Rafał Grobel

Sklep muzyczny Side One/Chmielna 21

Uważam, że żyjemy w pokoleniu, które ma największą moc sprawczą i najwięcej narzędzi do wprowadzenia zmian.
Nasze inicjatywy obywatelskie, oddolne mają moc. Mam przyjemność znać ludzi, którzy tworząc nowe miejsca,
zmienili wizerunek Warszawy.


Rafał Grobel – miłośnik muzyki, DJ, wydawca i twórca projektów muzycznych. Oferuje profesjonalne wsparcie wydawnicze i promocyjne artystom, wspiera kreatywnie proces rozwoju firm i produktów. Jest założycielem labelu S1 Warsaw i MOST Records – eksperymentalnej przestrzeni dla nietuzinkowych projektów muzycznych. Przez wiele lat współtworzył warszawską scenę muzyczną i klubową, przyczyniając się do odwiedzenia Polski przez wielu znanych artystów. Spotykamy się na warszawskim Mokotowie żeby porozmawiać o dorastaniu w Puławach, współczesnym tworzeniu muzyki i nowych, interdyscyplinarnych umiejętnościach, których wymaga współczesna rzeczywistość.

Rozmowwa: Dlaczego spotykamy się na Mokotowie? Jesteś szczególnie związany z tą dzielnicą?

Rafał Grobel: Mokotów jest dla mnie ważny. Nie jestem z Warszawy, ale mieszkam tutaj odkąd osiągnąłem pełnoletność i wyszedłem z domu rodzinnego. Najpierw przyjeżdżaliśmy na wycieczki rodzinne, bo mieszkała tu rodzina mojego ojca, a później jeździłem na samodzielne wyprawy. Od połowy liceum odwiedzałem regularnie studiujących znajomych. Dlaczego Mokotów? Przechodziłem różne etapy. Chyba do niego dorosłem. Jako studenci wynajmowaliśmy mieszkanie w tanim (jeszcze) Śródmieściu. Potem mieszkałem na Ursynowie – było fajnie, zielono, wygodnie i blisko do uczelni. Trend kamieniczno-hipsterski jeszcze się wtedy nie wykształcił. Nie przeszkadzało mi jeżdżenie metrem do centrum, a poza tym nie było jeszcze zbyt wielu fajnych miejsc. Dopiero później wsiąkłem w lokalne, artystyczne środowisko. Wszyscy jarali się Żoliborzem, który doceniam, ale panuje tam „sterylność”, która wydaje mi się sztuczna. Mokotów zachowuje zdrowy balans. Jest bardziej rozproszony i nieoczywisty. Ma swoją dynamikę, ale żeby znaleźć fajne miejsca, musisz je znać. Mogę się zaszyć albo spotkać kogoś, jeśli tego chcę. Jednocześnie postępuje gentryfikacja. Pojawiają się nowe miejsca, kawiarnie, inicjatywy. Mokotów zmienia się na naszych oczach.

R: Jesteś z Puław. Opowiedz o najwcześniejszych czasach, które pamiętasz.

RG: Puławy to specyficzne miejsce. 120 kilometrów od Warszawy – blisko i daleko jednocześnie. Mówiło się, że w Puławach jest „najwyższe pogłowie profesora na mieszkańca”. Mieści się tam sześć albo siedem instytutów naukowych, związanych z weterynarią, epidemiologią, rolnictwem czy… pszczelnictwem. Puławy były miastem dworskim, w którym Izabela Czartoryska założyła pierwsze muzeum w Polsce. Choć brzmi to abstrakcyjnie, to właśnie w tamtejszych zbiorach znajdowała się, będąca ostatnio przedmiotem gorącej dyskusji, „Dama z Łasiczką” Leonarda da Vinci. W latach 60., w czasach industrializacji, powstały tutaj zakłady azotowe, które przyciągnęły specjalistyczne kadry między innymi mojego ojca, inżyniera chemika. Wychowałem się na osiedlu zbudowanym dla pracowników instytutu. Moi „wujkowie” i „ciocie” z bloku pracowali z tatą. Przyjaźniłem się z ich dziećmi. Wszyscy żyliśmy w rytmie systemu pracy zmianowej zakładu. Z dzisiejszej perspektywy – trochę kosmos.

R: Jak byś opisał klimat Twojego dzieciństwa?

DG: Sielanka. Pływaliśmy wycieczkowym statkiem lub jeździliśmy rowerami przez Górki Parchackie do Kazimierza Dolnego. Dzieciaki z Warszawy spędzały tu kolonie i obozy tenisowe. Mieliśmy jeden z największych skateparków streetowych w Polsce, więc organizowaliśmy zawody rolkowe i deskorolkowe. Wychowałem się w bloku, ale nie miałem poczucia, że mieszkałem na „blokowisku”.

R: Co przez to rozumiesz?

RG: Blokowiska widziałem w Warszawie albo w Lublinie, który był inny mentalnie – wschodni, zaściankowy, tradycyjnie katolicki. W Puławach mieszkało 60 tysięcy mieszkańców. Miasto było inteligenckie, zielone, doinwestowane, pełne kultury. Mój kontakt z muzyką zaczął się właśnie od Warsztatów Jazzowych w Puławach, najstarszego przedsięwzięcia tego typu na skalę europejską. Co roku, na dwa tygodnie przyjeżdżali do nas Ewa Bem czy Staszek Sojka aby prowadzić warsztaty. To tutaj talent szlifowały siostry Przybysz, które później założyły Sistars. Jedne z najfajniejszych imprez muzycznych, w których uczestniczyłem, odbywały się podczas letnich koncertów na Festiwalu Filmowym w Kazimierzu. Jednocześnie czuć było nadal punkowy klimat i nowofalową spuściznę zespołu Siekiera, który miał salę prób w moim osiedlowym domu kultury. Gdzieniegdzie pobrzmiewały jeszcze echa problemów z narkomanią (tzw. kompociarze) z lat 80. Kilku gości dosłownie „zeszło” na naszych oczach.

R: Niebezpiecznie? Rodzice puszczali Was „na podwórko”?

RG: Od dziecka miasto było dla mnie mapą działania. Mieliśmy pełną swobodę. Jednocześnie czuło się przemysłowy klimat. Pamiętam, że zakładów pod miastem pilnowała straż. Nocą wjeżdżaliśmy samochodami na skarpę, jaraliśmy jointy, patrzyliśmy na dymiące kominy i wyobrażaliśmy sobie, że są konstrukcjami z Gwiezdnych Wojen. Podczas dni otwartych w zakładach, obserwowaliśmy maszyny, eksperymenty i produkcję saletry. Myślę, że dlatego poszedłem na kierunek inżynierski.

R: Jak wspominasz szkołę?

RG: Odkąd pamiętam kwestionowałem system edukacji. Jeśli się przykładałem, miałem wyniki, ale tylko jeśli temat mnie interesował. W zasadzie przez całe liceum miałem poczucie, że połowa tego co musimy zapamiętywać to bzdury, a wybór profilu klasy jest fikcją. Zacząłem mieć silną potrzebę wyjazdu. Dusiłem się i coraz częściej jeździłem do Warszawy.

R: Dlaczego się dusiłeś?

RG: Zawsze irytowała mnie bierność. Zaczęła mi przeszkadzać małomiasteczkowa powolność, brak oczekiwań. Była we mnie buzująca energia do działania, rodząca się samoświadomość. To co nazywa się lekceważąco „buntem nastolatka” w moim przypadku oznaczało ciągłe kwestionowanie porządku i rozwijanie kreatywności. Dziś, mając 34 lata, uważam, że miałem rację. Jednocześnie doceniam moje dorastanie w Puławach.

R: Pamiętasz co było bezpośrednim impulsem, który sprawił, że zacząłeś działać?

RG: Moja mama zaszczepiała we mnie przekonanie, że najważniejsze jest zabezpieczenie finansowe w życiu. Wszystkie „niepoważne” zajęcia mogą tylko w tym przeszkodzić. Długo żyłem w tym przeświadczeniu. Zdałem na politechnikę, na którą na szczęście nie poszedłem. Studiowałem „Zarządzanie i inżynierię produkcji” – połączenie inżynierii procesowej i bardziej miękkich umiejętności menadżerskich. Całe studia myślałem, że będę pracował w tym zawodzie.

R: Nie sądziłeś, że będziesz zajmował się muzyką?

RG: Zupełnie w to nie wierzyłem. Interesowałem się rapem, i elektroniką. Wejście w ten świat było trudne. Wtedy prawdziwym kryterium było rzemiosło, a nie liczba followersów na Instagramie. Trzeba było zainwestować tysiące złotych w kupno gramofonów, mixera i przynajmniej stu płyt. Dla studenta nie było takiej opcji. Pierwszy sprzęt kupiłem, po pierwszym roku studiów, gdy przepracowałem całe wakacje w Irlandii.

R: Jaka była Twoja pierwsza praca?

RG: Pracowałem w dziale logistyki, w firmie szwajarskiego producenta czekolady Lindt. Pełniłem odpowiedzialne stanowisko – koordynowałem całą logistykę dostaw. Po roku zobaczyłem, że zaczynam się nudzić i przestaję się angażować. Czułem, że to nie dla mnie. Odszedłem i trafiłem do agencji reklamowej. Dziesięć lat temu agencje reklamowe miały sztywne podziały, więc nie zostałem ani copyrighterem ani art directorem. Zaczynałem na stanowisku accounta – obsługiwałem klientów od najmniej fajnej strony. Po kilku projektach okazało się, że mam coś więcej do powiedzenia.

R: Pamiętasz jaki był przełomowy projekt?

RG: Przełomowym projektem była reklama Tigera, w którą zaangażowałem Wojtka Sokoła. Przekonałem Wojtka, klienta i przeprowadziłem cały proces z kreatywnymi. Uwierzyłem we własną sprawczość w zawodzie. Poczułem, że mój sposób myślenia, może się przydać w pracy z dużymi markami. Jednocześnie moje zaangażowanie spotkało się z kompletnym brakiem zrozumienia w firmie i stało się impulsem do pójścia o krok dalej. Odszedłem, a chwilę później zostałem współwłaścicielem w studio projektowym Super Super. To były dla mnie bardzo rozwojowe lata. Zmiana myślenia, że praca to przede wszystkim zarabianie pieniędzy.

R: Mama rozumie czym się zajmujesz?

RG: Zna artystów, z którymi pracuję, ale nie wierzy, że mi w ogóle płacą za to co robię. Czasem nawet ludziom z branży tłumaczę, czym się zajmuję. Usługa szeroko rozumianego doradztwa – świadczenie wsparcia projektu doświadczeniem i kontaktami, cały czas jest w Polsce egzotyką. Cieszę się z miejsca, w którym jestem, ale kiedy odchodziłem z Super Super, nie było to dla mnie oczywiste. Miałem poczucie, że idę na swoje, ale bez żadnych konkretnych umiejętności. Nie jestem grafikiem ani nie mam za sobą już wsparcia agencji. Musiało minąć trochę czasu, zanim udało mi się właściwie nazwać moją ofertę i zanim ludzie zobaczyli w niej wsparcie dla swoich działań.

R: Kto Ci zaufał jako pierwszy?

RG: Wojtek Sokół. Znamy się i lubimy się prywatnie już kilka lat. Wojtek wracał z pierwszą płytą solową po pięciu latach. Potrzebował kogoś, kto go odciąży aby mógł się skupić na działce twórczej, w której jest najlepszy. Efekt jest taki, że zrobiliśmy najlepiej sprzedającą się płytę w Polsce, w 2019 roku. Jak zaczynaliśmy pracę, dwa lata temu, nic nie było pewne.

R: Potem nastąpiła reakcja łańcuchowa?

RG: Tak. Menadżer Sokoła jest również menadżerem Dawida Podsiadło i zaprosił mnie do koordynacji promocji „Małomiasteczkowego”. Ostatnio pracowałem z Pezetem nad muzyką i doborem gości na „Muzykę Współczesną”. Do końca roku mamy wspólną audycję o tym samym tytule w newonce.radio.

R: W jaki sposób tłumaczysz ludziom czym się zajmujesz?

RG: Staram się wytłumaczyć, że na bazie swojego doświadczenia, mogę dać im dodatkową perspektywę na to co robią. Na każdym odcinku powstawania wydawnictwa muzycznego, ale także produktów czy usług.

R: Łączysz ludzi.

RG: Wydaje mi się, że mam wrażliwość muzyczną i estetyczną, bo sam grałem i wydawałem muzykę przez wiele lat. Z drugiej strony mam też inżynierskie wykształcenie. Artystom zwykle brakuje uporządkowania, ale chcą rozmawiać z ludźmi, którzy ich rozumieją. Staram się pomagać im systematyzować strumień świadomości i przekuwać go w konkretne działania.

R: Jak wygląda taki proces?

RG: Przychodzi do mnie artysta i mówi jaki ma pomysł, pokazuje bity, które mu się podobają. Doradzam mu jak zróżnicować materiał i kogo poprosić o kolaborację. Uzupełniam pracę menadżera – dbanie o kalendarz, finanse. Pomagam menadżerowi zrealizować cel wizerunkowy, który chce osiągnąć z artystą. To, jakie wybierzemy bity, z kim zrobimy kolaborację ma też długofalowy wpływ na marki, które poproszą artystę o współpracę.

R: Bywasz psychologiem artystów?

RG: Na topowych artystach spoczywa bardzo duża odpowiedzialność. Będąc długo na rynku ciężko jest balansować pomiędzy spełnianiem oczekiwań dotychczasowych odbiorców, a wymyślaniem siebie na nowo. W pewnym momencie potrzebujesz kogoś kto cię po prostu wysłucha, z kim skonfrontujesz swoje przemyślenia. Nie można znać się na wszystkim, ale zawsze trzeba znać się na ludziach.

R: Myślałeś kiedyś żeby samemu tworzyć?

RG: (śmiech) Mam sporo sprzętu do tworzenia muzyki, ale mało czasu żeby go używać. Lubię myśleć, że buduję małe muzeum czasów, w których kształtował się mój muzyczny gust.

R: Kiedy zaczęła się Twoja pasja do DJ-ingu?

RG: Jarałem się turntablismem czyli scratchami i robieniem tricków z użyciem gramofonów i mixera. W czasach MTV, oglądaliśmy na kasetach równolegle filmy deskorolkowe i Technics DMC Championship – coroczne mistrzostwa świata DJ-ów. Najlepsi z całego świata wykonywali przed publicznością swoje wyuczone rutyny czyli kilkuminutowe pokazy. W tamych czasach każdy zajawkowicz muzyczny kumał kto w danym roku był mistrzem świata DJ-ingu. To były prawdziwe gwiazdy: wielokrotny mistrz świata DJ Craze, kreatywny Japończyk Kentaro, czy znany w świecie muzyki nie tylko z bycia DJ-em i popisów na gramofonach, A-Trak. Jednocześnie czułem, że to jest poza moim zasięgiem. W tamtych czasach konieczne było posiadanie dobrego sprzętu co w polskich realiach było dostępne dla nielicznych. DJ-ów zafascynowanych turntablismem było wtedy może dziesięciu. Fascynowałem się samplami – znajdowałem w polskim hip-hopie i muzyce ze Stanów, stare fragmenty. Odkrywanie muzyki na nowo, poprzez digging samplowy, było świetne. W latach 90. miałem też starszych kolegów, którzy jarali się housem, transem izraelskim. Zaczęli mnie fascynować twórcy muzyki elektronicznej. Równolegle z pierwszą Molestą słuchałem The Prodigy, Chemical Brothers, Daft Punk i Aphex Twina. Hip-hopem jarałem się także pozamuzycznie. Osiedla tym wtedy po prostu żyły.

R: Przed fazą internetu muzyka była bardziej lokalna?

RG: Tak. Słuchaliśmy hip-hopu i electro na przegrywanych kasetach. Potem piraciło się muzykę na Audiogalaxy i Kazaa. Ważne też było radio. Radiostację odbieraliśmy z dekodera Canal Plus. W Lublinie było też zajebiste Radio Centrum. Słuchało się drum’n’bass, który był mega mocny i ściągał ludzi od reagge i hardcore punka. Wielu moich kumpli było załogantami hardcore punkowymi. Wtedy muzyka naprawdę łączyła ludzi.

R: Jak to się stało, że zacząłeś grać imprezy?

RG: Na pierwszym roku studiów poznałem DJ-a Qbsa, który poznał mnie z liczną ekipą DJ-ów z Bemowa, która grała hardcorowe, mocne techno. Był taki klub na Kolejowej – Przestrzeń Graffenberga. Chłopaki grali hard techno, bardzo szybkie, często z trzech gramofonów naraz. Zarobiłem za granicą pierwsze pieniądze, kupiłem gramofon i płyty. Za rok kupiłem drugi gramofon. Katowałem sety, ćwiczyłem w domu i zacząłem grać pierwsze imprezy.

R: Gdzie grałeś?

RG: Graliśmy w przedziwnych miejscach – w klubie, który był w akademiku na Ursynowie, na kampusie SGGW, kawiarni w WFDIF-ie na Chełmskiej. Tworzyłem kolektyw z Funkoffem, znanym dużo później z duetu Ptaki. Graliśmy w Regeneracji i zaczepiliśmy się w Mandali, gdzie grywał wtedy DJ Steez znany dzisiaj z PRO8L3Mu. Absolutnie najważniejszym miejscem były sklepy płytowe – SideOne i WaxBox. Tam się poznawało ludzi. Momentem przełomowym było powstanie klubu Powiększenie. Zgadaliśmy się z Borkiem, mieliśmy rezydenturę i graliśmy tam przynajmniej raz w miesiącu. Poznaliśmy warszawską ekipę z Club Collab. Zaczęliśmy grać wszędzie: 1500m2, Mono, Basen Artystyczny. Założyliśmy z Jankiem Porębskim label S1 Warsaw. To był złoty czas. Organizowaliśmy imprezy dla Red Bulla. Moim spełnieniem marzeń była organizacja pierwszego występu Moodymanna w Polsce i pierwszego koncertu DaM-FunKa. Miałem swój cykl w Powiększeniu Since Way Back, w którym prezentowałem, dość ortodoksyjnie, bezkompromisowaych artystów klubowych, którzy nie mieli w ogóle okazji występować u nas w kraju (Murphy Jax) lub równolegle grali na festiwalach typu Unsound (Ron Morelli).

R: Brzmi jak bardzo imprezowy czas.

RG: No tak… Tych wszystkich imprez nie dało się przejść na trzeźwo (śmiech). Imprezowy i piękny czas. Znaliśmy wszystkich DJ-ów, bookowaliśmy się nawzajem. Powiększenie najpóźniej kończyło imprezy. Kto skończył wcześniej, zjeżdżał do Powiększenia i tam się spotykaliśmy. Dużo też jeździliśmy do Poznania, do Zambona od The Very Polish Cut Outs i do Krakowa, który trzymał imprezowo mój serdeczny przyjaciel z Puław, Eltron. W Krakowie bawiliśmy się w klubach w kamienicy przy Wielopolu – Caryca, Kicz, Centrum Off, w Łodzi Kaliskiej, Rozrywkach 3, a ostatnio w Forum Przestrzenie.

R: Dlaczego przestałeś grać?

RG: Byłem chwilę przed trzydziestką – znajomi nie chodzili już ochoczo na każdy melanż. Jeśli nie organizujesz imprez, nie ma okazjonalnego grania. Ludzie szybko o tobie zapominają. Z drugiej strony nie interesowały mnie kompromisy i granie hitów za kasę. Niestety okazało się, że jeśli nie ciśniesz co tydzień, nikt cię nie zaprosi do grania. Staraliśmy się dbać o starszych kolegów, weteranów sceny, którzy nam imponowali. Wśród młodszych DJ–ów nie było najwyraźniej potrzeby kontynuacji pokoleniowej. 

R: Grywasz jeszcze czasem?

DG: Bardzo rzadko. Nikt mnie nie zaprasza, a ja nie mam czasu się prosić. Paradoksalnie w podobnym czasie może życie zawodowe skręciło w stronę muzyki, więc można powiedzieć, że w ten sposób zaspokajam tę potrzebę. Jednocześnie dziś mogę powiedzieć, że zamknąłem tamten etap. Niestety.

R: Na Twojej stronie internetowej najstarszy projekt to Niewidzialna Nerka. Uznałeś, że to pierwsza rzecz, którą warto tam zamieścić?

RG: Tak. Mogłem tam umieścić pewnie jeszcze kilka imprez, ale nie miałem ambicji, żeby pokazać, że jestem producentem eventów. Niewidzialna Nerka to był mój pierwszy projekt wydawniczy, który od początku do końca wymyśliłem. Pracowaliśmy nad nim z Jankiem Porębskim – stworzyliśmy koncepcję, zebraliśmy utwory i zatrudniliśmy wspomnianego wcześniej DJ-a Steeza, który to wszystko poskładał. Robiliśmy to z duszą na ramieniu, obawiając się, że konserwatywne środowisko hip-hopowe tego nie zaakceptuje. Wyszło super. Raperzy poczuli się docenieni. Zbudowaliśmy na tym fajny kapitał kontaktów. Dzięki temu projektowi poznałem na przykład Sokoła.

R: Organizowałeś też cykl Boiler Room.

RG: Moja koleżanka, Gosia Herman była producentką od pierwszych imprez Boiler Room w Londynie. W tym samym czasie u nas zaczęło się pojawiać sporo nowych projektów muzycznych na światowym poziomie. Podczas jednego z weekendów w Polsce zaproponowała mi żebyśmy postarali się to zrobić u nas.

R: Najfajniejsze miejsca, w których organizowaliście imprezy?

RG: Robiliśmy imprezy w BookOffie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Six Coctails na Mokotowskiej – zamkniętym barze speakeasy, Warszawskiej Szkole Filmowej, Hotelu Forum w Krakowie, dziewiętnastowiecznym, zabytkowym budynku NOT we Wrocławiu, Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku…

R: Który projekt był dla Ciebie najważniejszy i najwięcej Ci dał?

RG: Myślę, że różne projekty, na różnych etapach. Niewidzialna Nerka mi się bardzo dobrze kojarzy. Klamra domykająca czas bycia słuchaczem i wejście w środowisko twórcze w nietuzinkowy sposób.

R: Myślałeś kiedyś żeby być raperem?

RG: Myślałem… w podstawówce, ale nigdy mi to nie wychodziło. Zostałem uważnym słuchaczem.

R: Z Sokołem tworzycie MOST.

RG: Tak i jest to ambitny projekt, bo w Polsce muzyka elektroniczna jest niszą. Dopiero teraz, w piątym roku działalności MOSTu ziściło się to, na czym nam naprawdę zależało. Zgłosił się do nas jeden z najważniejszych na świecie developerów gier, w kwestii pozyskania muzyki do pewnej gry, która wychodzi w przyszłym roku. MOST miał w założeniu łączyć scenę niezależną z możliwościami mainstreamu, które ma Sokół, Prosto czy ja sam. Soundtrack do owej gry, z udziałem undergroundowych twórców z Polski, jest tego zwieńczeniem.

R: Gdzie chodzi się teraz w Warszawie słuchać muzyki?

RG: Dobre pytanie. Warszawa ma uporządkowaną i zróżnicowaną ofertę. Jeśli ktoś chce posłuchać mainstreamowego techno, to wysłałbym go na Smolną. Ale Smolna to dla mnie nie jest miejsce do spędzania czasu jeśli nie masz zamiłowania do substancji psychoaktywnych. Miejscem, które ma fajną ofertę, jest Jasna 1, gdzie można posłuchać muzyki elektronicznej, organicznej i alternatywnej, miejskiej. Współpracuje z tym miejscem ciekawa, zróżnicowana grupa rezydentów i promotorów. Nowym miejscem, które warto odwiedzić jest Klub 999 przy Kredytowej. Poleciłbym też Avant Art Festival, który odbywa się w różnych warszawskich miejscówkach i salach koncertowych. Ściągają ludzi, którzy pojawiają się w line-upie między innymi Unsoundu. Warszawa cierpi na brak dobrych festiwali dlatego Avant Art jest inicjatywą wartą wsparcia.  Fanom niezalu polecam Pogłos, kulturotwórczą przestrzeń, gdzie działał Brutaż i odbywają się imprezy queerowe. Podobnie zresztą jak w Barze Studio.

R: Co to jest miejska muzyka?

RG: Dla mnie to gatunki, które powstały w ostatnich trzydziestu latach: muzyka elektroniczna, hip-hop. Nie lubię określenia urban music, ale to jedna z definicji.

R: Gdzie lubisz jeść w Warszawie?

RG: Bardzo lubię Stółdzielnię, w której siadasz na parkingu małego pawilonu z magazynami pomiędzy dostawczymi samochodami. Mało ludzi, pyszne jedzenie i świeże owoce morza w czwartki. Zawsze ratuje też mnie OhMyPho, a nocą Bar Pacyfik.

R: Co Cię tu denerwuje w Warszawie?

RG: To, że po doświadczeniach dzikiego kapitalizmu i jego negatywnych skutków w postaci chaosu architektonicznego, nie wyciąga się z tego lekcji. Dalej uprawia się budownictwo, nie architekturę. Nie ma regulacji, które gwarantują, że to co się teraz buduje nie będzie za dwadzieścia lat straszyło. Mamy świetnych specjalistów, architektów, dizajnerów, a nie przekłada się to na jakość infrastruktury.

R: A ludzie?

RG: Warszawa jest podzielona. Oczywiście, zawsze znajdą się ludzie, którzy się ze mną nie zgadzają i myślą inaczej niż ja. Wystarczy pojechać kawałek od Centrum, dalej od Górnego Mokotowa i Żoliborza i można się przekonać, że Warszawa nie zawsze jest tolerancyjna i otwarta. Nie uważam, że wszyscy muszą być „tęczowi”, ale chciałbym, żebyśmy umieli żyć obok siebie. Można to do pewnego stopnia osiągnąć niwelując dysproporcje pomiędzy ludźmi pod sklepem monopolowym, a mieszkańcami Miasteczka Wilanów w nowych Mercedesach, ale to niczego nie gwarantuje słuchając narracji obecnej władzy. Nie wchodźmy jednak w politykę, za dużo jej wszędzie dookoła. To zresztą jedna z przyczyn podziałów.

R: Co cenisz w tym mieście?

RG: Uważam, że żyjemy w pokoleniu, które ma największą moc sprawczą i najwięcej narzędzi do wprowadzenia zmian. Nasze inicjatywy obywatelskie, oddolne mają moc. Mój przyjaciel, Zygmunt Borawski, wygrał ze swoim studiem architektonicznym konkurs na zagospodarowanie Placu Defilad. Mam przyjemność znać ludzi, którzy tworząc nowe miejsca, zmienili wizerunek Warszawy. Mamy realny wpływ na to miasto. To się dzieje teraz. I to jest super.

www: grobel.co

Rozmowa: Ewa Mielczarek
Zdjęcia: Maciek Niemojewski