dzikoscserca1

Dzikość Serca

Anna Axer-Fijałkowska i Olga Mazur stworzyły na Żoliborzu niezwykłe miejsce. Dzikość Serca to nie tylko komis odzieżowy z oryginalnymi, nietuzinkowymi ubraniami, ale przede wszystkim otwarta przestrzeń, tak bardzo dziś potrzebnych, a coraz rzadziej praktykowanych, spotkań międzypokoleniowych i szczerych rozmów. W Dzikości, po prostu, każdy się zmieści!


Dzikość Serca Warszawa 

Rozmowwa: Skąd jesteście?

Olga Mazur: Ja jestem z Warszawy. Urodziłam się na Powiślu. W dzieciństwie mieszkałam w łososiowym bloku, przy ulicy Fabrycznej. Niedaleko znajdował się stadion Legii. To był niezły folklor – szczególnie powroty do domu w dni meczowe.

Anna Axer-Fijałkowska: Wychowałam się na Żoliborzu. Później wyjechaliśmy z rodzicami na kilka lat do Stanów Zjednoczonych. Po pobycie w Stanach, cieszyłam się na powrót do Warszawy. Wróciłam nie na mój kochany Żoliborz, a na Mokotów i tu przeżyłam nastoletni okres. Po powrocie najbardziej kręciły mnie w Warszawie tramwaje. To był mój folklor.


Gdzie mieszkaliście w Stanach?

Anna: Mieszkaliśmy w małym miasteczku Chapel Hill, w Karolinie Północnej, które było uważane za piąte najbezpieczniejsze miejsce do życia w USA (śmiech). Mieszkanie w Stanach było dla mnie szalenie ważnym życiowym doświadczeniem, które nauczyło mnie ogromnej tolerancji. Chodziłam do szkoły, w której było niewiele czarnoskórych osób i pewnego razu jedna z dziewczyn pobiła mnie za to, że byłam biała. To był jedyny powód. To ją wkurzyło. Miałyśmy obie przymusowe spotkania z dyrektorem, nauczycielkami i wykłady o tolerancji. To wydarzenie nauczyło mnie, że każdy jest równy, a moja biała skóra też może wzbudzać niechęć. Myśle, że dzięki temu doświadczeniu stałam się dobrą podróżniczką – uważną i tolerancyjną.

Możecie nam opowiedzieć trochę o czasach Waszego dzieciństwa?

Olga: Spędzałam dużo czasu na zewnątrz. Bawiłam się na podwórku, grałam w piłkę albo wchodziłam z kolegami z podstawówki, do kanałku koło Legii. Moje dzieciństwo było bardzo szczęśliwe i beztroskie.

Anna: Wychowałam się na Mickiewicza 37, w kamienicy na tyłach Parku Lelewela. W tym parku, na górce, tata uczył mnie jeździć na nartach (śmiech). Dla mnie Żoliborz z dzieciństwa był wspaniały, bo można było bezpiecznie się po nim szwendać. Chodziłam do Szkoły Podstawowej nr 65 im. Władysława Orkana. Obok mojej szkoły mieścił się wspaniały plac, na którym można było zdobyć kartę rowerową. Plac przypominał mi wtedy Disneyland. Pierwsze w życiu zakupy zrobiłam w Merkurym. Wtedy to był jedyny sklep samoobsługowy w okolicy. Mama wysyła mnie po śmietanę, którą pakowano w identyczne, szklane butelki co mleko. Różniły się tylko kolorem kapsla. Byłam strasznie przejęta i zestresowana. W głowie miałam tylko rymujące się zdanie: „Proszę Pana czy to jest śmietana?”. Nic nie kupiłam. (śmiech) Pamiętam też, że z koleżanką Marzeną, córką dozorczyni, stałyśmy w zimie sześć godzin po karpia. Wymieniałyśmy się żeby chociaż na chwilę ogrzać się w Merkurym. Wszystko to działo się tu, na tym placyku, gdzie teraz mieści się Dzikość. Ten placyk jest dla mnie magiczny. Tutaj przeżyłam chwile beztroskiego dzieciństwa.

Obie zajmujecie się teatrem. Jakie były Wasze drogi dochodzenia do niego?

Olga: Ja jeszcze się uczę. Robię właśnie dyplom na ASP w Warszawie. Zawsze interesowałam się kostiumami. Fascynował mnie teatr lalkowy, który jest tematem mojego dyplomu. W Polsce teatr lalkowy jest błędnie postrzegany jako teatr tylko dla dzieci. To świetna forma przekazywania treści obrazem. Pracuję w teatrze. Zdarza mi się pracować przy filmach. Na razie jestem na początku drogi.

Anna: Przeszłam bardzo piękną drogę. Zawsze trafiałam na ludzi wrażliwych, empatycznych i chętnych do pomocy. Spotkałam też bardzo dobrych nauczycieli, którzy nauczyli mnie myślenia o teatrze i kostiumie oraz dawali mi przestrzeń do odkrywania własnej drogi. Teraz najbardziej lubię pracować właśnie z takimi twórcami.

HY9A4374
HY9A4382

Czy zawód kostiumografki, który wykonujesz, jest doceniany?

Anna: Myślę, że wszystko zależy od zespołu, z którym pracujesz. W zespole, z którym stale współpracuję, nie ma podziału na ważniejszych i mniej ważnych twórców. Szanuje się każdego. Kiedyś pracowałam przy filmach, ale zrezygnowałam, bo miałam poczucie, że to bardzo szowinistyczny świat.

Olga: Zgadzam się. Ja pracuję też jako scenografka. Jest to zawód, który wymaga wiele umiejętności technicznych. Często trzeba udowadniać, że bycie kobietą wcale nie przeszkadza. Jest też problem dyskryminacji płacowej.

Anna: Kiedy wchodziłam w świat filmu, miałam dwadzieścia parę lat i brak siły żeby próbować zmieniać rzeczywistość, więc odeszłam. Pamiętam, że dziewczyny od kostiumów nazywano „dziewczynami od ikeek”. Nie mówię, że w każdej ekipie filmowej tak jest, ale takie było moje doświadczenie. W teatrze nigdy nie spotkałam się z takim traktowaniem.

Jak się poznałyście?

Olga: Byłam Ani asystentką przy spektaklu.


Anna: Olga jest super uroczą, uśmiechniętą i pracowitą osobę.

Jak powstał pomysł na Dzikość Serca?

Anna: Bardzo długo marzyłam, żeby coś takiego zrobić. Ważne było dla mnie żeby z kimś dzielić to doświadczenie. Chciałam wymieniać się pomysłami, rozmawiać, dyskutować i tworzyć. Jakiś czas po naszej pierwszej wspólnej premierze zaproponowałam to Oldze, bo jej zaufałam i poczułam, ze to jest właśnie ta osoba. Potem znalazłam ten pawilon, który wygląda jak garaż i nie ma w sobie żadnej pretensjonalności. Ma witryny, znajduje się w sercu Żoliborza i mieści się zaraz obok Urzędu. A my też jesteśmy ideowe.

Olga: Wcześniej w tym miejscu był punkt dorabiania kluczy. Fajny klimat budują też sąsiadujące z nami antykwariaty.

HY9A4399

Macie przed budynkiem równościowe flagi. O czym opowiadają?

Anna: Wiszą u nas na dachu obok siebie trzy flagi – LGBT i Strajku Kobiet, a pomiędzy nimi flaga Dzikości Serca. Symbolizują dwie grupy, które powinny się razem wspierać, a miedzy nimi Dzikość, która wszystkich łączy. Nasze flagi symbolizują otwartość, tolerancję i równość. Wszyscy są u nas mile widziani i każdego traktujemy z szacunkiem, niezależnie od wieku, stanu portfela czy preferencji seksualnej.

Olga: Mamy różne formy interakcji z ludźmi – widoczne flagi, kosz społecznościowy, z którego każdy może wziąć ubranie za darmo i coś włożyć żeby podzielić się z innymi, wieszak „zaproponuj cenę”. Pokazujemy, że jesteśmy otwarte na dialog.

Anna: Na początku przejawów agresji było sporo. Ludzie otwierali drzwi i mówili, że śmierdzi u nas zepsuciem. Porównywali flagę Strajku Kobiet do naziolskich symboli. Mówili, że grasuje tutaj szatan. Po jakimś czasie, kiedy zobaczyli, że kosz społecznościowy naprawdę działa, a każdego witamy z życzliwością, stopniowo agresja ustała. Pozytywnych reakcji też jest od początku bardzo dużo.

Jak myślicie, z czego wynika ta agresja?

Anna: Jesteśmy zastraszonym społeczeństwem. Jestem kostiumografką i robiąc spektakle, dużo jeżdzę po świecie. Niestety, mam poczucie, że Polska jest nadal totalnie zamknięta i nietolerancyjna. Zastanawiałyśmy się ostatnio czy nie powinnyśmy zaopatrzyć się w gaz pieprzowy…

Olga: To było po zatrzymaniu działaczki kolektywu walczącego z homofobią i ostrzelaniu siedziby SLD z powodu plakatu Roberta Biedronia.

Kto przychodzi do Dzikości Serca?

Anna: Nasze hasło to „W Dzikości każdy się zmieści”. Stworzyłyśmy miejsce, do którego przychodzi każdy, niezależnie od wieku i poglądów. Zachodzi ciekawa wymiana międzypokoleniowa – starsze panie przynoszą do nas autentyczny vintage ze swojej młodości, który kupują też młode dziewczyny, a młodzi przynoszą ubrania „skitrane” w szafach, które chętnie noszą starsze panie. Marzeniowa sytuacja miksowania się pokoleń.

Doradzacie swoim klientkom?

Anna: Lubimy ubierać ludzi, znajdować im drugą skórę, ale tylko jeśli widzimy, że oni mają na to ochotę. To dla mnie taka zabawa we wsłuchanie się w drugiego człowieka. Jesteśmy też szczere. Jak ktoś w czymś źle wygląda, to mówimy wprost, ale z czułością, że nie ma sensu tego kupować. Dla nas jest najważniejsze żeby w Dzikości każdy czuł się akceptowany i bezpieczny.

Jak dobieracie rzeczy, które można u Was kupić?

Anna: Mamy obie określony gust. Uzupełniamy się, ale obie mamy jasne wizje tego, co nam się podoba. Pod tym kątem też się dobrze dobrałyśmy. Czasem ludzie przynoszą nam torbę rzeczy, a my wybieramy tylko trzy.

Olga: Od początku nie chciałyśmy tutaj masówki i rzeczy, które nas nie kręcą.


Anna: A z racji zawodu wybieramy rzeczy, o których wiemy, że trafią do ludzi o różnych gustach.

Olga: Mamy też zróżnicowane ceny.


Anna: Tak, mamy rzeczy bardzo tanie i takie za kilka stów. Chcemy każdemu dać cząstkę siebie i trochę od niego wziąć. Marzy nam się żeby każdy miał szansę znaleźć tu coś dla siebie.

W Warszawie brakuje miejsc z misją.

Anna: Mamy poczucie, że Ci którzy przynoszą do nas rzeczy nie robią tego tylko dla zarobku, ale dlatego, że podoba im się nasza idea i chcą się przyłączyć. To nas cieszy chyba najbardziej.

HY9A4378
HY9A4367

Miałyście w Dzikości przełomowe rozmowy, zaskakujące spotkania?

Olga: Czasem mnie zaskakuje jak starsza pani kupuje moją bluzkę, którą nosiłam na imprezki. (śmiech).

Anna: Dla mnie dużym zaskoczeniem, jest fakt, że praca, którą człowiek nad sobą wykonuje – ćwiczenie tolerancji, uśmiechu i życzliwości – może odnieść pozytywny skutek. Uśmiechem, otwartością i pozytywnym nastawieniem jesteś w stanie zjednać sobie nawet najbardziej nieprzyjemną osobę. To moja forma działania społecznego, świadomego obywatelstwa.


Czy macie jakieś pomysły na organizację wydarzeń w Dzikości Serca?

Olga: Jeśli chodzi o najbliższe działania – chcemy zorganizować akcje charytatywną.


Jakie są Wasze ulubione miejsca w Warszawie?

Olga: Lubię kino Iluzjon, kawiarnię Relaks i okolice ulicy Dąbrowskiego, na Górnym Mokotowie. Ostatnio odkryłam Park Morskie Oko. A z miejsc, które już nie istnieją kochałam chodzić na Stadion Dziesięciolecia. To była dla mnie zawsze wielka atrakcja.

Anna: Lubię wyjazd z Warszawy, w stronę Targówka – ma niesamowite kopuły, które sprawiają, że czuję się jak w Szanghaju. Lubię Kino Wisła. Poszłam tam pierwszy raz do kina na “Nigdy nie kończącą się opowieść”. Kiedyś bardzo lubiłam nieistniejącą już „Galerię Nową”, która mieściła się w Teatrze Nowym na Puławskiej. Lubiłam też bazar pod Pałacem Kultury. Kupowałam sobie tam pierwsze sztruksy za 45 złotych. Mam sentyment do tramwaju 36 – jeździłam tą trasą w czasach podstawówki. Rodzice nie chcieli żebym była „dzieciakiem z kluczem na szyi”, więc wymyślili, że mam zaraz po szkole wsiadać w tramwaj na pętli Potocka i jechać do Parku Dreszera, gdzie na przystanku czekała na mnie babcia. To były wspaniałe podróże i niesamowity czas dla mnie jako dziecka – jechałam przez całą Warszawę i obserwowałam ludzi.


Za co lubicie Warszawę?

Anna: To niesamowite jak nasze miasto się dynamicznie rozwija. Staje się coraz bardziej przyjaznym miejscem. Ludzie narzekają, że jest dużo przyjezdnych, a ja myślę, że to jest cudowne. Czuję, że teraz paradoksalnie nadchodzi super czas dla Warszawy.

Olga: A propos przyjezdnych. Ja właśnie dzięki mojemu chłopakowi, który jest ze Szczecina, poznałam Warszawę na nowo. Odkryłam dużo nowych miejsc i ciekawostek o mieście. To było ekstra. Pokazał mi zupełnie inne spojrzenie na miejsce, w którym mieszkam od dziecka.

Co Was denerwuje w Warszawie?

Olga: Niezmiennie wkurza mnie, że wycinają drzewa i koszą trawę.

Anna: Szkoda, że knajpy są tak krótko czynne. Nie można pójść do baru jak w każdym normalnym, europejskim mieście i siedzieć do późna. Denerwują mnie agresywni i nietolerancyjni ludzie. No i oczywiście, wkurza mnie pogoda (śmiech).

Pogoda, przez którą dużą część roku, chodzimy okutani w czarne kurtki…

Olga: Na szczęście u nas, w Dzikości, ludzie kupują kolorowe ciuchy! Zimą też się o to postaramy.

HY9A4422

Rozmowa: Ewa Mielczarek
 Zdjęcia: Maciek Niemojewski