stwierdziłem, że to jednak nie dla mnie i zostałem fryzjerem. Pracowałem w salonie Cagiel. Nie wiedziałem, kim chcę być. Myślę, że trzeba spróbować wielu rzeczy w życiu, żeby znaleźć swoją drogę. Większość ludzi boi się porażki. Strach przed byciem nikim paraliżuje. Ten strach jest nam zaszczepiany podczas dorastania – małe dzieci go nie mają. Nauka chodzenia polega na nieustannym upadaniu i wstawaniu. Dzieci nie mówią: „Wiesz, nie wychodzi mi, chodzenie chyba nie jest dla mnie. Będę raczkował do końca życia” (śmiech).

R: Stwierdziłeś, że chcesz mieć swoją kawiarnię.

SF: Jestem towarzyski i lubię rozmawiać z ludźmi. Zawsze tu jestem. Nie ma wielu takich kawiarni, w których możesz porozmawiać z właścicielem. Stworzyłem miejsce, do którego ludzie lubią wracać i mogą po prostu gadać.

R: Skąd nazwa Brunet Kafe?

SF: Śniło mi się, że otworzyłem drzwi do lokalu, a w środku siedział czarny kruk. On jest brunetem. Ja jestem brunetem. I tak zostało.

R: Twoja kawiarnia została kilkakrotnie zniszczona. Wyłamywano zamki, sprayowano i rysowano szyby, zostawiano kartki z pogróżkami.

Salar się uśmiecha

R: Czemu się uśmiechasz?

SF: A co ja mam robić? (śmiech) Nie można na poważnie o tym myśleć. Przeszedłem różne etapy: strach, ból i śmiech. Kiedy często realizują się Twoje lęki, przestajesz się bać.

R: Już się nie boisz?

SF: Nie. Kiedy widzę porysowane szyby, dzwonię po prostu po firmę, która je naprawi.

R: Jak myślisz, dlaczego ludzie boją się odmienności?

SF: Ludzie przestali mieć wątpliwości. Naziści, którzy dokonali największych zbrodni, nie mieli wątpliwości. Hitler był przekonany, że należy do lepszej rasy. Ludzie, jako jedyny gatunek, mogą dokonywać krytyki własnych myśli, weryfikować przekonania. A jeśli ludzie tego nie robią, zachowują się jak zwierzęta.

R: Co można zrobić, żeby ludzie zaczęli widzieć w inności wartość?

SF: Myślę, że w Polsce ludzie nie są przyzwyczajeni do inności. Nie spotykali wielu obcokrajowców. Żyli w zamkniętym, jednolitym kraju. To jakby powiedzieć starszemu człowiekowi: „Źle oddychasz”. A on oddychał w ten sposób całe życie. Ciężko to zmienić. Bezkrytycznie przyjmujemy informacje prezentowane w mediach i utożsamiamy je z faktami. Brakuje nam ciekawości. Widzimy człowieka i zakładamy, że już wszystko o nim wiemy.

R: Jakie są Twoje miejsca w Warszawie? Dużo wychodzisz?

SF: Nie mam z kim wychodzić. Nie mam tutaj bliskich osób. Mieszkamy z moją dziewczyną dosyć daleko, 70 km od Warszawy.

R: Czujesz się samotny w Warszawie?

SF: Tak, czuję się samotny. Może to moja wina? Może nie potrafię podtrzymywać kontaktów.

R: Myślisz, że przestałeś ufać ludziom?

SF: Być może trochę tak jest. Nie chcę być zraniony. Właściwie całe moje życie to dom i praca. Poza „Brunetem” nie spotykam się często z ludźmi.

R: Dobrze się czujesz poza miastem?

SF: Osiągnąłem dobry balans. Mieszkam na wsi, a pracuję w mieście. Odpoczywam tam od pędu warszawskiej codzienności.
R: Jak porównujesz siedemnastolatka, który wyjechał z Iranu, do siebie teraz – co zmieniło się w Twoim patrzeniu na świat?

SF: Wiele ludzi chce wracać do przeszłość, do młodości. Ja tak nie mam. Lubię to, gdzie jestem. Będąc nastolatkiem, nie wiesz nic o świecie, jesteś niepewny siebie, a największe drobnostki urastają do rangi wielkich problemów. Najtrudniejszy okres to czas przed 30 rokiem życia, kiedy dorastamy i kształtujemy nasze poglądy na świat. Potem codziennie się rozwijamy, choć nigdy nie osiągamy w pełni perfekcji. Największym sukcesem jest walka o to, by każdego następnego dnia popełniać mniej błędów i być trochę lepszym niż wczoraj.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik