konradsmoczny1

Konrad Smoczny

Konrad jest aktywistą miejskim ze Stowarzyszenia Miasto jest Nasze, z którego ramienia jest również Radnym Żoliborza. Założył internetową społeczność „Żoliborz Moje Miasto” żeby aktywnie zmieniać swoją okolicę. Spotykamy się na „RODOS” (Rodzinne Ogródki Działkowe Otoczone Siatką) na ulicy Promyka i rozmawiamy o wspomnieniach związanych z Żoliborzem, aktywizmie lokalnym i trudnościach, które niesie za sobą niezgoda na bylejakość.


„RODOS” Warszawa 

Gdzie się urodziłeś?

Urodziłem się na Żoliborzu. Tu mieszkał mój dziadek, Zenon Smoczny, który podobnie jak ja, zajmował się pracą urzędową. W 1933 roku dziadek wybudował kamienicę, w której obecnie mieszkamy. Po dekrecie Bieruta kazano moim dziadkom jeszcze raz wykupić ich własne mieszkanie. Dziadek się nie zgodził. Nie chciał wykupować mieszkania, które stworzył od fundamentów. Babcia po kryjomu, wbrew mojemu dziadkowi, zapłaciła te pieniądze. Gdyby nie ona, to miejsce nie byłoby dziś nasze. Na początku lat 90., gdy jeszcze nie mówiło się głośno o reprywatyzacji, pojawił się człowiek z papierem i przejął całą kamienicę – za wszystkie mieszkania własnościowe dostał odszkodowanie, a resztę lokatorów wyrzucił. Cała moja młodość jest związana z tym miejscem. Najpierw mieszkali tu dziadkowie, potem rodzice.

Czym się zajmował Twój dziadek?

Pracował w urzędzie i liceum Lelewela. Do Lelewela chodził też mój tata. Jest pewna zabawna historia, o której nie wiem, czy powinniśmy pisać (śmiech). Do szkoły z moim ojcem chodzili bracia Kaczyńscy. Jeden z braci, mój ojciec i ich kolega ukradli i wrzucili do kanału klasowy dziennik. Niestety, wspomniany kolega nie wytrzymał presji i wszystkich wydał. Dziennik odnaleziono — zatrzymał się na siatce na liście (śmiech).

Czym się zajmował Twój tata?

Miał różne zawody. Założył szkołę nauki jazdy. Zarabiał jak na tamte czasy dobre pieniądze. Przez jakiś czas zakładał żaluzje — znak kapitalizmu lat 90. Pracował jako taksówkarz. Prowadził chyba Ładę 1000. Był też ratownikiem wodnym. Tak poznał moją mamę. Miał dyżur nad wodą na Kępie Potockiej, a mama przyszła się opalać…

Opowiedz o przedszkolu, do którego chodziłeś. Co pamiętasz z tamtego czasu?

Chodziłem do przedszkola, którego już nie ma. Mieściło się w willi na placu Lelewela. Moja mama pracowała w więziennictwie, w MSWiA. Odpowiadała na zażalenia więźniów. Pamiętam, że zawsze późno kończyła pracę i z przedszkola byłem odbierany jako ostatni. Nawet nauczycielka szła już do domu, a ja zostawałem ze panią sprzątającą (śmiech). Inne wspomnienie — wchodziliśmy do windy, która woziła jedzenie na piętro, do przedszkola i kradliśmy z niej najlepsze smakołyki na podwieczorek (śmiech). Kiedy miałem sześć lat, jeździłem też na zajęcia do Pałacu Młodzieży.

Sam?

Tak. To były zupełnie inne czasy. Teraz chyba napisaliby o tym w gazetach (śmiech). Miałem klucz na smyczy, zawieszony na szyi. Chodziłem tam ćwiczyć skoki do wody.

HY9A3550 1
HY9A3532 1

Jakie masz inne wspomnienia związane z Żoliborzem?

Zjeżdżałem na sankach i nartach z górki w parku Lelewela. Górka wydawała mi się wtedy strasznie wielka (śmiech). Moja rodzina nie była zbyt zamożna. Pamiętam, że moi koledzy mieli zachodnie sanki z kierownicą i płozami, a ja nie. Moja ciocia pracowała w sklepie mięsnym na ulicy Hanki Czaki. Wziąłem od niej plastikową dechę na mięso i zacząłem na niej zjeżdżać z górki. Taka deska miała najlepszy ślizg. Zjeżdżałem wzdłuż ulicy Modrzejewskiej, aż do domu Kaczyńskiego. Nie minął tydzień, a wszyscy jeździli na deskach na mięso (śmiech). Tak się wtedy zostawało influencerem.

Jakie są rejony Żoliborza związane z Twoim dzieciństwem?

Na pewno plac Lelewela. Pamiętam, jak na początku lat 90. pojawili się tutaj pierwsi braunowcy — wyglądali jak zombie, z tym martwym wzrokiem… MTV nagłaśniało wtedy kampanię dotyczącą AIDS i wirusa HIV. Na placu Lelewela można było znaleźć strzykawki. Szary okres dla Polski. Moje dzieciństwo to również tereny wokół siedziby straży pożarnej.

Gdzie chodziłeś do szkoły podstawowej?

Chodziłem do szkoły nr 65 na ulicy Mieścisławskiej. Uczył tutaj nieżyjący już pan Wrzesiński, legendarny nauczyciel WF-u. Moja szkoła wygrywała wszystkie mecze koszykówki.

Byłeś w reprezentacji?

Nie byłem typem sportowca, a raczej łobuzem i dużo rozrabiałem (śmiech). Paliliśmy papierosy na boisku szkolnym. Byłem kiedyś oskarżony o rozpowszechnianie pornografii na terenie szkoły (śmiech). Podkradałem tacie kasety z filmami i pożyczałem chłopakom.

Początki działań prospołecznych!

Oj, nie wiem. W tym samym czasie w naszej szkole wybuchła (chyba tak mogę powiedzieć) straszna afera, bo jeden z uczniów wszedł do lodziarni z bronią (prawdziwą!) i jakby na to nie patrzeć – obrabował lodziarnię. Z lodów, nie z pieniędzy. Przy tej okazji wyszła moja sprawa z pornografią (śmiech). Ale to były naprawdę inne czasy. Na szczęście dla mnie. Ostatnio na jubileuszu szkoły, na który zostałem zaproszony jako radny, spotkałem moją wychowawczynię, panią Rojewską, która powiedziała, że byliśmy jednak zupełnie innymi dziećmi, w pozytywnym sensie — szanowaliśmy nauczycieli. Byli dla nas autorytetem. Teraz to bardzo rzadkie.

Byłeś dobrym uczniem?

Powiedzmy, że poprawnym. Byłem dobry w biegach długodystansowych. Pamiętam, że kiedy pani Aneta Kręglicka została Miss Świata i założyła własną fundację, zorganizowała ogólnopolski bieg na 1500 metrów. Wziąłem w nim udział i zająłem drugie miejsce. Miss Świata mnie wtedy pocałowała w policzek! Dla mnie to było wielkie wydarzenie. Miałem jej plakat na ścianie. Brałem też udział w zawodach w tańcu towarzyskim. W Teatrze Komedia była wtedy szkoła tańca. Tańczyłem cha-chę, jive’a, walca. Mama uszyła mi smoking u krawca, który miał zakład na tyłach Merkurego. Jeździłem na zawody po Polsce.

Lubiłeś to?

Niezbyt. To był raczej pomysł mamy. Wolałem biegać z chłopakami po podwórku. Cieszę się, że mogłem mieć beztroskie dzieciństwo. Teraz często zabiera się ten czas młodym ludziom. Na dworze w ogóle nie ma dzieciaków. Puste podwórka, bez hałasu i gwaru.

HY9A3579

Jakie masz inne wspomnienia z czasów szkoły podstawowej?

Pamiętam jak postawiliśmy kosz do koszykówki na rogu ulicy Siemiradzkiego i Urzędniczej. Piłka często lądowała na kolcach sąsiedniego ogrodzenia (śmiech). Mam duży sentyment do tej dzielnicy. Wielu moich znajomych mieszkało na Osiedlu Potok. Zazdrościłem im, bo to było takie nowe i fajne osiedle. Zbieraliśmy z kolegami puszki po napojach i paczki po papierosach. Może teraz brzmi to abstrakcyjnie, ale wtedy naprawdę nic nie było. Chodziliśmy do Baltony na rogu Potockiej i Szczepanowskiego. Obok był Peweks. Prosiliśmy ekspedientki żeby nam odkładały te puszki i paczki. Pamiętam, że pewnego razu zdobyłem paczkę po perfumach Paco Rabbane i wymieniłem ją na dziesięć innych (śmiech). Niedaleko był jeszcze jedyny w Warszawie sklep butów Sofix. Wszyscy w nich chodziliśmy. Ludzie ustawiali się w kolejce po zamknięciu sklepu o 17.00 i czekali całą noc na dostawę. Kolejka ciągnęła się od sklepu Sofix do Baltony. Mijałem tę kolejkę idąc rano do szkoły. Były też spodnie Lenary z szerokimi nogawkami. Do dziś lubię przejść się w okolice mojej podstawówki. Szkoła nadal nosi imię Władysława Orkana — pisarza, górala z pochodzenia, którego życie i twórczość było związane z górami. Przed szkołą stał kiedyś miniaturowy domek góralski. Pewnie miał nawiązywać do Orkanówki. A może nawet był jej kopią? Podobno w środku były umieszczone miniaturowe postacie. Ja już tego nie pamiętam. Mam tylko niejasne wspomnienie, że tam weszliśmy z kolegą i potem musieli go wyciągać strażacy, bo zaklinowała mu się głowa (śmiech). Zlikwidowano ten domek. Złożyłem parę lat temu projekt do budżetu partycypacyjnego żeby go odtworzyć. Wrócił na swoje miejsce!

Czy w czasach podstawówki miałeś już zacięcie aktywistyczne?

Zupełnie nie. Byłem strasznym abnegatem. Po szkole rzucałem plecak w kąt i biegłem na podwórko. Chodziłem szabrować owoce, przechodziłem przez płot ogródków działkowych i dobierałem się do cudzych jabłek. A teraz sam mam ogródek i jakbym złapał takiego młodego idiotę na swojej działce, to by przez miesiąc musiał kosić mi trawę. Graliśmy też w kapsle. Najlepsze były „maściaki”. Napychaliśmy watę do kapsli, na które naklejaliśmy flagi świata i graliśmy w Wyścig Pokoju. Smarowało się te kapsle maścią chińską z takiego pudełka z kotkiem na wieczku, żeby się lepiej ślizgały – stąd nazwa. „Maściakami” wygrywało się wszystkie wyścigi.

Opowiedz o czasach licealnych.

Chodziłem do XXXIX Liceum Ogólnokształcącego im. Lotnictwa Polskiego tzw. Dewulotu. Niedaleko stał samolot wojskowy. Krążyła miejska legenda, że jeśli dziewica wyjdzie z tego liceum, to samolot odleci (śmiech). To oczywiście jest bardzo niestosowny żart i dzisiaj nikt by sobie na coś takiego nie pozwolił (przynajmniej oficjalnie), ale jak już kilka razy wspomniałem – to były inne czasy. Za tym samolotem się paliło papierosy na przerwie. W liceum zaangażowałem się w działalność radiowęzła. Gadałem do mikrofonu, puszczałem muzykę. Wyrzucili mnie z radiowęzła, bo urządziliśmy tam sobie miejsce schadzek i jarania szlugów (śmiech). Radiowęzeł to był mój pierwszy przejaw aktywności społecznej.

A co się działo poza szkołą?

Mieszkałem wtedy przez jakiś czas z ojcem w Śródmieściu, na tzw. Pigalaku, przy ulicy Nowogrodzkiej. Pigalak to był teren, gdzie stały prostytutki. Na rogu ulic Poznańskiej i Nowogrodzkiej mieściła się restauracja Dzik. Zimą te prostytutki przesiadywały w restauracji. Mieszkałem tam przez dwa lata i znałem te wszystkie panie (śmiech). Vis-à-vis naszego mieszkania był klub Blue Velvet ze striptizem. W Śródmieściu nigdy nie czułem się u siebie. Wychodząc z metra na placu Wilsona mogę odetchnąć. Tu jest mniej ludzi. Wszystko mniej pędzi.

HY9A3585
HY9A3570

Dużo imprezowałeś?

Dużo. Trochę młodości na to zmarnowałem. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że żałuję, bo poznałem wtedy mnóstwo ludzi. Byłem totalnie zafascynowany muzyką elektroniczną. Pojawił się klub Trend na Okęciu — to było zjawisko, którego się nie da opisać. Miałem szesnaście lat i zwariowałem dla tej muzyki. I dla kultury rave. Pojawiły się wtedy pierwsze narkotyki. Mówiłem mamie, że będę spał u kolegi, a jechałem tramwajem na całonocne techno. W tym klubie było najlepsze oświetlenie w całej Europie i ruchomy sufit. Przyjeżdżali tu didżeje z całego świata. Szara Warszawa lat 90., a w tramwaju ze Śródmieścia na Okęcie jechały tłumy kolorowych ptaków.

Powiew zachodu.

Jasne. Żyliśmy tym. Nie każdy miał kablówkę, więc spotykaliśmy się, żeby oglądać niemiecką Vivę. Oglądaliśmy pierwsze parady miłości. Słuchaliśmy Dr. Motte and Westbam. Z zapyziałej Polski patrzyliśmy na różnorodny, kolorowy świat. W każdy piątek na Vivie o 23.00 był program House TV — nagrywaliśmy audycje radiowe, szukaliśmy inspiracji, pożyczaliśmy sobie VHS-y. Pamiętam sklep Psie Edwarda na ulicy Koszykowej, do którego dziewczyny ściągały ubrania z zagranicy. Później same je szyły. Kupiłem koszulkę ze znaczkiem gigantycznej imprezy niemieckiej Maydey i zrobiłem furorę w Trendzie (śmiech). Potem powstał klub Blue Velvet i techno, weszły też Hybrydy, gdzie kulturę techno łączono z hip-hopem.

Tylko słuchałeś muzyki czy również grałeś?

Przez piętnaście lat byłem wodzirejem weselnym. Najpierw grałem u znajomych. Potem kupiłem cały sprzęt z nagłośnieniem. Myślałem czy nie napisać o tym książki. Polskie wesela są ciekawym zjawiskiem psychologicznym.

HY9A3589

Mimo imprez udało Ci się bez problemu zdać maturę?

Wiedziałem, że muszę zdać maturę, żeby nie pójść do wojska. Byłem imprezowiczem, ale dobrze sobie radziłem w liceum. Brałem udział w olimpiadzie na temat wiedzy o społeczeństwie. Dostałem się nawet do ogólnopolskiego finału.

Gdzie poszedłeś na studia?

Zdecydowałem, że pójdę na AWF. Okazało się, że to bardzo trudne studia, wbrew pozorom. Po pierwszym roku odpadło 3/4 studentów. Z jednej strony wkuwasz fizjologię, biomechanikę i anatomię, a z drugiej musisz zdać rozmaite przedmioty praktyczne — basen, rzut kulą, gimnastyka, skok o tyczce, taniec. AWF dał mi bardzo dużo dyscypliny i pokory. Jako drugi kierunek studiowałem dziennikarstwo.

Poprosimy o historie z czasów studiów.

Byłem najmłodszym studentem. Pamiętam, że na zajęciach z tańca wszyscy byli ubrani w białe szorty, białe koszulki wpuszczone w spodnie i … baletki. Do tego pan grał na fortepianie a my tańczyliśmy tańce ludowe. Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu widząc ten surrealistyczny widok — kulturysta albo koszykarz w baletkach wywijający hołubce. Prowadzący regularnie mnie wyrzucał z zajęć. Uwierzcie mi, nie dało się powstrzymać od śmiechu. Zawsze miałem przez to egzamin komisyjny z tańca (śmiech).

Pamiętasz swoje pierwsze działania prospołeczne?

Trzynaście lat temu, jak tylko pojawił się Facebook, założyłem społeczność „Żoliborz Moje Miasto”. Byłem bardzo związany z dzielnicą. Tu był cały mój świat — przyjaciele, kino, teatr, knajpki. Chciałem zmienić swoją okolicę. Napisałem pierwsze pismo do burmistrza i mega się jarałem, kiedy dostałem odpowiedź (śmiech). Po kilku latach, pojawił się Tomasz Michałowski, który namówił mnie, żebym poszedł do samorządu. Na początku odmówiłem, ale kiedy poznałem Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze — grupę ludzi, których faktycznie interesują losy miasta — zgodziłem się.

Jak myślisz, co jest w Żoliborzu niezwykłego, że wyzwala tak silnie lokalny patriotyzm?

Myślę, że na pewno ma na to wpływ fakt, że jest najmniejszą dzielnicą Warszawy. Łatwiej jest się zmobilizować ludziom, którzy się znają. Tutaj wszyscy sobie mówią „dzień dobry”. Żoliborza nie charakteryzuje bylejakość. Ludzie interesują się miejscem swojego zamieszkania.

Chcielibyśmy Cię zapytać o Twój projekt „Szlakiem Mistrzów Żoliborza”. Dlaczego uznałeś stworzenie mapy miejskich rzemieślników za wartość?

Od zawsze interesowałem się muzyką i sprzętem hifi. Na tyłach Merkurego był człowiek, który zajmował się naprawą sprzętu muzycznego. Często mi mówił, żebym nie kupował sprzętu elektronicznego wyprodukowanego po 1995 roku, bo on nie ma duszy. Zaprzyjaźniłem się z nim. Później poznałem kaletnika, pana Janusza Michalika, który do dziś wykonuje ten zawód. Powiedział mi kiedyś, że jak on umrze, to ludzie już nie będą wiedzieli kim właściwie jest kaletnik. Pan Janusz jest w Związku Rzemiosła Polskiego i nie ma swojego następcy. Marzy, żeby przekazać komuś ten zawód, ale nie ma ani jednego chętnego. Wiedziałem, że nie mogę na to pozwolić. Chciałem zaszczepić w ludziach, żeby przestali wyrzucać, a zaczęli naprawiać. Powstał projekt „Szlakiem Mistrzów Żoliborza”, który przerósł moje oczekiwania i rozprzestrzenił się na kolejne dzielnice.

Miałeś sygnały, że Twoja akcja realnie wpłynęła na sytuację rzemieślników?

Akcja bardzo wpłynęła na ruch w ich salonach. Stworzyliśmy stronę internetową oraz mapkę drukowaną. Chcieliśmy skierować komunikat również do ludzi starszych, którzy niekoniecznie są biegli w poruszaniu się po internecie. Myślę, że mamy coraz mniej wizytówek Polski, którymi możemy się szczycić. Staram się to odczarowywać przynajmniej lokalnie. Kiedyś mój znajomy zarzucił mi, że mieszkania tu są takie drogie przeze mnie (śmiech).

Jest jakiś projekt, którego nie udało Ci się zrealizować?

W tym roku przez epidemię nie doszła do skutku Żoliborska Potańcówka – wydarzenie, które naprawdę łączyło pokolenia. Młodzi i starzy spotykali się, żeby porozmawiać i potańczyć. Za moją największą porażkę uważam to, że nie udaje mi się ciągle wpłynąć na Pawilony na Potockiej. Zrobiliśmy jako stowarzyszenie nieodpłatnie projekt, jak mogłoby wyglądać, gdyby zdjęli swoje reklamy i ujednolicili identyfikację tablic. Zero odzewu. Ani miasto, ani dzielnica nie pomogły.

Dużo jest jeszcze na Żoliborzu do zmiany?

Jest we mnie duża niezgoda na to, co się dzieje z Fortem Sokolnickiego, który miał być miejscem kultury na Żoliborzu, a stał się lokalizacją, gdzie odbywają się prywatne eventy za miejskie pieniądze. Uważam, że Plac Wilsona nie powinien wyglądać tak, jak wygląda obecnie. Nie jest placem otwartym dla ludzi a rondem dla samochodów. Będę zabiegał, żeby to zmienić. Marzy mi się, żeby tereny na tyłach Hali Marymonckiej nie zostały oddane pod deweloperkę. Chciałbym stworzyć tu miejsce aktywności lokalnej.

Myślałeś żeby iść wyżej w strukturach politycznych?

Nie. Co by nie mówić, to jest polityka. Na początku byłem traktowany jak dziwak. Byłem niezależny, nikomu nie podlegałem i miałem tatuaże (śmiech). Po pierwszej kadencji myślałem, że nie dam rady. Przejmowałem się, jeśli coś mi nie wychodziło. Znajomi i sąsiedzi zmotywowali mnie żebym został. Powszechny „niedaizm” często mnie frustruje, ale mobilizują mnie wspaniali urzędnicy, którzy chcą działać i pomagają.

Jakie są Twoje miejsca w Warszawie?

Bar mleczny „Sady Żoliborskie” jest miejscem, które często pokazuję gościom, którzy przyjeżdżają do Warszawy. Czas się tam zatrzymał. Można tam zjeść dobrze i tanio. Bardzo lubię omlet ze szpinakiem. Uwielbiam żoliborskie kina: Wisłę i Elektronik. Lubię dzikie plaże Wisły. Jestem też wielkim fanem ogródków działkowych. Mam sentyment do Kopca Powstańców Warszawskich na Bartyckiej. Chodzę tam czasem, żeby pomyśleć o naszym wyjątkowym mieście, jakby dzisiaj wyglądało gdyby nie wojna…

konradsmoczny

Rozmowa: Ewa Mielczarek
 Zdjęcia: Maciek Niemojewski