Władysław Paweł Jabłoński

Mieszkanie na Mokotowie

Kąpaliśmy się i z mokrymi włosami przyjeżdżaliśmy na zajęcia. Wisła była wtedy przejrzyście czysta.

 

Władysław Paweł Jabłoński. Fotograf. Urodził się 12 kwietnia 1929 roku. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych. Obronił dyplom pod kierunkiem profesora Henryka Tomaszewskiego. Pracował w Polskiej Akademii Nauk i był kierownikiem graficznym miesięcznika Młody Technik. W 1960 roku odbyła się jego pierwsza wystawa fotograficzna pt. Wielki Świat Małych Ludzi, na której zaprezentował około stu dziecięcych portretów. W 1960 roku dostał pierwszą nagrodę exe-quo z Zofią Rydet w konkursie Radość i smutki dziecka. W 1963 jego zdjęcia Stadion Dziesięciolecia i Łakomy staruszek wydrukowano w katalogu konkursowym Word Press Photo. Mieszka na Mokotowie. W swoim mieszkaniu prowadzi prywatną galerię fotograficzną – ściany największego pokoju są całe pokryte zdjęciami z podróży. Jego pasją jest żeglarstwo. Co roku spędza wakacje na Mazurach, żeglując razem z kotką Tora Tora na łodzi Panna Joanna.

Rozmowwa: Gdzie się Pan urodził?

Władysław Paweł Jabłoński: Urodziłem się na wsi – w Makowie w powiecie skierniewickim. Mieszkałem tuż przy szkole, w której mój ojciec był nauczycielem. O godzinie ósmej, kiedy dzwoniono na lekcje, wyskakiwaliśmy z ojcem z łóżka, ubieraliśmy się prędko i biegliśmy do szkoły.

R: Jakie są Pana najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa?

WPJ: Uwielbiałem czytać. Jedna z moich pięciu ciotek pracowała w księgarni nauczycielskiej. Dzięki niej miałem dostęp do wielu wspaniałych książek, które były wtedy bardzo drogie. Pierwsza, którą pamiętam, to 120 przygód Koziołka Matołka. Do tej pory znam ją na pamięć. Wspominam też nasze ostatnie wakacje przed wojną. W sierpniu 1939 roku pojechaliśmy z ojcem nad morze – zaledwie miesiąc przed rozpoczęciem wojny. Przedwojenny świat był zupełnie inny, piękny i beztroski.

R: Co było pięknego w tym świecie?

WPJ: Był pięknie różnorodny. W powiecie skierniewickim mieszkało ponad 40 procent Żydów. Ojciec zamontował mi krzesełko z poduszką przy kierownicy swojego roweru i jeździliśmy do Skierniewic do krawca, który był Żydem. Przygotowywał dla taty najlepsze materiały, dokładnie wszystko mierzył i zapisywał. Jeździliśmy wiele razy do przymiarek. Po kilku latach kiedy garnitur się niszczył, Żyd pruł szwy żyletką, wywracał materiał na drugą stronę, prał i licował. Po paru latach ja nosiłem ten sam garnitur. W dzisiejszym świecie raczej niczego się nie naprawia. Wszystko szybko wyrzucamy. Kiedyś ludzie też bardziej sobie ufali – wszystko było „na gębę”. Nietaktem było prosić o umowę lub brać zaliczkę.

 

R: Jak to się stało, że przyjechał Pan do Warszawy?

WPJ: Moja matka zmarła dwa lata przed wojną. Była bardzo młoda. Miała 29 lat. Po roku mój ojciec ponownie się ożenił i wtedy przenieśliśmy się do Skierniewic. Tam chodziłem do szkoły powszechnej i na tajne komplety. Po maturze zdałem na architekturę na Politechnice Warszawskiej. Wytrzymałem tam tylko pół roku – miałem poważne problemy z matematyką. Na całe życie zapamiętam jednak wykłady profesora Jerzego Hryniewickiego. Prowadził tak wspaniałe zajęcia z historii architektury, że pod koniec wszyscy studenci wstawali i bili brawo. Hryniewicki razem z Markiem Leykamem i Czesławem Rajewskim zaprojektował Stadion Dziesięciolecia.

R: Jak trafił Pan na Akademię Sztuk Pięknych?

WPJ: Mój wuj pracował w wydawnictwie Nasza Księgarnia. Tam poznałem grafika Ludwika Maciąga, który robił ilustracje do pisma Płomyk. To on zaproponował mi, żebym poszedł na Akademię Sztuk Pięknych. Nie sądziłem, że się nadaję, ale zacząłem szkicować portrety ludzi podczas podróży pociągiem do Skierniewic. Przygotowałem teczkę i dostałem się na wydział grafiki.

R: Obronił Pan dyplom pod kierunkiem wybitnego grafika i ilustratora Henryka Tomaszewskiego.

WPJ: Na piątym roku wybrałem plakat jako specjalizację. Prowadził ją Henryk Tomaszewski z Janem Lenicą. Tomaszewski był wybitnym profesorem. Nie mówił nam, jak mamy rysować. Dawał dużą swobodę i pozwalał kształtować własny styl.

R: Jaka była wtedy atmosfera studiowania?

WPJ: Wszystko gwałtownie zmieniło się w okresie stalinowskim. Mówiono nam, że sztuka ma być socjalistyczna w treści, a realistyczna w formie. Zaczęliśmy się buntować – nie pozwalaliśmy sobie wmawiać bzdur.

R: Jak się buntowaliście?

WPJ: Wszyscy byliśmy zmuszani do pójścia na pochód pierwszomajowy. Każdemu wręczali szturmówkę. Przychodziliśmy w okolice Grzybowskiej, gdzie zaczynał się pochód. Chodziło o to, aby jak najszybciej się tych szturmówek pozbyć. Dawaliśmy je przypadkowym ludziom do potrzymania pod pretekstem zawiązywania buta i uciekaliśmy.

R: Gdzie studenci chodzili po zajęciach?

WPJ: Pamiętam, że profesor Tomaszewski przychodził na zajęcia około godziny 11:00. My musieliśmy być na Akademii już o 9:00, ale uciekaliśmy nad Wisłę. Wsiadaliśmy do tramwaju i jechaliśmy na drugą stronę rzeki, gdzie znajdowały się piękne plaże, boiska do siatkówki i kajaki. Woda była wtedy przejrzyście czysta.

R: Właśnie, podobno w Wiśle można było kiedyś łowić raki. Czy to prawda?

WPJ: Tak, Wisła była wtedy przejrzyście czysta. Kąpaliśmy się i z mokrymi włosami przyjeżdżaliśmy na zajęcia. Po lekcjach chodziliśmy do kawiarni Krzywe Koło na Starym Mieście. Mieliśmy też organizację Towarzystwo Bratniej Pomocy Studentów Akademii Sztuk Pięknych. Każda uczelnia miała taką wspólnotę. Nazywało się je „bratniakami”.

R: Czemu służyła taka organizacja studencka?

WPJ: Płaciliśmy co miesiąc niewielkie pieniądze i wspólnie sobie pomagaliśmy. Była jeszcze YMCA, czyli Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej. Tam spotykali się harcerze. W okresie stalinowskim wszystkie podobne instytucje zostały rozwiązane. Teraz w dawnej siedzibie organizacji YMCA i Rozgłośni Harcerskiej mieści się Teatr Buffo.

 

 

R: Jak zmieniały się Pana warszawskie adresy?

WPJ: Zamieszkałem u mojej ciotki na Żoliborzu przy ulicy Słowackiego, niedaleko placu Wilsona. Wynajmowaliśmy pokój z dwoma kolegami z Akademii. Nie mieliśmy centralnego ogrzewania ani ciepłej wody. Paliliśmy w piecu, ale rano było już tak zimno, że para leciała z ust. Później przeniosłem się do Domu Studenckiego „Akademik” przy ulicy Uniwersyteckiej. Tam mieszkałem w pokoju z czterema kolegami. Pamiętam zabawną historię związaną z „Akademikiem”. Kiedyś po drugiej stronie naszej ulicy organizowano obchody Bożego Ciała. Zebrał się spory tłum ludzi. Koledzy z sąsiedniego pokoju usiedli na parapetach i zaczęli robić straszny hałas – uderzali łyżkami w butelki i krzyczeli. Modlące się kobiety zaczęły biec w naszym kierunku. Zaryglowaliśmy drzwi. Gdyby dostały się do środka, na pewno wydłubałyby nam oczy. Po okresie mieszkania w akademiku zacząłem myśleć o własnym mieszkaniu. Poznałem wtedy moją żonę. Zauważyłem ją w pociągu do Skierniewic. Studiowała medycynę i jeździła się uczyć do biblioteki na Koszykową. Czekałem na nią do późnej nocy i czytałem Balzaca albo Anatole France’a. Kiedy kończyła się uczyć, odprowadzałem ją do Dziekanki – akademika dla dziewcząt na Krakowskim Przedmieściu. Nieźle zarabiałem, bo zaangażowałem się w organizację wystaw m.in. Targów Poznańskich, ale w Warszawie ceny mieszkań były zawrotne. Najmniejszy pokoik kosztował 500 tys. złotych. Zacząłem szukać dla nas domu pod Warszawą. Znalazłem mieszkanie za Rembertowem, w Wesołej. Zdobycie tych pieniędzy to był duży wysiłek, ale się udało. Zamieszkaliśmy tam z żoną. Potem mieszkaliśmy na Sewerynów, niedaleko Pałacu Staszica. Chociaż mieliśmy tylko 20 m2, kuchenkę dwupalnikową, radio i tapczan, byliśmy bardzo szczęśliwi.

R: Wtedy zaczęła się Pana przygoda z fotografowaniem?

WPJ: Tak, zacząłem wtedy pracować w Polskiej Akademii Nauk. Poszukiwali pracownika do działu Bibliografii i Dokumentacji Naukowej. PAN dostawał pięknie oprawione białe kruki i potrzebowali kogoś, kto będzie je selekcjonował do fotografowania. Mieliśmy dużą pracownię. Nikt w Polsce nie miał dostępu do tak wspaniałego sprzętu fotograficznego. Mieliśmy kolorowe filmy, a w tamtym czasie nikt nie fotografował w kolorze. Tam nauczyłem się wszystkiego o fotografii.

R: Potem został Pan zatrudniony w Młodym Techniku. W czasie kiedy w Polsce panował PRL, mógł Pan zwiedzać zupełnie inny świat. Co dały Panu podróże?

WPJ: Zacząłem pracować w Młodym Techniku jako grafik. Korzystałem z doświadczenia, które zdobyłem w Robotniczym Towarzystwie Pomocy Dzieciom na Rakowcu, gdzie uczyłem grupę chłopców majsterkowania. W Młodym Techniku miałem nieograniczone możliwości. Byłem odpowiedzialny za układ graficzny całego magazynu. Wymyśliłem podtytuł – Sto stron o nauce i technice. Jeśli chodzi o podróże – udało mi się zwiedzić cały świat. Miałem dwa aparaty Exacta. Kupowałem sobie 300 metrów filmu i bez przerwy fotografowałem. Dwa tygodnie pracowałem od rana do nocy w redakcji, a dwa tygodnie podróżowałem. Szef wyznaczał mi mnóstwo delegacji. Jeździłem m.in. do Czechosłowacji, Związku Radzieckiego i na Węgry. Delegacje były związane z międzynarodową przyjaźnią demoludów. Najważniejszą rzeczą, które dały mi podróże, są tysiące zdjęć.

R: Tęskni Pan za podróżami?

WPJ: Bardzo tęsknię. Teraz wyjeżdżam głównie na Mazury. Płynę tam moją łodzią, którą sam zbudowałem. Nazwałem ją Panna Joanna.

R: Dlaczego Panna Joanna?

WPJ: Moja córka ma tak na imię. Wybudowałem tę łódź, kiedy się urodziła.

R: Za czym jeszcze Pan tęskni?

WPJ: Tęsknię za moimi dziećmi, kiedy były małe. Gdy moja córka miała dwa lata, przytulała się mocno do mojej szyi, rozglądała się, czy mama nie słyszy, a potem szeptała mi do ucha: „Tato, ciebie kocham najmocniej!”. Czy może być coś piękniejszego?

R: Gdzie lubi Pan w Warszawie bywać ?

WPJ: Lubię Nowy Świat. Latem, koło godziny 16:00-17:00. Zawsze można tam spotkać kogoś znajomego. Nie lubię chodzić do Łazienek, w których spędzałem bardzo dużo czasu, kiedy pracowałem w Młodym Techniku – bardzo tam teraz tłoczno.

R: Czy czuje się Pan samotny?

WPJ: Czuję się samotny. Nie w Warszawie, bo tu zawsze do mnie ktoś wpadnie, ale jak jestem sam na Mazurach. Po pływaniu, przed snem są takie chwile, kiedy naprawdę to odczuwam.

R: Więcej w Panu teraz zgody czy niezgody na przemijanie?

WPJ: Zgody. Powoli szykuję się na moją podróż w jedną stronę, bez biletu powrotnego.

 

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Fotografie: Maciek Niemojewski
Redakcja: Kinga Słowik