olahamkalo3

Ola Hamkało

Aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna. Pełna energii, szczera i świadoma kobieta, która na świat show biznesu, patrzy z dystansem. Rozmawiamy o dorastaniu we Wrocławiu, współczesnej pozycji kobiety w aktorskim świecie i Warszawie, której nie pokochała od razu, ale którą odkryła i polubiła dzięki mężowi, Filipowi.


Kubek w Kubek Warszawa 

Rozmowwa: Twoim miastem rodzinnym nie jest Warszawa, a Zielona Góra.

Ola Hamkało: Jestem bezmiastowcem. Przez całe życie się tułałam. Rzeczywiście –urodziłam się w Zielonej Górze, ale spędziłam tam tylko rok. Mama wyprowadziła się tam pod koniec ciąży. Chciała wrócić na chwilę do rodziców, żeby na początku pomogli jej się mną zajmować. Tata kończył wtedy studia w krakowskiej Szkole Teatralnej. Wróciłyśmy do Krakowa, kiedy skończyłam rok. Później rodzice dostali pracę w Łodzi i tam spędziłam kolejne dziewięć lat. Kiedy skończyłam dwanaście lat, przeprowadziłyśmy się z mamą do Wrocławia. Najbardziej czuję, że jestem właśnie stamtąd. We Wrocku mieszka moja mama i część rodziny. Z Wrocławia mam najintensywniejsze wspomnienia z czasów gimnazjalnych i licealnych.

Jakie masz wspomnienia związane z domem rodzinnym?

Dla mnie dom rodzinny, w klasycznym rozumieniu tego słowa, nie istniał. Od kiedy moi rodzice się rozstali, prowadziłyśmy z mamą życie „na walizkach”. Mieszkałyśmy przez długi czas w wynajętym mieszkaniu. Dopiero później mama kupiła mieszkanie, przy Powstańców Śląskich, w którym mieszka do dziś. Bardzo lubię to miejsce. Może to zabrzmi dziwnie, ale jak słyszę „dom rodzinny” w kontekście Wrocławia, to przychodzi mi na myśl grupa przyjaciół mojej mamy. W dużej mierze byli to dziennikarze z Wieczoru Wrocławia – dziennika, w którym pracowała. Dawali mi mnóstwo ciepła i poczucia przynależności. To moja przyszywana rodzina. Przyjaźnimy się do dziś. Czasem jak czytam rozmowy z ludźmi, którzy opowiadają o rodzinnych obiadkach, nie umiem się z tym utożsamić. U mnie po prostu funkcjonował inny model. Sama prowadzę teraz otwarty dom.

Jakim byłaś dzieckiem? Widzę Cię jako chłopczycę!

Totalnie nią byłam! (śmiech) Do Wrocławia przeprowadziłam się w trakcie pierwszego roku gimnazjum. Abstrahując od tego, że to trudny czas, bo jest się na pograniczu bycia dzieckiem i nastolatkiem, przeprowadziłyśmy się do innego miasta i mama spędzała w nowej pracy dzikie godziny. Była aktywną i ambitną kobietą, budującą swoją karierę. Na początku czułam się bardzo zagubiona w nowym mieście i miałam wielką potrzebę znalezienia grupy przyjaciół. W tym wieku to niezwykle trudne. Człowiek jest frenetyczny, podatny na zranienia. Pamiętam, że miałam wtedy taki moment w życiu, że nosiłam tylko bojówki i za duże t-shirty. Moją pierwszą przyjaciółkę zdobyłam właśnie dzięki temu, że byłam chłopczycą. Podeszła do mnie i spytała: „Jeździsz na deklu?” (śmiech) Odpowiedziałam, że nie, ale chętnie pogadam. Nie jeździłyśmy na deskach. Nie było wtedy równouprawnienia. Jako dziewczyna, czułam się zawstydzona przez grupę, do której chciałam przynależeć. Na wrocławskim rynku był skate shop Underground, do którego bałam się wchodzić. (śmiech) Onieśmielali mnie goście, którzy tam pracowali. W dodatku nigdy nie cierpiałam na nadmiar kasy, więc raczej oglądałam niż kupowałam. Eksperymentowałaś jeszcze z jakimiś subkulturami? Próbowałam różnych stylów. Chodziłam do IX Liceum Ogólnokształcącego we Wrocławiu – bardzo fajnej, wolnościowej szkoły. Do dziś jestem wdzięczna mamie, że mnie na nie namówiła. Wiedziała, że to miejsce dla mnie. To największe liceum we Wrocławiu. Mieści się w pięknym, zabytkowym budynku, przy samym rynku. To liceum znane ze sporej otwartości. Nigdy nie było w pierwszej trójce, ale zawsze w pierwszej piątce tych najlepszych. Można było się tam uczyć wielu języków – nawet japońskiego i czeskiego. Dostałam się niestety tylko do klasy z językiem rosyjskim, ale za to nauczyłam się czytać cyrylicę! Panowała tam atmosfera zrozumienia i tolerancji, która dawała mi przestrzeń na eksperymenty. Przeszłam fazy noszenia turbanów à la Erykah Badu, skejciary i tipsiary z Pasażu Niepolda. (śmiech) Był taki moment, że chodziłam codziennie do szkoły na szpilkach. Dzięki eksperymentom znalazłam własny styl.

olahamkalo
olahamkalo5

Jak wspominasz szkolne czasy? Lubiłaś szkołę?

Dobrze ją wspominam. Rodzice wspierali mnie w wyborze fajnych szkół. Poza tym nigdy nie cisnęli mnie o oceny – na szczęście nie chciałam zostać prawniczką, bo pewnie wtedy miałabym kłopot. Liceum było dla mnie zdecydowanie najlepszym czasem. Mam stamtąd kilku znajomych i przyjaciółkę, z którą cały czas utrzymujemy bliskie relacje. A szkoła aktorska? To był kosmos. Wspominam to jako trochę traumatyczne przeżycie. Od wczesnych lat grałam. Pracowałam też na studiach – na drugim roku studiów zagrałam w Sali Samobójców Janka Komasy, a na trzecim w Big Love, gdzie promocja była bardzo skupiona na mnie. Byłam skonfundowana. Nie wiedziałam jak zareaguje szkoła. W dużej mierze nauczyciele mnie temperowali, żeby za szybko nie uderzyła mi do głowy „sodówka”. To było trudne doświadczenie. Czasem chciałabym teraz wrócić do szkoły. Wiedziałabym co z tym wszystkim zrobić. Wiadomo, że jak różne rzeczy kują się w ogniu życia, to bywa boleśnie. Dopiero patrząc na pewne sprawy z dystansu wiemy, jak powinniśmy się zachować. Oczywiście, aktorstwo jest zawodem, który ciągle cię w jakiś sposób osobiście dotyka. Nieustannie ocenia się nie tylko twoje umiejętności, ale także osobowość i charyzmę. To magiczne „coś”, które sprawia, że ludzie osiągają sukces jako aktorzy, w dużej mierze opiera się na tym, co sobą reprezentujesz. Teraz, kiedy mam 32 lata i zdecydowanie lepiej wiem kim jestem, chciałabym wrócić do szkoły, żeby w pełni skorzystać z możliwości popełniania błędów. Moim zdaniem szkoła służy do tego żeby nie pracować na wynik. Teraz wydaje mi się to zajebistą fantazją!

Rodzice pokierowali Cię w stronę aktorstwa?

Jeszcze jako dziecko, mieszkając w Łodzi, grałam w Teatrze Jaracza. Tata zapytał czy byłabym zainteresowana i się zgodziłam. Zrobiłam tam w sumie trzy spektakle. Na którymś z nich zobaczył mnie castingowiec i tak zaczęłam chodzić na castingi. Niektóre wygrywałam, niektóre przegrywałam. Zagrałam też w dwóch filmach fabularnych. Największą przerwę w graniu miałam od początku gimnazjum, do końca liceum. Może dlatego tak dobrze wspominam ten czas? (śmiech) Tuż po maturze pracowałam przez rok jako kelnerka w restauracji Pod Papugami, która nadal znajduje się w samym centrum rynku i w, nieistniejącej już, restauracji Od Nowa, na ulicy Włodkowica. Zanim dostałam się do szkoły teatralnej, wygrałam casting do serialu Pierwsza Miłość, ale kiedy przyjeli mnie do szkoły, musiałam z niego zrezygnować.

Dziewczyny mają trudniej w tym zawodzie?

Dziewczyny w ogóle mają trudniej, bo boją się wchodzić do skate shopów. (śmiech) Myślę, że w ciągu ostatnich lat, pozycja kobiet zmieniła się. Trochę zazdroszczę mojej córce, bo myślę, że teraz jest fajniej dorastać. Obserwuję dużo dziewczyn, które jeżdżą po mieście na deskorolkach. Jest większe równouprawnienie w popkulturze. Za moich czasów w teledyskach dziewczyny głównie wyglądały ładnie i kręciły tyłkami, a teraz jest mnóstwo utalentowanych i manifestujących swoją wolność i własne zdanie artystek, raperek: od FKA Twigs, po Megan Thee Stallion. Jeśli chodzi o równouprawnienie w moim zawodzie – zarobki są uzależnione od bardzo wielu zmiennych – momentu w życiu, etapu kariery i oczywiście od producenta. Nie rozmawiam z kolegami o zarobkach, ale intuicyjnie czuję, że mężczyźni nadal zarabiają więcej. Poza tym, bardzo dużo pięknych i zajebiście uzdolnionych lasek chce być w tej branży, a mężczyzn, którzy wybierają tę ścieżkę kariery nadal jest trochę mniej.

olahamkalo4
olahamkalo6

Szkoła we Wrocławiu była Twoim pierwszym wyborem?

Za pierwszym razem składałam papiery do warszawskiej AT i wrocławskiej PWST. Za drugim razem, już tylko do Wrocławia. Miałam wtedy chłopaka we Wrocławiu i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym się wyprowadzić do innego miasta. Paliłam wtedy też dużo trawy, więc ogólnie trochę mniej mi się chciało. (śmiech)

Co dało Ci siłę, żeby wybrać aktorską drogę?

Nie do końca ją wybrałam. To mnie zaskoczyło. Nie przejmowałam się, kiedy inni mówili, że to trudne. Nie do końca myślisz o trudnościach, kiedy masz dziewiętnaście lat. Jeśli chodzi o wydarzenia, które mnie uodporniły – na pewno Big Love pomogło mi zbudować skorupę. Poza tym, siłę do wszystkiego w życiu dała mi terapia i dobry związek (śmiech).

Czy jesteś na etapie kariery, w którym możesz sama wybierać role?

Nie dobieram ról. Mogłabym rezygnować z rzeczy, które nie znajdują się w mojej estetycznej skali, ale traktuję aktorstwo jak pracę. Nie jestem z bogatej rodziny. Nie raz słyszałam od rodziców, że na coś nie ma kasy. Nigdy nie miałam poczucia, że cokolwiek by się wydarzyło, to mam poduszkę ochronną od rodziców. Nie mówię, że to źle. Myślę, że to duża wartość, ale zawsze musiałam zarobić sama na siebie. Jak zaczęły się pojawiać propozycje to po prostu zaczęłam je przyjmować. Oczywiście, że czasem zastanawiam się, czy nie zostałam zaszufladkowana przez kilka komercyjnych rzeczy, w których zagrałam, ale przestałam się tym przejmować. Nie można mieć wszystkiego. Może to się kiedyś odmieni? Jasne, że czasem fantazjuję o wymarzonych zawodowych propozycjach, które nie zawsze czają się za rogiem, ale myślę, że życie dzieli się na różne etapy i można je zobaczyć dopiero z perspektywy czasu. Kiedy człowiek jest starszy i ma większą świadomość, zaczyna te etapy powoli, jakby przez mgłę, dostrzegać. Jestem na finiszu rozdziału związanego z wczesnym macierzyństwem, w którym stabilizacja finansowa i związane z nią poczucie bezpieczeństwa ma spore znaczenie. Wolność zacznie się dla mnie definiować za kilka lat zupełnie inaczej. Wtedy, być może, będę mogła podejmować decyzje w inny sposób.

olahamkalo1

Kiedy, po raz pierwszy, przyjechałaś do Warszawy na dłużej?

Na początku sprowadziłam mojego męża, czyli najbardziej zakochanego w swoim mieście warszawiaka, do Wrocławia. Filip jest die hard lokalnym patriotą. Wychował się na blokowym Jadwisinie. Kończyłam studia we Wrocławiu i próbowałam się przenieść do Warszawy, ale się nie udało, więc Filip przeprowadził się do mnie. Spędziliśmy tam super czas. Myślę, że w innym wypadku, Filip nigdy by nie pomieszkał poza Warszawą. (śmiech) Po moich studiach, siedem lat temu, wróciliśmy tutaj.

Jaka była na początku Twoja relacja z Warszawą?

Moja relacja z Warszawą zaczęła się o wiele wcześniej. Przyjeżdżałam tutaj na castingi. Będąc na czwartym roku studiów, grałam w serialu, który był realizowany w Warszawie. Więcej czasu spędzałam w kuszetce PKP, niż we własnym domu. To było dla mnie za trudne. Przypłaciłam to jakąś formą depresji. Nie lubiłam tu przyjeżdżać, bo wiązało się to dla mnie tylko ze stresem i sposobem na zarabianie pieniędzy. Warszawa wydawała mi się Lewiatanem, maszyną która wszystko mieli. Filip musiał mnie bardzo kochać, bo strasznie narzekałam na Warszawę, którą tak uwielbiał. Mieliśmy zaoszczędzone pieniądze i udało nam się kupić świetne miejsce na Mokotowie. Nasze pierwsze mieszkanie było właśnie tutaj, gdzie się spotykamy – na ulicy Grażyny.

Czego nie lubisz w Warszawie?

Wszystkie rzeczy, o których powiem, są zarówno wadami, jak i zaletami. Po pierwsze, wszyscy strasznie dużo chcą. Zrozumiałam na czym polega istota Lewiatana, o którym wspominałam, kiedy zaczęłam grać w większych produkcjach. Wcześniej przyjeżdżałam, robiłam casting i wyjeżdżałam mega zestresowana żeby leczyć się we Wrocku. Dopiero później zrozumiałam, że nawet jeśli jesteś w upragnionym miejscu, grasz w fajnym serialu ze świetnymi aktorami, zarabiasz lepsze pieniądze, to ludzie, których tam spotykasz są najwyżej – o ich statusie, osiągnięciach, możesz tylko pomarzyć. A na szczycie jest mało miejsca. Pamiętam, że kiedy pracowałam w Teatrze 6. Piętro, zakumplowałam się z Kubą Wojewódzkim. Odwoził mnie czasem do domu swoim Bentleyem. To był całkiem normalny gest kumpla z pracy, z którym po prostu fajnie nam się gadało, a jednak momentami wydawało mi się to niezwykle abstrakcyjne (śmiech). Dla mnie wciąż wiele rzeczy było za drogich. Nadal jest.

Masz w sobie dystans do tego świata?

Nie widzę innej drogi. Nie wiem kim bym była, gdybym go nie miała.

olahamkalo10
olahamkalo8

Jakie są, według Ciebie, inne, negatywne cechy Warszawy?

Przyjeżdżając do Wrocławia, potrafię odpocząć. Mam zawsze piętnaście procent więcej relaksu. Wszystko jest łatwiejsze, bardziej przytulne. To również sprawia, że ludziom mniej się chce. Inicjatywy upadają, a fajne miejsca się zamykają. We Wrocławiu się mniej dzieje.

Organizujesz we Wrocławiu Targi Bakalie.

Ale robię to z poziomu Warszawy! Podobnie Marianna Grzywaczewska, z którą współpracuję, robi stąd targi w swoim rodzinnym mieście, Gdańsku. Warszawa daje napęd. Ambicja, która potrafi cię zeżreć, zagnać w słodkie objęcia depresji i do psychoterapeuty, ma zawsze dwie strony. Mój Filip miał dużo pomysłów i nigdy nie udało mu się ich zrealizować we Wrocławiu (śmiech). A w Warszawie nigdy nie zabraknie inicjatyw związanych ze sztuką, nowych miejsc, które można odwiedzić. Bawi mnie trochę ten lokalny, dzielnicowy patriotyzm. Są obozy ludzi z Żoliborza czy z Saskiej Kępy (śmiech).

Wiem coś o tym, bo Maciek jest fanatykiem Żoliborza…

Dla mnie Żoliborz jest trochę zbyt pusty. Tylko wokół Placu Wilsona toczy się życie. A ja kocham małą infrastrukturę i uwielbiam ulicę Puławską. Mam tu wszystko, czego potrzebuję. Niedawno, na Puławskiej, otworzył się fajny sklep Mniej Więcej, w którym można nalać mydło do własnego pojemnika. Jest też wspaniały sklep mięsny – pod numerem 24, Piccola Italia czyli tak zwany Włoch, Zielarnia. Mogłabym mieszkać jeszcze na Powiślu, bo tam jest podobny klimat. Natomiast Saska Kępa to dla mnie aberracja. Na Francuskiej jest jak na Monciaku. Dla mnie zbyt światowo (śmiech), ale mam znajomych, którzy uwielbiają klimat Saskiej Kępy. Podoba mi się Praga, ale mój mąż, który ma doświadczenie życia na blokowisku w latach 90., powiedział, że nigdy nie wychowa swojego dziecka na Pradze.

olahamkalo9

Jakie są Twoje miejsca w Warszawie?

Moja ulubiona kawiarnia to zdecydowanie Kubek w Kubek, w którym się spotkałyśmy. Kiedy mieszkałam na Grażyny, umawiałam się tu na wywiady. Kiedyś zrobiłam własny plebiscyt najlepszych bez na Mokotowie i to miejsce bezapelacyjnie wygrało nawet z Bezownią. Mój mąż kocha Relaks i pracuje tam całymi dniami. Kiedy ktoś pyta moją córkę, czym zajmują się rodzice, odpowiada, że mama jest aktorką, a tata pracuje w Relaksie. (śmiech) Jeśli chodzi o knajpy – uwielbiam Syryjkę, udon w Uki Uki, a najlepszy, moim zdaniem, ramen jest w MODzie. No i pączki. Wiadomo. Najlepsza lokalna pizza – Gli Italiani. Jest też świetna koktajlownia na Wiśniowej – Bar Wieczorny – zaciszne, przytulne miejsce. Jeśli chodzi o kluby – Jasna 1. Tuż przed pandemią przeżyliśmy tam świetną imprezę. Siostra zabrała córkę na nocowanie, a my skończyliśmy o siódmej rano. Moje najlepsze wspomnienia klubowe w Warszawie są z 1500m2. Nasz kumpel był tam akustykiem, więc jak zmęczył nas tłum, chowaliśmy się w kanciapie żeby odpocząć. Lubiłam też Powiększenie. Fajne są też stosunkowo nowe przestrzenie barowe – pod arkadami, między Placem Zbawiciela, a placem Konstytucji i okolice dawnej siedziby KC PZPR, położonej przy Rondzie De Gaulle’a – Cuda Na Kiju, newonce i Zamieszanie. Moim zdaniem, najfajniejszy w tym drugim miejscu jest fakt, że to bardzo warszawska przestrzeń. Lubię tam przesiadywać wieczorami, pod rzędami komunistycznych okien. W ogóle kocham Pałac Kultury. Słyszałam, że były pomysły, żeby go wyburzyć… Chyba przywiązałabym się do niego jak w Dolinie Rospudy! Pałac Kultury, który nazywamy z Filipem „Gohtam City”, symbolizuje dla mnie Warszawę, taką jaka jest – piękną i za dużą jednocześnie, monumentalną i niedostępną. W Pałacu Kultury wszystko się zmieści – podobnie jak w Warszawie.

Podoba Ci się architektura Warszawy? Wielu naszych rozmówców wymienia architekturę Warszawy jako jej główną wadę.

Tak, lubię tę komunistyczną megalomanię i socrealistyczne płaskorzeźby. A Warszawa… taka po prostu jest. Polubiłam ją, chociaż nie był to łatwy proces. Akceptuję Warszawę z jej wadami i zaletami – jak przyjaciół. Płakałam po Sezamie. Nowa Rotunda to już też nie to samo. Denerwuje mnie dzika reprywatyzacja, ale nie rozmawiajmy o polityce!

Co jeszcze cenisz w Warszawie?

Lubię lokalność i sąsiedzkie inicjatywy. Jestem totalną fanką facebookowej grupy sąsiedzkiej – Ferajna Stary Mokotów Gang! Załatwiłam tam mnóstwo spraw. Wiele osób mi niesamowicie pomogło – odsypywanie sobie ryżu, pożyczanie książek. Połowa szafy mojego dziecka jest stamtąd! Jak wiedzieliśmy, że musimy się wyprowadzić i rozważaliśmy Powiśle, pomyślałam, że nie poradzę sobie bez Paserki z naszego mokotowskiego gangu (śmiech). Ostatnio odkryłam też świetnego malarza, Aleksandra Rossitiera, który mieszka na Mokotowie. Jest Anglikiem, który przeprowadził się tu dla dziewczyny. Maluje piękne widoki Warszawy. Będzie miał we wrześniu wystawę w Mikromieście. Wybrałam sobie u niego obraz przedstawiający miejsce blisko kawiarni Kawka, na Powiślu. Z Kawką wiążą się wspomnienia mojej pierwszej randki z Filipem, na której zabrał mnie też do ogrodów na dachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego! Mam do tego miejsca wielki sentyment. W końcu, mój mąż, odczarował dla mnie to miasto. Opowiadał mi historie związane z Warszawą i Powstaniem. Jego babcia była szefową szpitala powstańczego. Nawet teraz się wzruszam, kiedy o tym opowiadam.

Rozmowa: Ewa Mielczarek
 Zdjęcia: Maciek Niemojewski