Ania przed pion2 – o

Ania Kuczyńska

Ikona stylu, kobieta sukcesu. Warszawska projektantka, która od lat świadomie i konsekwentnie buduje wizerunek swojej marki. Ubrania od Ani zachwycają praktyczne warszawianki, które czują się w jej projektach pięknie, pewnie i miejsko. O Warszawie mówi: ,,Zdarzają się tu rzeczy, które nie mogłyby się zdarzyć nigdzie indziej”.


Butik Ani Kuczyńskiej przy Mokotowskiej 61 Warszawa 

Rozmowwa: Jesteś rodowitą warszawianką. Jakie masz pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

Ania Kuczyńska: W dzieciństwie mieszkałam w Śródmieściu przy ulicy Polnej, obok domu, w którym urodziła się Maria Dąbrowska. Po drugiej stronie ulicy mieścił się słynny w tamtych czasach Bazar na Polnej. Pamiętam warzywne stoiska – szare, brunatne, oblepione ziemią i błotem – z małymi drobnymi warzywami i owocami. Małe sklepiki z czarnym kawiorem w srebrno – niebieskich i czarnych puszkach, pstrągami i wędzonym łososiem na wagę. Kolorowe stoiska z kwiatami i czyste, sterylne budki sprzedające świeże jajka i biały ser zawinięty w gazę. Pamiętam ubrania przekupek – granatowe, siermiężne kamizelki, brązowe i wielobarwne swetry, szare rajstopy i getry. Myślę, że te kolory wywarły na mnie niezatarte wrażenie i do dziś są dla mnie inspiracją.

Jaka była dzielnica, w której dorastałaś?

Wychowałam się w Śródmieściu, niedaleko Placu Politechniki i Wydziału Architektury. pamiętam szare i rude domy, których piękna i wielkomiejska architektura została zniszczona przez komunę a wcześniej wojnę. Mój dom nosił ślady kul. Pamiętam stan wojenny i zamieszki w okolicach Placu Zbawiciela, ludzi uciekających do kościoła przed Milicją. Byłam bardzo mała i na zawsze utkwiło mi to w pamięci. Pamiętam małe, śródmiejskie uliczki z ukrytymi małymi sklepami – księgarnią w bramie, która pachniała świeżym drukiem, sklep filatelistyczny i sklep z rybkami na Nowowiejskiej, gdzie sprzedawczyni przypominała mi rybkę. Śródmieści widziałam oczami dziecka i do dziś mam do tej dzielnicy wielki sentyment. Dla mnie pozostaje eklektyczna, inna i nieprzewidywalna. Miesza stare z nowym, piękne z brzydkim.

Jako dziecko sama chadzałaś po Warszawie?

Moje dzieciństwo było pełne podróży po mieście z mamą. Puszczałyśmy latawce w Dolince Szwajcarskiej i chodziłyśmy do Łazienek. Często robiłyśmy eskapady na Mokotów, gdzie mieszkała moja babcia. Miałam tam grupę zaprzyjaźnionych dzieci, z którymi się bawiłam – jeździliśmy na rowerach marki ,,Pelikan” .

W jakiej części Mokotowa mieszkała Twoja babcia?

Moja Babunia mieszkała przy ulicy Woronicza. Mokotów był zielony, pusty i nowoczesny, architekturą z lat 50 – tych i 60 – tych. Atmosferą przypominał mi książki Hanny Ożogowskiej np. “ Za minutę pierwsza miłość” Często jeździliśmy pod Warszawę do domu w Konstancinie, wybudowanego przez mojego dziadka tuż po wojnie. Dom był niewielki i drewniany. Miał kuchnię na dworze i dużą, oszkloną werandę. W dużym pokoju mój dziadek zbudował kamienny kominek. W środku lasu, w którym stał dom moja Babcia zrobiła “kamienny krąg” okrągły kamienny dancing. Bieganie po okolicy z kuzynami było dla mnie prawdziwym smakiem dziecięcej wolności. Bardzo lubiłam to miejsce.

Masz dużą rodzinę?

Moja Rodzina jest duża dzięki starszemu pokoleniu. Prawie wszyscy moi kuzyni podobnie jak ja jesteśmy jedynakami, nasze dzieci też. Powoli kurczymy się, ale nadal łączą nas serdeczne i mocne więzi.

Nigdy Ci nie doskwierał brak rodzeństwa?

Samemu, bez rodzeństwa uczysz się samodzielności o wiele szybciej. Rzadko nudzisz się, organizujesz sobie czas samodzielnie. Jesteś otoczony miłością bliskich, którą nie musisz się dzielić, nie rywalizujesz. Liczysz na samego siebie – to może egoistyczne, ale nie znam niczego innego.

A jacy są Twoi rodzice?

To kim jestem dzisiaj, zawdzięczam moim Rodzicom. Nauczyli mnie patrzeć na świat kolorowo i niestandardowo. Dostałam od nich mnóstwo wsparcia i miłości. Stworzyli dla mnie wspaniały, kochający i ciepły dom. Dziś bardzo to doceniam. Mój Tata jest architektem, Mama tłumaczem. Od 48 lat są w sobie dziko zakochani i są dla mnie przykładem wspaniałej miłości i przyjaźni.

Jesteś bliżej z mamą czy tatą?

AK: Jestem blisko z obojgiem. Z każdym z nich razem czy osobno odnajduję wspólne, inne tematy. Dzięki ich wychowaniu rozumiem zarówno kobiety jak i mężczyzn. Lubię towarzystwo obu płci.

torby

Myślisz, że rodzice mieli wpływ na to jak tworzysz?

Zdecydowanie tak. Urodziłam się w domu, w którym projektowanie było zupełnie naturalne. Tata jest architektem. Pamiętam jak pracował przy stole kreślarskim w dużym pokoju i uczył mnie rysować – od dziecka miałam naturalny dostęp do kreatywnego, artystycznego świata . Będąc mała nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo to było wartościowe i formujące. Dopiero, gdy urodziłam moją córkę Alinę, wspomnienia zaczęły wracać. Mama była i jest dla mnie inspiracją zarówno intelektualną jak i estetyczną.. Zawsze piękna, kobieca i szykowna. W naszym domu przywiązywało się uwagę do ubioru. Po latach 80. pokutowała opinia, że kto dba o wygląd jest próżny i na pewno nie przeczytał żadnej książki (śmiech). Mama stanowiła kompletne zaprzeczenie tej opinii – była inteligentna, bardzo oczytana, a do tego pięknie się ubierała w czasach, w których nie było to łatwe i oczywiste. Do tej pory mam sentyment do stylu lat 80. w modzie, bo pamiętam je ze swojego dzieciństwa. Mama i babcia zamawiały ubrania na miarę, a później z tych ubrań Pani krawcowa szyła dla mnie sukienki. Przerabiała je dla mnie pani Zosia, która robiła czepce dla zespołu Mazowsze i mieszkała w naszej kamienicy, piętro niżej. Wtedy nie znosiłam tych strojów – kolorowe sukienki wyróżniały się na tle szarych uniformów, a ja nie chciałam być inna, odstawać od reszty rówieśników. Pamiętam czarne chodaki, które przysłała dla mnie przyjaciółka mamy ze Szwecji. Nienawidziłam ich – ciągle mi spadały, nie mogłam grać w gumę (śmiech). Gdy jednak patrzę na to z perspektywy czasu jestem mamie za to wszystko bardzo wdzięczna.

Opowiedz jeszcze o innych wspomnieniach z dzieciństwa. Masz w głowie obrazy, które szczególnie zapamiętałaś?

Mam fotograficzną pamięć, zapamiętuję obrazy i przechowuję je w głowie. Z dzieciństwa pamiętam głównie sceny. Zabawne, że odkąd mam swoje dziecko, zaczynają do mnie niespodziewanie wracać wspomnienia – przypominam sobie smaki, zapachy, kolory, ubrania i pory roku.

Porozmawiajmy o czasach licealnych. Chodziłaś do liceum im. Batorego. Przechodziłaś fazę młodzieńczego buntu?

Rodzice ufali mi i niewiele zabraniali. Miałam z nimi partnerską relację, więc nie było we mnie potrzeby buntu. Licealne czasy wspominam bardzo dobrze. Chodziłam do klasy z wykładowym włoskim i spełniłam swoje marzenie żeby uczyć się tego języka. Ze szkoły wyniosłam piękne przyjaźnie, które trwają do dziś. Moje dwie najlepsze przyjaciółki, z którymi idę przez moje życie są z mojej klasy. Bez Kamili i Pauliny świat byłby inny i nudniejszy. W wakacje jeździłam do szkoły językowej – najpierw we Florencji, później w okolice Porto Ercole i Porto Santo Stefano – poznałam wielu przyjaciół i znajomych, z którymi jestem bardzo blisko do dziś. W każde lato wchodziłam w ich wakacyjny tryb włoskiego dolce far niente. Siedzieliśmy na plaży, dużo rozmawialiśmy, jedliśmy i tańczyliśmy przy dźwiękach śpiewających cykad. Dziś wiem, że to był wielki przywilej i łut szczęścia, że spotkałam w swoim życiu tak wspaniałych ludzi i przyjaciół. Była to wielka przygoda.

Pamiętasz jaki miałaś wtedy stosunek do Warszawy?

Zawsze kochałam Warszawę i chętnie tu wracałam. Do dziś fascynuje mnie swoim eklektyzmem. To miejsce wielkich kontrastów i równoległych rzeczywistości. Inspiruje mnie architektoniczny nieład i panująca tu różnorodność. Przeinterpretowana energia tamtych czasów i moda na antyestetykę lat 90 tych wróciły i są dziś bardzo nowoczesne. W przeciwieństwie do uroczych, ale jednak homogenicznych, włoskich miasteczek, Warszawa jest szorstka – jest moja.

Jeśli już jesteśmy przy warszawskim eklektyzmie – zanurzasz modę w tkance miejskiej – robiłaś pokazy w wielu nietypowych miejscach.

Rzeczywiście staram się wybierać nieoczywiste, oryginalne lokalizacje. Jeden z pierwszych pokazów, które zrobiłam, odbył się w podziemnym parkingu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Nie było wtedy internetu i Facebooka – przyszło dużo znajomych i freestajlował Wujek Samo Zło z Kalibra 44. To było bardzo progresywne i świeże. Organizowałam pokazy m.innymi na ulicy i w opuszczonym Pałacu Marii Agapijew w Alei Szucha, W Bristolu i innych bardzo warszawskich miejscach.

Jak wspominasz czasy studiów?

Studiowałam w Accademia Koefia – rzymskiej szkole Houte Couture. Szkoła została założona przez słynną księżną Koefia, która była ważną osobistością początków mody rzymskiej w latach 50 – tych. Oprócz zajęć z rysunku i historii sztuki uczyliśmy się ręcznego szycia i konstrukcji. Dzięki temu doświadczeniu dziś zwracam bardzo dużą uwagę na wykończenia swoich projektów. Koncepcja ponadczasowych strojów jest mi bardzo bliska. Cenię jakość i kocham piękne, wysokogatunkowe tkaniny. Akademia w Rzymie i późniejsza uczelnia w Paryżu / Esmod / rozwinęły moją kreatywność i umiejętności niezbędne do wykonywania tego zawodu.

Ania z żelazkiem poziom-czb

Często jesteś określana jako ,,warszawska projektantka”. Co to dla Ciebie znaczy?

Myślę, że jestem rozpoznawalna w Warszawie. Noszą mnie warszawianki, ale także dziewczyny spoza stolicy. Pamiętam, że kiedyś Maja von Horn, która jest z Łodzi, powiedziała mi, że kiedy przyjechała do Warszawy i kupiła w butiku na Solcu moją jedwabną sukienkę, poczuła się jak ,,dziewczyna z Warszawy”. To dla mnie wielki komplement – sprawiłam, że kobieta poczuła się pięknie, pewnie, miejsko. Myślę, że ta ,,miejskość” jest u mnie kluczowa. Interesuje mnie ubieranie kobiet na co dzień. Używam dużo czerni, której ,,nauczyłam się” w Paryżu i uwielbiam jedwab –uważam, że można w nim chodzić od rana do nocy. Łamię stereotypy, które mówią, że w czerni chodzi się tylko na pogrzeby, a w jedwabiu na przyjęcia i na śluby. Ale szczerze mówiąc, nie zastanawiam się nad definiowaniem mojej marki. Chcę żeby moje ubrania mówiły same za siebie.

Skoro wspomniałaś o Paryżu – opowiedz o czasie, który tam spędziłaś.

Paryż jest dla mnie niezwykły – miałam wielkie szczęście mieszkać tam – oddychać nim, chłonąć to miasto. To był wspaniały i kreatywny czas pełen intelektualnych wyzwań i stymulacji.

Po Paryżu poczułaś, że jesteś gotowa na stworzenie własnej marki?

Chyba nigdy nie jest się gotowym. Projektowanie wymaga połączenia różnych umiejętności – wyczucia proporcji, abstrakcyjnego myślenia, umiejętności doboru tkanin. Własna marka wymaga umiejętności stricte businessowych – które projektanci mody posiadają rzadko. Moja marka powstała z potrzeby tworzenia i projektowania ubrań i akcesoriów nie biznesu. Moja praca zawsze mnie fascynowała, uczyłam się wielu rzeczy w praktyce. Zresztą uczę się każdego dnia i nawet jeśli brzmi banalnie to prawda.

Miałaś jakieś oczekiwania, założenia, wchodząc w świat mody?

Nie miałam żadnych założeń. Jestem indywidualistką i po prostu robię swoje. Cieszę się z miejsca, w którym jestem. To dla mnie powód do dumy.

Nawiązując do kontaktów zawodowych – współpracowałaś z wieloma świetnymi artystami. Czy mogłabyś opowiedzieć o współpracy z Karolem Śliwką?

To współpraca, którą najbardziej cenię. Karol był niezwykłą postacią – człowiekiem renesansu, szalenie zdolnym i skromnym. Pracując wspólnie, wyszliśmy od symboli, które istnieją w różnych obszarach kulturowych i są w różny sposób interpretowane graficznie. Na podstawie tej inspiracji, Karol stworzył serię znaków – serce, jemiołę, gołębia i koło, które są symbolami opatrzności, szczęścia i miłości. Wzory wykorzystałam później w swoich projektach. Po jakimś czasie pojawiła się też możliwość współpracy z Fabryką Porcelany Kristoff – stworzyliśmy wspólnie limitowaną serię ozdobnych talerzy ściennych. Karol Śliwka jest również twórcą mojego Logo – charakterystycznego i rozpoznawalnego kółka – znaku Ania Kuczyńska. To dla mnie bardzo ważne.

Porozmawiajmy o Twojej Warszawie. Jaka ona jest?

Moja Warszawa jest bardzo intymna. Zaczęłam doceniać poranną Warszawę. Lubię zaczynać dzień gdy miasto dopiero budzi się do życia. Czasami zdarza mi się iść spać wtedy kiedy wszyscy się budzą – każdy z nas ma swoje miłe, miejskie tajemnice.

Do jakich miejsc lubisz chodzić?

Wpadam do Relaksu i Teatru Nowego. Cenię Przegryź, Opasły Tom, Regina Bar, Music Bar na Olkuskiej i całą ulica Oleandrów. Lubię miejsca zarówno eleganckie, jak i zupełnie bezpretensjonalne. Uwielbiam Królikarnię – pamiętam niezwykły koncert Bartosza Dziadosza, który był tam zorganizowany w małej sali dla dziesięciu osób. Czułam się na nim jak podczas mistycznej mszy. Co roku doceniam czas Warsaw Gallery Weekend i rundy po galeriach. W Warszawie można doświadczać kameralności, którą trudno byłoby znaleźć w Nowym Jorku lub Paryżu. Zdarzają się tu rzeczy, które nie mogłyby się zdarzyć nigdzie indziej.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
 Zdjęcia: Maciek Niemojewski
Korekta: Kinga Słowik