ANajder

Agnieszka Najder 

Ilustratorka, rysowniczka, która na swoich pracach stara się uchwycić magiczne zakątki Warszawy. Spotykamy się w jej rodzinnym mieście, Strasburgu, który pachnie platanami, żeby porozmawiać o dorastaniu, różnicach między Polską, a Francją i poszukiwaniu siebie.


Strasburg #romowwaontheroad 

Rozmowwa: Gdzie się urodziłaś?

Agnieszka Najder: Urodziłam się w Warszawie i mieszkałam tu do ósmego roku życia. W czerwcu 1996 roku wyjechaliśmy całą rodziną do Francji.

Dlaczego wyjechaliście?

Mój tata dostał pracę w Radzie Europy w Strasbourgu. Na początku wszyscy myśleliśmy, że to będzie praca na chwilę, ale niedługo potem okazało się, że zostajemy na dłużej. Moi rodzice nie wrócili już do Polski. Tata kończy teraz pełnić funkcję Sekretarza Generalnego Zgromadzenia Parlamentarnego przy Radzie Europy.

Pamiętasz moment przeprowadzki? Jakie to było doświadczenie dla Waszej rodziny?

Pamiętam, że mieliśmy z moim rodzeństwem mglisty obraz Francji. W Polsce dzieci na podwórku mówiły nam, że mieszkają tam sami bogaci i niesympatyczni ludzie (śmiech). Obawiałam się trochę wyjazdu. W zasadzie nikt z naszej rodziny nie mówił po francusku. Tylko mama studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Rouen. Na szczęście dzieciom nauka języka przychodzi bardzo łatwo – rodzice nadal wysyłają nam czasem e-maile do sczytania (śmiech). Pamiętam, że ostatnie lato przed wyjazdem spędziliśmy u babci, ucząc się francuskiego. Nauczyłam się tylko jednej piosenki i zwrotu Je ne comprends pas, którego na początku w kółko używałam.

Poszłyście do międzynarodowej szkoły?

Nie, poszłyśmy do francuskiej szkoły katolickiej. Na początku miałam taryfę ulgową. Nie pisałam kartkówek. Moja wychowawczyni wymyśliła system – kto pierwszy skończył pisać kartkówkę, wychodził ze mną na korytarz i czytał ze mną książkę dla dzieci. We francuskich szkołach od 12.00 do 14.00 jest długa przerwa obiadowa. Przez pierwszy rok chodziłyśmy z moją siostrą w tym czasie na lekcje francuskiego z naszą wychowawczynią. Z tego co wiem, to też była jej dobra wola. Po roku mówiłyśmy po francusku. Pamiętam, że miałam najlepszą przyjaciółkę Claire. Pewnego dnia wymyśliłyśmy, że zrobimy gazetkę szkolną. Stworzyłyśmy dziesięć egzemplarzy gazetek z wymyślonymi historiami i postanowiłyśmy je sprzedawać na osiedlu. Mówiłyśmy sąsiadom, że w naszej klasie jedna z dziewczynek bardzo zachorowała i jest w szpitalu, a my zbieramy pieniądze na prezent dla niej. (śmiech) Zebrałyśmy mnóstwo pieniędzy, bo wszyscy dawali nam trochę więcej… To był drugi pomysł. Na początku chciałyśmy sprzedawać fałszywe kupony na loterię, ale siostra Claire powiedziała, że mogą nas zamknąć w więzieniu. (śmiech)

Czyli nie wspominasz przeprowadzki do innego państwa jako trudnego doświadczenia?

Zupełnie nie. Chociaż w Polsce byłam przemądrzałą prymuską. Mogłabym być straszną osobą, gdyby nie utemperował mnie wyjazd do Francji (śmiech). Zdecydowanie to wpłynęło na mój charakter.

HY9A5645m
HY9A5731m

Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia związane ze Strasbourgiem?

Przyjechaliśmy do Strasbourga na początku roku szkolnego. Pamiętam, że powietrze inaczej tu pachniało. W mieście było mnóstwo platanów, które bardzo lubię.

Miałaś trudne momenty?

W szkole podstawowej młodzież była podzielona na różne subkultury – punki, metale, skaterzy. Nie przynależałam do żadnej z nich, ale miałam swoją grupę przyjaciół. Trudny moment nadszedł w gimnazjum – to okres kiedy masz silną potrzebę przynależenia do jakiejś wspólnoty, grupy. Byłam w szkole, w której nie było wiele osób innej narodowości. Czułam się jak osoba z zewnątrz. Spotykaliśmy się na kalambury i nie znałam wielu haseł, bo po prostu nie wychowałam się w tej kulturze. Znajomi dziwili się, że w moim domu obiad je się o 15.00, a nie o 12.00 (śmiech).

Jaki obraz Polski mieli Twoi rówieśnicy?

Mam wrażenie, że jeśli jesteś za granicą, to nawet jeśli Twój kraj Cię denerwuje, automatycznie masz w sobie silną potrzebę jego obrony. Czujesz, że musisz go dobrze reprezentować, bo będzie postrzegany przez Twój pryzmat. Musiałam czasem Polskę odczarowywać, bo znajomi pytali mnie czy piszemy cyrylicą, pijemy dużo wódki albo czy są u nas niedźwiedzie polarne, coca-cola i internet. Pamiętam, że na jednej lekcji historii w podręczniku współczesna Polska została przedstawiona na dwóch obrazkach – na jednym z nich chłop orał pole, a na drugim – z czasów PRL-u – ludzie z potwornie smutnymi minami, ubrani w futra, stali w długiej kolejce do sklepu. Kiedy moi rodzice to zobaczyli, kazali mi powiedzieć na lekcji, że Polska już tak nie wygląda (śmiech). Potwornie się wstydziłam, ale kiedy omawialiśmy ten temat na lekcji, podniosłam rękę i wydusiłam z siebie, że to nie jest obraz współczesnej Polski. Czułam, że spełniłam swój obowiązek patriotyczny (śmiech).

Jak wspominasz czasy licealne?

Chodziłam do międzynarodowego liceum, które było dla mnie o wiele fajniejszym miejscem. Tam, każdy był “skądś”, a francuski był dla wszystkich drugim językiem. Każdy miał własną kulturę i wnosił coś od siebie. Dzieciaki tworzyły “kliki” w zależności od regionu, z którego pochodzili. Była grupa południowo-amerykańska ludzi z Brazylii, Peru i Argentyny, grupa hiszpańsko-włoska i angielska. Ja trzymałam się z dziewczynami z Europy Wschodniej – miałam przyjaciółkę z Rumunii i bliźniaczki z Serbii.

Byłaś dobrą uczennicą?

Średnią. Byłam słaba z matematyki. Mieliśmy z moją siostrą tę samą nauczycielkę od matematyki. Pamiętam, że kiedy siostra dostała kolejną dobrą ocenę i jej przyjaciółka powiedziała: “Magda, wy chyba jesteście wszyscy geniuszami w tej rodzinie!”, nasza nauczycielka, która to usłyszała, odpowiedziała: “Zapewniam panią, że nie wszyscy…” (śmiech)

Jak czułaś się poza szkołą? Jak wyglądało Twoje życie towarzyskie?

Miałam bliską grupę około dwudziestu osób. Spotykaliśmy się na piwo w parku l’Orangerie, który mieścił się zresztą niedaleko Rady Europy, gdzie pracował mój tata (śmiech). Mieliśmy nasz spot, niedaleko skejtowych ramp. Japończyk, Yuichi, zawsze przynosił bum boxa z jedną i tą samą kasetą z piosenką BomFunk MC’s – Freestyler. (śmiech) Spotykaliśmy się około osiemnastej i zostawaliśmy tam do nocy. Ponieważ mieszkałam pod Strasburgiem, zostawałam często u moich przyjaciółek, bliźniaczek na nocowanie.

Miałaś plan na siebie po liceum? Wiedziałaś, że będziesz rysowała?

Moja mama i babcia skończyły grafikę na Akademii Sztuk Pięknych. Moja ciocia jest malarką. Rysowałam od zawsze. Jeszcze w Polsce chodziłam na zajęcia plastyczne. Nie miałam pojęcia co chcę robić po liceum. Nie wiązałam wtedy swojej przyszłości z rysunkiem. Zapisałam się na Université Marc Bloch i dostałam się na kierunek “Art du Spectacle” (Sztuki sceniczne). Miałam zajęcia z teatru, kina i tańca. Byłam tam tylko rok… Wpadłam w złe towarzystwo (śmiech). Kadra nauczycielska była zbyt wyluzowana… Po dwóch godzinach wykładów wychodziliśmy na przerwę palić papierosy i rozmawiać o sztuce. (śmiech) Kiedyś sprawdziłam i ten Uniwersytet był jednym z ostatnich w rankingach. Pamiętam, że znajomy moich przyjaciółek pracował w kawiarni Cafe de la Chimie, przy wydziale chemii. Chodziłyśmy tam na piwo i czasem spędzałyśmy całe dnie. Miałam poczucie, że zupełnie się nie rozwijam i tracę czas. Wszystkie moje przyjaciółki wyjechały do większych miast – Lyonu, Paryża, więc coraz silniej odczuwałam, że nic mnie tu nie trzyma. Zawsze ciągnęło mnie do Polski. Jeździłam z siostrą na obozy Klubu Inteligencji Katolickiej. Łączyłam pobyty w Polsce z miłym, beztroskim czasem. Złożyłam papiery na kulturoznawstwo i psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Po przetłumaczeniu wyników z matury okazało się, że mam jeden z najlepszych wyników na kulturoznawstwie (śmiech). Szybko okazało się jednak, że mam braki, bo nie przeczytałam wielu książek, które czytali moi znajomi…

HY9A5644m

Jak rodzice przyjęli Twoją decyzję o chęci powrotu do Polski?

Kiedy byłam mniejsza, często pytałam rodziców, czy wrócimy do Polski. Myślę, że to mogło być dla nich trudne, bo sami byli rozdarci pomiędzy dwoma krajami. Ostrzegali mnie, że mogę mieć w głowie zbyt wyidealizowany obraz, bo spędzam tu tylko wakacje i nie poznałam polskiej zimy. Kiedy już podjęłam decyzję, bardzo mnie oczywiście wspierali. Okazało się, że moja młodsza siostra nie dostała się na Akademię Sztuk Pięknych w Strasburgu i jej drugim wyborem była akademia w Warszawie. Nagle obie wyjechałyśmy. Myślę, że to też nie było dla nich najłatwiejsze, że nagle obie córki opuszczają gniazdo.

Gdzie mieszkałaś po przyjeździe do Warszawy?

Mieszkałam razem z moją siostrą na Sadybie, przy ulicy Bernardyńskiej, w mieszkaniu rodziców. Przez cały pierwszy rok jadłyśmy tylko płatki z mlekiem. Miałyśmy pierwsze, niezależne mieszkanie wśród znajomych, więc cały czas przesiadywali u nas ludzie. Mieszkała u nas koleżanka z Francji i kuzyn z Włoch. Prowadziłyśmy otwarty, erasmusowy dom. Bardzo dobrze wspominam ten czas.

Pamiętasz pierwsze wrażenie jakie zrobiła na Tobie Warszawa, po powrocie?

Miałam bardzo poszatkowany obraz mapy Warszawy. Pamiętam zagubienie. Znałam kilka miejsc, które zupełnie mi się nie łączyły w całość. Po przyjeździe, doznałam szoku, że ludzie potrafili zjeść obiad w dwadzieścia minut. We Francji obiad trwa conajmniej godzinę (śmiech).

Podobało mi się samodzielne życie wśród przyjaciół i wolność. Jak wspominasz studia na kulturoznawstwie?

Czas studiów wspominam dobrze, ale nie byłam zbyt zaangażowaną studentką. Nie znałam wielu polskich klasyków jak Pan Tadeusz czy Potop… Zaczęłam wtedy moją pierwszą pracę – w Operze Narodowej. Zajmowałam się obsługą dziennikarzy podczas konferencji prasowych i oprowadzałam wycieczki po Operze. Uwielbiałam gubić się w tym wielkim gmachu, spotykać tancerzy i aktorów. Najdziwniejszą pracą, którą miałam, były praktyki, które odbyłam w czasie studiów. Podczas festiwalu filmów francuskich w Centrum Sztuki Współczesnej, siedziałam w ostatnim rzędzie z laptopem na sali kinowej i musiałam klikać w odpowiednim momencie aby wyświetliły się polskie napisy pasujące do dialogów. Dodam, że oglądałam dany film po raz pierwszy, a napisy były przygotowane przez osobę średnio znającą francuski. Czasem coś było źle przetłumaczone, innym razem w ogóle brakowało jwersu. To było potworne (śmiech).

HY9A5682m

Co robiłaś po studiach?

Po studiach, nie wiedziałam co chcę robić. Poznałam dziewczynę z folkowo-etnicznego zespołu Sutari, która zaproponowała mi żebym została ich menadżerką. Dziewczyny śpiewały polskie, tradycyjne pieśni. Nigdy tego nie robiłam, ale miałam chłopaka Szymona, teraz mojego męża, który grał w zespole Eric Shoves Them in His Pockets, który opowiadał mi jak wyglądają trasy i organizacja w zespole. Jeździłam z dziewczynami w trasy, organizowałam koncerty. To była super przygoda. Byłyśmy na przykład na festiwalu country, Folk Alliance w Kansas City (śmiech). W trakcie pracy z dziewczynami, nadal szukałam swojej ścieżki, pracy, w której mogłabym się spełnić. Zawsze czułam, że rysowanie jest we mnie. Miałam poczucie, że żałowałabym, gdybym nie spróbowała dostać się na ASP. Zapisałam się na kurs rysunku do Atelier Foksal, a potem dostałam się na wieczorową grafikę na ASP. Miałam świetną profesorkę od rysunku i malarstwa, Dorotę Optułowicz McQuaid. Zajęcia z nią były dla mnie otwierające i inspirujące. Bardzo rozczarowała mnie jednak pracownia ilustracji. Szłam na studia z silnym przekonaniem, że chcę ilustrować, a w pracowni ilustracji promowano jeden styl, estetykę z lat 70. i 80. – gruba czarna kreska, gry słowne, które do mnie w ogóle nie trafiały. Mój styl spotykał się z niezrozumieniem. Indywidualność nie była zbyt ceniona. Pracę dyplomową broniłam u profesora Andrzeja Węcławskiego, który prowadził pracownię grafiki warsztatowej. Mój dyplom był na pograniczu ilustracji i grafiki.

Jaka była Twoja droga związana z rysunkiem, po studiach?

Na studiach odkryłam styl, w którym się dobrze czuję. Rysunki budynków, przestrzeni i krajobrazów markerami. Zawsze miałam poczucie, że rysowanie flamastrami jest słabe, gorsze od malowania farbami olejnymi, albo przynajmniej rysowania kredkami. Pamiętam, że zobaczyłam w kawiarni my’o’my wystawę chłopaka, który rysował markerami. To było dla mnie odkrycie! Przestałam mieć ambicje, żeby produkować wielkie obrazy. Poczułam, że to jest to.

Jesteś ilustratorką?

Zawsze określałam siebie jako ilustratorkę. Okazało się, że moje prace są bardziej obrazami, plakatami. Ilustrowanie artykułów nie szło mi najlepiej. Nie potrafiłam znaleźć klucza do interpretacji tekstów. Miałam pustkę w głowie. Dużo bardziej odnajduje się w rysowaniu z głowy. Lubię “podróżować” po różnych krajach za pomocą Google Street View i rysować miejsca, do których na codzień nie mam dostępu. W 2018 roku byłam na targach plakatu. To był pierwszy moment, kiedy pokazałam moje prace komuś innemu niż znajomi albo profesorowie w szkole. Usłyszałam dużo miłych słów. Mam sporo rysunków warszawskich. To one najbardziej podobają się odbiorcom. Zrozumiałam, że warto sobie zaufać i robić swoje.

HY9A5704m
HY9A5684m

Warszawa jest dla Ciebie inspirująca?

Lubię modernistyczną Warszawę, ale nie jest to dla mnie “oczywiste” miasto. Mam poczucie, że trzeba tutaj odnajdować, odkrywać inspirujące przestrzenie. Ostatnio rysowałam wieżowiec na Smolnej tzw. “Młotek”.

Porozmawiajmy o Twojej Warszawie. Jak się tutaj czujesz?

Mój stosunek do Warszawy jest bardziej krytyczny niż kiedy przeprowadziłam się tutaj na studia. Zaczęłam zauważać więcej problemów: smog, brak ścieżek rowerowych, problemy ze śmieciami. Brakuje mi centrum, po którym można się swobodnie przemieszczać na piechotę jak w Strasburgu. Przyzwyczaiłam się do mniejszych miast, po których można poruszać się rowerem. Warszawa jest w dużej mierze dla samochodów. Ale związałam się z tym miastem. Mam tu swoje ulubione miejsca. Może Warszawa nie jest piękna, ale tworzą ją ludzie.

Jakie są Twoje, warszawskie miejsca?

Na pewno Sadyba i Jeziorko Czerniakowskie, w którym latem się kąpałam, a zimą jeździłam na łyżwach. Teraz zamieszkaliśmy na Dolnym Mokowie. Lubię okolice kina Iluzjon. Mam sentyment do kina Muranów dzięki mojemu chłopakowi, który uwielbia to miejsce. Moim miejscem jest też Stan Skupienia – szkoła jogi prowadzona przez moją siostrę na Placu Zbawiciela. Jest to kameralne miejsce z rodzinną atmosferą, dzięki któremu nareszcie zaczęłam doceniać jogę.

Chciałabyś zostać w Warszawie?

Czuję się w Polsce i we Francji tak samo u siebie. Odkąd mamy syna, Felka, zaczynam zauważać problemy, które mnie wcześniej nie dotyczyły – słaba opieka zdrowotna, problemy z dostaniem się do żłobka. Ostatnie wydarzenia polityczne w naszym kraju też są dla mnie trudne. Warszawa mogłaby być moim miejscem do życia, ale Polska już niekoniecznie.

ig: @anajder_illustrations

Rozmowa: Ewa Mielczarek
 Zdjęcia: Maciek Niemojewski